miasto                   
  KUPA KAMIENI...       
 
[morze] [zdjęcia] [trasa]

Lotnisko

Na Okęciu przy zdawaniu bagaży okazało się, że gitara stanowi zagrożenie dla 130 pasażerów Alitalii. Do kabiny osobowej pójść nie może bo nie ma miejsca. Na pytanie Eli czy obsługa może zagwarantować, że gitara wróci cało z luku bagażowego, pani odpowiedziała, że takiej gwarancji dać nie może. Przepychanka z gitarą trwała z godzinę, telefony do personelu samolotu, konsultacje z biurem Alitalia. Jeszcze przed wejściem do maszyny straszyła nas nadgorliwa obrończyni życia 130 pasażerów. Na pokładzie samolotu nikt nie zwrócił uwagi na instrument. Nikt nie chciał go wrzucać do luku bagażowego i całe szczęście, bo konserwy które zdaliśmy na bagaż wróciły pokancerowane. Krótko, nie polecam linii lotniczych Alitalia, mają klienta w głębokim poważaniu. A Włosi są bałaganiarze. Nie zdążyliśmy na przesiadkę, aby nam się nie dłużyło oczekiwanie obsługa przebukowywała bilety tak, że ledwo zdążyliśmy na następny lot. O pierwszej z minutami samolot greckich linii Olympic dostarczył całą grupę do Aten na lotnisko zachodnie. Naszych bagaży nie było, Grek, który w porównaniu z obsługą włoskich linii lotniczych w Mediolanie, wydał nam się szczytem kompetencji, przyjął zgłoszenie zaginięcia bagażu 10 osób. Trochę to trwało, ze dwie godziny. Taksówkami dostaliśmy się na lotnisko wschodnie i na własną rękę przeprowadziliśmy poszukiwania. Bez rezultatu. Byliśmy zmęczeni, senni, głodni i wściekli na Włochów. Musieliśmy jakoś dostać się do Kalamaki na jacht.
Wypożyczyliśmy Seicento - bardzo wesoła historia. Sympatyczny gość z wypożyczalni zrobił wielkie oczy gdy dowiedział się, że samochodzik będzie dla 10 osób. Robcia który nieopatrznie zabrał prawo jazdy wrobiliśmy w szofera.
Pierwsza grupa desantowa w liczbie 5 osób wpakowała się do samochodziku. Jazda do mariny odległej o 15 km od lotniska zajęła 2,5 godziny. Podróż bez mapy w obcym mieście, nocą nie jest najłatwiejszą sprawą. Bardzo krótkie poszukiwania (w porównaniu z poszukiwaniami mariny) jachtu zakończone pomyślnie. Summer Song stoi tak jak obiecywano przy pirsie 6 po prawej stronie. Pierwsze wrażenie - bardzo sympatyczne. Jacht jest zadbany. Pakujemy się po kabinach i kojach a Robcio z Tomkiem (pełniącym funkcję pilota) wracają na lotnisko po resztę. Ostatni kurs kończy się o 0700.

skocz do góry

Kalamaki

O 0900 słyszę krzątanie Greków przy kei, zaglądają na jacht jeszcze nieśmiało żeby nas nie budzić. O 1000 słyszę pukanie, tego już zignorować nie mogę zwlekam się z koi. Uprzejme powitanie, uśmiech i prośba o dokumenty jachtu. Nie mam dokumentów, po paru minutach tłumaczeń lekko zirytowana - nie mam żadnych dokumentów, JESZCZE. Starszy Grek wbiega na jacht i z nawigacyjnej wyciąga papiery. Z uśmiechem zachęca do wypicia kawy, zjedzenia śniadania, z przekazywaniem jachtu można poczekać. Nasze bagaże znalazły się dzwonili z lotniska do mariny, całe szczęście. Przejmowanie łódki wspominam jak jeden wielki kołowrót. Po kolei obchodzimy całość, przy tablicy z włącznikami elektrycznymi trochę się gubimy. Próbujemy sami, potem dopytujemy jeszcze raz od czego które są. Kawałki taśmy z napisami załatwiają sprawę.
Cała sobota jest jedną wielką bieganiną. Robcio z Tomkiem odbierają kolejne partie bagażu, potem z Elą kupują żywność. Samochód odstawiamy na lotnisko z niewielkim przekroczeniem 100 km (wybraliśmy opcje do 100 km tańszą ale za przekroczenie każdego km dopłacaliśmy). Koszt czterech kółek to jakieś 14 000 GDR.
Wieczorem już po przejęciu jachtu, podpisaniu papierów raz jeszcze próbuję silnik. Niespodzianka nie chce zapalić, rozrusznik nie kręci. No fajnie słabe akumulatory (wciąż ta polska podejrzliwość wyrobiona przez fatalny stan jachtów w kraju). Przeglądamy akumulatory, nie ma miernika aby sprawdzić napięcie, z drugiej strony test zapala się na ostatniej diodzie. Dlaczego silnik nie chce ruszyć. W końcu znajdujemy winowajcę - klucz spinający instalację z akumulatorami, nie za każdym razem kontaktuje, trzeba go mocno docisnąć i przytrzymać podczas uruchamiania silnika.
Szybko zapadł zmrok, pomimo zmęczenia, nieprzespanej nocy, ruszamy do Aten. Ela z Mariuszem i Darkiem odłączają się od grupy i jadą na Plakę (starą część Aten z Akropolem, Agorą, Areopagiem). Reszta wybiera sympatyczną knajpkę niedaleko portu. Zamawiamy greckie potrawy i pałaszujemy. Po posiłku wymiękam, zasypiam na siedząco, zostawiam ich i wracam na jacht. Marina pogrążona jest w półmroku, noc lekko rozjaśniona latarniami i las masztów. Tylko jakiś zapalony wędkarz na kei, łowi ryby.

skocz do góry

Kalamaki - Poros

O 1030 opuszczamy marinę, pogoda wspaniała, słoneczko, wiaterek i wyspa Egina przed nami. Pierwsze próby części załogi za sterem kwitujemy śmiechem. Koło sterowe to nie rumpel. Jeszcze trochę myszkowania i już jacht układa się prawidłowo, ale na koło cały czas patrzą z podejrzliwością. Lecimy na pełnych żaglach, przy SE krańcu Eginy zdycha. Gdy wyspa zostaje za rufą dostajemy wiatr z przeciwnej strony, do cieśniny za którą leży Poros prowadzi ostry kurs. U wlotu przesmyku sonda wariuje, piszczy pokazując coraz mniejsze wartości. Gdyby nie to że przed nami tą samą trasą płynął prom zaniepokoiłabym się na dobre. Po paru takich fałszywych alarmach sonda wraca do normy. Mam! Prom zamieszał wodę w cieśninie, pod nami pojawił się strumień o innych parametrach: temperatura, prędkość; na tyle duży że sygnał sondy odbija się od niego pokazując nieprawdziwe głębokości. Jeszcze parę razy tak się zdarzało i za każdym gdzieś tam w zakamarkach zapalało mi się czerwone światełko, niby wszystko w porządku ale ... nie lubię jak mi sonda tak robi.
Troszkę emocji przy wejściu, potem wbijamy się w kotwicowisko już okupowane przez inne jachty. Wzorem sąsiadów mocujemy z rufy cumę do nadbrzeżnych skał. Linę wywożą Rudniarz i Darek. Ponton kręci rufą jak kaczuszka, pod wpływem wioseł z obu burt. Zostajemy przywiązani do wielkiego głazu.

skocz do góry

Poros - Fokaia

Piękne słońce i podmuchy wiatru, mimo osłony wysokich skał. Lila wyciąga maskę, płetwy, część załogi bierze kąpiel w morzu. Dzwonimy po prognozę pogody. Wyciągamy kotwicę i ruszamy ku wyjściu z zatoki. Mijamy się z promem, zamieszana woda znów przyprawia sondę o czkawkę: 1,0 0,8 0,5 0,3. W cieśninie dmucha, pojawiają się fale. Dużo czasu straciliśmy zanim wyszliśmy na pełne morze pod wiatr. Lila choruje, padła na pokładzie i daje słabe oznaki życia. Znalazła sobie bardzo dziwną pozycję, siedzi w kokpicie z głową do dołu, przy nogach. Pierwszy raz widzę żeby osoba chorująca dobrowolnie zajęła taką pozycję, a ona twierdzi, że tak jest najlepiej. Ano tyle sposobów ile ludzi a ten przynajmniej jest oryginalny. Rudniarz aplikuje Lili opaski uciskowe na wewnętrzną stronę nadgarstków - najnowszy wynalazek na chorobę morską ale nie daje rezultatów. Robię Lili masaż stóp z uwzględnieniem receptorów odpowiedzialnych za chorobę morską. Lila trochę się ożywia, pije miętę. Po południu wiatr zdycha, śmieję się, że poszedł na siestę. Rzeczywiście po godzinnej ciszy zaczyna się rozwiewać. Wszyscy zadowoleni, siedzą rządkiem na burcie nawietrznej, przechył prawidłowy, fotograf strzela fotkę a la łódka bols. Przebijamy się dalej w kierunku wysp. Nad nami pojawia się chmurzysko i rośnie siła wiatru. Refujemy grota i kierujemy się na półwysep. Po wejściu w osłonę lądu rozrefowujemy grota. Nieźle prujemy, pod wiatr 7 w. Jak to zwykle bywa wieje dokładnie z punktu w który płyniemy. Cała załoga na pokładzie, Darek z aparatem wędruje na dziób. Mam wrażenie że na tym co widać przez obiektyw koncentruje całą uwagę. Kiwanie i przechyły jachtu to sprawy zupełnie nieważne. Sposób w jaki kuca na dziobie napawa mnie przerażeniem - przecież ten człowiek nie ma instynktu samozachowawczego. Od tej pory mam na niego oko. Zdaje się, że podpadł. Rudniarzowi nakazuję szczególną uwagę na to co Darek robi i czy jest zabezpieczony pasami. Reszta załogi, z ulgą stwierdzam instynkt samozachowawczy ma i zbytnio nie razi mnie ich współgranie z jachtem (właściwie nie wiem jak to określić, jest to sposób w jaki człowiek porusza się po pokładzie, pod jakim kątem ustawia stopy, ręce podczas siadania, jak się zapiera; po prostu jest to odbieranie fal które wysyła jacht i dostosowanie się do nich), na spokojnym morzu tego nie widać ale wystarczy że powieje i pojawi się fala a już można zaobserwować jak ludzie podświadomie dostosowują się albo nie.
Jesteśmy w pobliżu wyspy, z prawej płynie prom. Obserwuję kierunek toru, powinien nam przejść za rufą wedle wszelkich prawideł i zdrowego rozsądku ale dlaczego płynie dokładnie na nas. Zwykle statki zmieniają kurs tak że w widoczny sposób dziób odchyla się od dotychczasowego kursu. Ten wali prosto. Trochę mnie to niepokoi, prom jest już blisko i żadnej reakcji. Zwrot przez sztag i nic, ponieważ dalej wali prosto na nas odpadamy. Mechaniczny kolos przepływa pomiędzy nami i lądem. Albo kierujący poszedł do kibla i włączył autopilota albo oni tak tutaj pływają. Po dwutygodniowych doświadczeniach wiem, że jednak oni tak nie pływają, korygują kurs wziąwszy pod uwagę plączący się gdzieś tam jacht. Z tym promem było coś nie w porządku.
Przez ten incydent straciliśmy na wysokości. Wznawiamy halsówkę wbijając się coraz dalej w zatokę. Stajemy na kotwicy, pod osłoną wysokich zboczy lądu wiatr gaśnie. Przed kolacją wypad na ląd. Darek odwozi pontonem Elę, mnie i Mariusza. Rozglądamy się po miasteczku, puste tawerny, kręte uliczki. W sklepiku Ela robi zakupy. Pytamy o cytryny, nie ma, może dalej są. Podczas poszukiwań cytryn obchodzimy uliczki. Nigdzie nie ma owoców. Żartuję że może rosną na drzewie, w Atenach szorowałam czupryną po zielonych pomarańczach zwisających nad chodnikiem. O właśnie, rosły na drzewie przy sklepie. Mariusz zrywa kilkanaście zielonych owoców - limonek. Do Tequili jak znalazł. Wracamy na jacht, kolacja już na stole. Po posiłku srebrna Olmeca wraz z półksiężycami cytrynek ląduje na stole. Nawet Lila daje się namówić na odrobinkę trunku. Potem wypad na ląd, część do miasteczka, Mariusz i ja płyniemy do portu. Trzeba zatankować wodę. Porcik jest mały wolne miejsca tylko dla łodzi rybackich, za płytko jak dla nas. Jest jedno stanowisko w główkach ale zajęte przez rybola, może jak rano wypłynie na połów wciśniemy się na jego miejsce i zatankujemy.

skocz do góry

Fokaia - Khitonos

Tutaj rybole nie wypływają rankiem na połów, co najwyżej jakiś zapaleniec, małą łódeczką z wędką. Nie możemy stanąć przy pirsie. Pontonem obracamy parę razy nabierając wodę do kanistra i przelewając do zbiorników na jachcie. Lila korzystając z manewrów tankowania pływa z maską i płetwami wokół jachtu. Robcio upuszcza kanister podając na jacht, pomarańczowy baniak robi bul-bul-bul w tym czasie nabieram powietrza w płuca coby go objechać ale baniak wynurza się, skubany pływa. Wobec czego wypuszczam powietrze bez objeżdżania winowajcy. Robcio potem opowiada jak to już miałam na niego nakrzyczeć ale kanister wypłynął i go uratował.
Zbiorniki pełne, trochę za szybko ta woda nam wyszła, ogłaszam restrykcje, koniec kąpieli, litr wody na głowę w ciągu dnia. Załoga oczywiście nabija się ze mnie, każdy powód do żartów jest dobry a ten wprost wymarzony. Prognoza przyniesiona z lądu mówi: N-NW 5 do 6 B w zatoce, na Cykladach 6 do 7 B. Z początku spokojnie, po południu gaśnie, a potem rozdmuchuje się do owych 7 w porywach. Refujemy grota, redukujemy powierzchnię genuy. Wiatr z kierunku NW ale gdy dotarliśmy do przesmyku Kithonos - Serifos okazało się że z NE też nieźle dmucha, powiedziałabym, że silniej niż przed wyspą. Wiatry lokalne tu mają czy co do licha. Plany popłynięcia za osłoną Serifos upadły. Kierujemy się wzdłuż lądu na silniczku do najbliższego kotwicowiska osłoniętego od wiatrów z kierunków północnych - Apokiosis. Właściwie są to dwa kotwicowiska bliższe zamknięte od zachodu piaszczystą laguną i dalsze w głębi lądu do którego się kierujemy. Obok nas kotwiczy jeszcze jeden jacht. Wnosząc po zachowaniu załogi i banderce - Niemcy. Urządzają kąpiel nudystów. Na lądzie kościółek, parę budyneczków, plaża, wszystko wyludnione tylko kot się przyplątał zadowolony z ludzkiej obecności. Jest tawerna, niestety zamknięta, a szkoda bo wygląda sympatycznie. Taras, kamienny murek, zielone liście spadające w dół po kratce. Kościółek zamknięty, przyległy budynek straszy czarną pustką wewnątrz, trochę gruzu, stół z dopaloną do połowy świecą. Plączemy się wokół łodzi wyciągniętych na brzeg i wracamy na jacht. Wachta kotwiczna, wstaję przed 0200 rzucam okiem na wodę dookoła. Lila zawinięta w koc mówi, że już kończy. Przed świtem budzę się znowu, Tomek tak smacznie wachtuje na deku że nie mam serca go budzić. Wszystko jest ok. a za godzinę i tak pobudka.

skocz do góry

Kithonos - Sifnos

O 0800 wychodzimy z zatoki. Wiaterek dmucha szósteczką z NW. Przy przesmyku pomiędzy Kithonos i Serifos duje z NNE, drugie podejście aby schować się za wyspą i po równiejszym morzu pognać na północ spełza na niczym. Doświadczenia z Bałtyku nie na wiele się tu przydają. Greckie Cyklady to nie Bornholm za którym w czasie sztormu można przeczekać nawałnicę. Zarówno po nawietrznej jak i po zawietrznej stronie wyspy wieje, po zawietrznej mogą występować dodatkowo zawirowania. Wracamy na poprzedni baksztagowy kurs i lecimy do Sifnos. Prędkości rozwijamy imponujące 7 - 8 w. Idea śniadania na wodzie bardzo oszczędza nasze zapasy żywności. Kambuz nie może narzekać na nadmiar roboty. Większość ludzi przebywa na pokładzie i je na pokładzie. Właściwie jemy śniadanie, około 0100 - 0200 zupkę i wieczorem obiado-kolację. Kierujemy się do Vathi. Oba ramiona zatoki z podwodnymi i nadwodnymi głazami. O oznakowaniu kardynalnym albo bocznym można zapomnieć, wchodzimy środkiem asekurując się mapą z GPS'a. Dwa jachty stoją na kotwicy, jeszcze dwa stoją przy pirsie. Za nami jeszcze dwa jachty wchodzą do zatoki. Kusi mnie stały ląd ale cholera wie jakie tam mają głębokości, w locji nie ma nadbrzeża. Mały jacht płynący za nami zacumował. Drugi, większy przymierza się. Bierzemy ponton i sondujemy dno, głębokości na styk, nieprzyjemnie głazy na prawo przy podejściu do nabrzeża. Zostawiamy Tomka na lądzie i wracamy po jacht. Rozpędzam się tyłem kierując jacht na wolny kawałek pirsu. Ze trzy długości łodzi rzucamy kotwicę. Dochodzę na odległość 2 - 2,5 m. wydaję komendę żeby rzucili Tomkowi cumy z rufy, delikatnie dociągniemy jacht na linach bo przy brzegu płytko i kamienie. Rudniarz mówi że nie dorzuci, ano mazurskie pływanie się kłania. Powinniśmy omówić w Kalamaki manewry portowe a nie pchać się od razu na wodę. Bardzo powoli na wstecznym dociągam na odległość z której udaje się podać cumę na ląd. Facet z jachtu obok siedzi i cmoka, mówi że tu jest płytko żeby powoli podpływać. Z kolei rybak lingwista wykrzykuje common lady, common, trust me. Akurat jego trust me nie robi na mnie wrażenia. W końcu stoimy, trap opuszczony na ląd. Załogę w większości wymiata, nie dziwię się porcik jest uroczy. Piaszczysta plaża, palmy, tawerna a 15 metrów od jachtu bielony kościółek o charakterystycznej greckiej architekturze z niebieskim dachem. Do zatoki wpływa katamaran, taki morski katamaran z solidnymi pływakami, grubym masztem zamocowanym na ... pokładzie. Wyjęty czy połamany, zastanawiamy się. Raczej połamany sądząc po nieregularnym ścięciu podstawy. Na pokładzie dwie osoby, para. Cumują obok nas, rybak pomaga im, wymieniają powitania po francusku. Pękła wanta i stąd maszt w pozycji poziomej. Fajny mają ten katamaran i tylko na dwie osoby.
Obiad zjemy w tawernie na plaży. Rozglądam się dookoła siedząc na wyplatanym krzesełku, widok jak z reklamy biura podróży. Palmy, niebieskie morze, słońce przeświecające przez słomiany daszek i oszronione kufle od zimnego piwa na stole. Przy wyborze posiłków rozczarowanie, nie ma nic z tradycyjnych greckich potraw, decydujemy się na kozę, Darek zamawia królika w potrawce a Lila bakłażany. Koza jest młoda i zdatna do jedzenia. Bakłażany wydłużają minę Lili, pociesza się frytkami z talerza Rudniarza. Jak mówi przewodnik Pascala: (na marginesie, nie polecamy tegoż przewodnika wyprowadził nas na manowce parę razy) Grecy uważają, że jedzenie gorących potraw jest szkodliwe, o wiele zdrowsze jest spożywanie letnich albo zimnych dań. Z punktu widzenia mieszkańca północnej Europy jedzenie zimnego obiadu jest nieprzyjemne. Na szczęście o nas Grecy nie zadbali i podali gorące dania, Lila miała pecha bo o nią zadbali. Podejrzewam, że dlatego ta wydłużona mina.
Potem kąpiel w ciepłej ale obrzydliwie słonej wodzie, chyba powinnam przeprosić Adriatyk w ubiegłym roku uznałam, że jest niemożliwie słony i nie nadaje się do kąpieli. Może i był słony ale w oczy nie szczypał. Gdy kończymy pływanie Francuzka z katamarana wyciąga harmonię i gra, gra i śpiewa szantę. Zawsze podobały mi się szanty po francusku. Przez moment poczułam się jak na jachcie leniwie płynącym po Bałtyku z długimi cieniami zachodzącego słońca.
Osada sprawia wrażenie bardzo małej, parę domków w górę krętymi uliczkami i koniec. Szerzej rozciąga się przy plaży, zajmuje niemal całą zatokę. Zmrok zapadł bardzo szybko, było to wbrew wszelkim doświadczeniom - ciepło, "środek lata" i po 1900 robi się ciemno. Wspaniały zachód słońca. Ciemne łapy lądu, tafla morza, jakieś cykady cykające intensywnie. Kamienne przydomowe murki nagrzane za dnia oddają ciepło w nocy. W takich chwilach nie chce się wracać do rzeczywistości. Brzegiem plaży, kościółek jaśnieje z daleka, światło odbite od białych ścian podkreśla noc. Ciepłą noc, pachnącą morzem.

skocz do góry

Sifnos - Ios

Wieczorem mieliśmy problemy z wodą. Od świtu czatuję na kogoś kto może puścić wodę z kurka smętnie wiszącego dwa metry od jachtu. Przyplątał się stary rybak, nie taki lingwista jak poprzedniego dnia ale porozumiewamy się bez problemu po angielsku, niestety nie może odkręcić wody najlepiej poczekać na właściciela tawerny. No tak a on pojawi się dopiero o 0900. Dwie godziny w plecy. Na szczęście za kościółkiem jest kranik z leniwie płynącą wodą, węża nie starczy ale baniakiem da się podreperować nasze zasoby wody pitnej. Już wiem do czego jest składany wózeczek na jachcie, do kanistra. Rudniarz z Robciem obracają parę razy, sposób jest dobry tylko ciśnienie wody jest tak mizerne, że trwa to całe wieki. Pokład też wymaga czyszczenia, sól wytrąca się wszędzie, białe kryształki lepią się do rąk podczas pracy na deku. Bawimy się z wodą do 0800, wtedy otwierają sklep, można kupić specjały do wc. Jakby to delikatnie ująć, z naszej toalety rozchodzą się zapachy na które narzeka Robcio bo śpi najbliżej i nie tylko on. Wypływamy w spokojne morze, trochę wieje ale jak na nasze poprzednie doświadczenia tyle co nic. Słońce przypieka, wcale nie jak w drugiej połowie października, jeszcze tylko stroje kąpielowe i na pokładzie robi się regularna plaża. Zaraz, zaraz a gdzie te drinki z parasolkami? Znowu nie dowieźli, a to pech. I tak powoli spadamy na południe. Jeżeli wieje to wieje z kierunków północnych. Taka żegluga, spokojna, miarowa nastraja do wyczynów artystycznych. Ela wyciąga gitarę na pokład (tą gitarę o którą stoczyliśmy bój na lotnisku, jest to instrument niemal kultowy, cudem ocalały, wyrwany z gardła Alitalii, chyba się cofnę i to opiszę) yyymmm tak to lubię. Jachcik pruje aż miło, przed dziobem wyspa z keją do której zaparkujemy (mam dość stawania na kotwicy i załoga też, ale ja chyba bardziej, jak stoję na kotwicach to nie mogę się wyspać) a na pokładzie szanty, odrobinę nostalgiczne, wyraziste: jest port wielki jak świat co się zwie Amsterdam, marynarze od lat...
Aż szkoda, że tak niedługo będziemy na miejscu. Rzeczy przyjemne już tak mają, że szybko się kończą.
Standardowe kamienie przy wejściu do zatoki i prom, pcha się za nami odrobinę za szybko jak na mój gust. Przepuszczamy go, w główkach mija nas ten sam tramwaj, zdążył zacumować wypluć pasażerów i odcumować. Ależ oni mają tutaj ruch. Obiektyw lornetki omiata nabrzeże, ha, jest miejsce przy pirsie specjalnie dla nas. Ładne miasteczko, turystyczne, białe, tylko gdzie są wiatraki. Na wiatraki czekam od samego początku rejsu i nic. Zacumowaliśmy właściwie można powiedzieć pod tawerną. Popatrzyłam na niemiecką flagę zwisającą z sąsiedniej łódki, przydałaby się polska. Coś trzeba wykombinować.
Zbieramy się na obiad w Ios Club, za podszeptem Pascala, zamarzył nam się posiłek na szczycie gór z widokiem na morze, na zachodzące słońce. Mozolna droga pod górę w całej okazałości słonecznej poświaty (ze 28oC) ciągnęła się bez końca. Asfaltowa serpentyna wytapiała resztki wody z organizmu, kranik z wodą wcale nie zimną tylko letnią i lekko słonawą tylko zaostrzył pragnienie. Drogą śmigały motory, skutery i rzadziej samochody. Dobrnęliśmy na górę, znaleźliśmy nawet ten Ios Club. Weszliśmy na teren, ulokowaliśmy się przy samej barierce i czekamy. Klub jest zamknięty, Tomkowi przygodni rozmówcy powiedzieli, że o 1800 powinni otworzyć. Mija 1800, 1830, i nic, głucho. Owszem widoki ładne, ogródek uroczy ale w brzuchu burczy. Zjadłby coś człowiek bo z pustym żołądkiem nawet najpiękniejszy zachód wydaje się blady. Zeszliśmy w dół, tym razem chodnikiem dla pieszych, było miło. Po pierwsze chłodniej bo późno, ładne widoki, wspaniała ogrodowa roślinność, hałaśliwe skutery i samochody zostały na asfaltowej serpentynie. Przy jachcie po paru próbach znalezienia tawerny dla wszystkich nastąpił rozłam, część szukała dalej, część zapuściła się do sklepów (i kupiła lakier w kolorze niebieskim do łańcucha kotwicznego) a reszta wróciła na jacht. Z dwoma buteleczkami Ouzo, na szczęście wino też było. Na szczęście bo ... Ouzo jest ohydne. Spróbowałam tego jeszcze w Polsce i od razu wiedziałam ja i Ouzo wykluczamy się. Mariusz, Robcio i Tomek zacięcie zwalczali mleczny trunek. Pod koniec Tomek powiedział, że wysiada i jakiekolwiek rozcieńczanie Ouzo nie ma sensu bo wtedy robi się go coraz więcej i trudniej zmęczyć grecki specyfik.
Cała ta bezwładność 10 osobowej grupy dokuczała w takich momentach jak kamyk w bucie. Po kilku początkowych próbach znalezienia czegoś dla wszystkich rozpadaliśmy się na mniejsze grupki bardziej elastyczne. Ale parę wspólnych osiągnięć mamy. Należy do nich wspólny posiłek w tawernie tuż przy porcie, niemal na poziomie morza. Pyszne szaszłyki z ryby - polecam. I sfora kotów plus trzy psy pod stołem. Po takiej uczcie towarzystwo w wyśmienitych humorach wracało na jacht. I właśnie wtedy pojawił się arbuz, a dokładniej skrzynka z arbuzami zastąpiła drogę. Tak na marginesie arbuz łaził za mną już od Mazur latem, więc kupiliśmy arbuza. Odcięto czapeczkę z ogonkiem, wydrążono lej i nalano Tequili. Bo miał to być arbuz z dziesięcioma słomkami, soczysty, odrobinę alkoholowy. Po zainstalowaniu z powrotem czapeczki, zabezpieczeniu szpilkami i wstrząśnięciu odstawiono owoc niech się przegryzie Tequila z miąższem. Tylko dzień był taki męczący a jutro o świcie czeka dalsza droga, niech się arbuz przegryzie do jutra. Wykrajam jeszcze banderkę z czerwonej i białej koszulki, Marta ofiaruje się uszyć flagę.

skocz do góry

Ios - Santorini

Szarzało gdy na pokładzie zaczął się ruch, kosz ze śmieciami na ląd, ruchy przy cumach. Trochę poluzowane liny odstawiają jacht od kei, wszyscy to zauważamy gdy Lila wchodzi. Trap leci w dół błyskawicznie a Lila zawisa na nim jak na drabinie skąd wdrapuje się na jacht. Mokre sandały - mała strata, mogło być gorzej. Ale pobudka murowana, resztki snu znikają. Zapowiadał się leniwy dzień, wiatr ledwie powiewał. O 0800 uroczyste podniesienie bandery. Wszyscy na pokładzie, Ela z gwizdkiem bosmańskim, czekamy tylko na Martę, wyrwana ze snu, coś wolno nakłada spodnie. Uroczystość chwili psuje nieodpowiedni hals, grot zasłania Robcia i banderkę stawianą pod salingiem. Podwójny gwizdek na spocznij, jacht zaczyna chodzić swoim zwykłym, codziennym rytmem. Płyniemy, a raczej suniemy się leniwie po rozgrzanej patelni jak masełko, jeszcze trochę a zaczniemy skwierczeć. Jednego bardzo mi tu brakuje, owej wychwalanej przejrzystości powietrza. Od początku do końca towarzyszą nam wyspy najbliższe zasnute mgiełką a o dalszych można zapomnieć. Nie mogę uwierzyć, że przy odpowiedniej przejrzystości widać cały archipelag Cyklad.
Wyciągam i układam na pokładzie 5 metrów łańcucha, 10 metrów łańcucha, 15 metrów łańcucha, 20 metrów łańcucha. Żelastwo mokre i nieprzyjemne w dotyku, osuszam chusteczką graniczne ogniwa i maluję niebieskim lakierem do paznokci, o przepraszam do łańcucha. Teraz przy kotwiczeniu przynajmniej w przybliżeniu będzie wiadomo ile metrów łańcucha jest w dole. Trzeba było go wyskalować do końca ale się nie chciało. Mariusz podpuszcza mnie na ruiny starożytnego miasta Akrotiri z późnej epoki brązu (1650-1500 BC). Postanawiamy podpłynąć w pobliże owych ruin, zatrzymać się na kotwicowisku i obejrzeć. Stajemy milę od plaży, pontonem dostajemy się na brzeg. Krótka wspinaczka wśród rudo - czerwonych skał z za których wyłania się osada. Ruiny są niedaleko, na szczęście. Oglądamy tą jedną, wielką kupę kamieni i wracamy. Na jachcie kwitnie rozpusta, my wypełniamy misję, oglądamy paskudną kupę kamieni a oni kąpią się w morzu i opalają. Szybko zwijamy się aby przed zmrokiem zdążyć do Thiry. Robi się szaro jak cumujemy przy wysokim nabrzeżu dla statków wycieczkowych. Nieprzyjemna fala dociska jacht do betonu, nie możemy tutaj stać, grozi to dewastacją jachtu. Krótka narada, chciałabym już ruszyć na północ, noc jest spokojna powinniśmy przeskoczyć na sąsiednią wyspę. Część chce obejrzeć miasto na górze. Zostajemy na Santorini ale nie przy nabrzeżu Tiry. Tłuczemy się na nasze wcześniejsze kotwicowisko. W kraterze trudno znaleźć dogodne miejsce na nocleg, głębokości poza zasięgiem naszego łańcucha i promy kursujące z częstotliwością tramwaju do Thiry - jednego z najgłośniejszych miast na Cykladach. Wracamy, szkoda, że nie mieliśmy nowszej locji, na Santorini pojawiła się nowa marina niedaleko naszego postoju. W nocy mijało nas kilka łodzi rybackich, klnąc na niespodziewaną przeszkodę, woda w nocy daleko niesie. W sumie nie była to najprzyjemniejsza noc.

skocz do góry

Santorini - Naxos

Zanim dopłynęliśmy do portu wewnątrz krateru było dobrze po 1000. Na redzie stał Zawisza, żaglowiec wyglądał marnie, sprawiał przygnębiające wrażenie. Obdrapane maszty, pozaciekane rdzą burty, pierwszy raz widziałam Zawiszę w tak opłakanym stanie.
Zwiedzanie miasta trwało do 0130. Wjechaliśmy na górę kolejką linową. Thira to miasto nastawione wyłącznie na turystów, wszędzie butiki i knajpy. Wąskie uliczki przegrodzone wystawami sklepowymi i tyle. Interesująca była droga w dół, była to trasa osiołków. Momentami nie można było przecisnąć się pomiędzy ogonami i głowami. Właściciele namawiali do skorzystania z oślego transportu ale jazda na ośle w dół to kiepski pomysł. Ze ścieżki roztaczały się wspaniałe widoki, odrobinę księżycowy krajobraz Santorini.
Dobrym pomysłem na obejrzenie greckich miasteczek jest wynajęcie jakiegoś środka transportu, samochodu czy motoru. Wychodzi niedrogo i można zajrzeć tam gdzie na samych nogach się nie dojdzie, a z autobusami różnie bywa.
O 0200 ruszyliśmy na północ, zmierzchało gdy zostawialiśmy za rufą Ios. Noc była spokojna i wietrzna. Sunęliśmy z prędkością 6 - 5 w. Po północy zaczęło błyskać za nami. Na początku łuna pojawiała się z rzadka potem częściej i bliżej. Za nami gnała burza. Odpaliliśmy katarynę i zmykaliśmy do Naxos. Za główkami trochę kręcimy się szukając gdzie by tu zacumować. Po dwukrotnym podchodzeniu do pirsu i meldunkach sondy o malejącym dystansie pomiędzy kilem i dnem wycofujemy się, wpływamy do wewnętrznego portu. Cumowanie idzie sprawnie i szybko. Przy pierwszym toaście wznoszonym pod pokładem o dek zadudniła ulewa. Dobrze jest stać w porcie a nie tkwić za sterem w strugach deszczu. Miasto jest rozświetlone, rozbawione. Szybka decyzja - idziemy zabawić się. Takie spontaniczne wypady, bez przewodnika wychodzą najlepiej. Znajdujemy wspaniałą knajpkę z grecką muzyką i sympatyczną obsługą. Na początek coś do picia a potem szalejemy na parkiecie. Lila daje popis. Grecy powoli wykruszają się z parkietu, barman puszcza coś specjalnie dla nas - rytmy do których przywykliśmy. W takim tempie długo się nie da, kończymy tańce na werandzie. O 0500 wracamy na jacht, na ulicach strugi wody, brak kratek burzowych.

skocz do góry

Naxos - Naxos

Naxos to jedna z największych wysp archipelagu Cyklad. A miasto Naxos jest jej stolicą. Tuż nad morzem wznosi się wzgórze z charakterystyczną starożytną bramą do świątyni, świątynia nigdy nie została ukończona ale Naxos ma swoją wizytówkę w postaci tej "ruiny" na brzegu.
Miasto z białymi murami, wąskimi uliczkami, na wzgórzu. Obejrzeliśmy starą część osady. O 1200 chciałam wypływać. Prognoza uzyskana od Port Police przez UKF-kę brzmiała: siła wiatru 4oB. Jak wyszliśmy za główek pofalowane morze powiedziało mi, że 4 to to na pewno nie jest. I jeszcze wieje NNW a chcemy pójść dokładnie na północ do wyspy Mykonos. Nie udało się wyjść z cieśniny pomiędzy Paros i Naxos bez zwrotu, trzeba było halsować. O 1600 jesteśmy zaledwie milę - dwie od Naxos, bardzo wolno przebijamy się pod wiatr. Fala krótka, nieprzyjemna, wiatr się wzmaga nic ciekawego. Zobaczymy o ile uda się posunąć w ciągu godziny. Do Syros kawał drogi a na Mykonos nie mamy szans przy tym wietrze. Po nocy nie chce mi się ciągać po obcych portach. Płyniemy wolno, jacht jest niezły ale za ostro nie lubi pływać, i jeszcze przyplątało się paskudne, wielkie, czarne chmurzysko. Płaskie dno wali o wodę za każdym razem jak jacht za szybko zmyka z fali, nieprzyjemny odgłos, zwłaszcza dla tych w środku. Nowoczesne konstrukcje tak mają - płaski kadłub, są lekkie mogą pływać ostro ale dzielność morska nie jest ich mocną stroną. Przy kudłatym morzu dławią się.
Zawracamy do Naxos, odległość o którą walczyliśmy 4,5 godziny pokonujemy w 45 minut. Fale przy Naxos spiętrzone, ładnie buja. Manewr cumowania trwał długo, nie lubię niechlujnie zaparkowanej łódki, problemy z kotwicą. Wracamy na wodę podchodzimy jeszcze raz, trochę lepiej ale to wciąż nie jest to, jacht nie trzyma kąta prostego w stosunku do pirsu. Poprawiamy cumami, zakładamy cumy amortyzujące. Wiaterek gwiżdże całkiem, całkiem zważywszy, że to port. Załoga pokpiwa sobie, że manewr cumowania trwa dłużej niż dzisiejsze pływanie. Fakt trochę się przeciągnął. Ale obiado-kolacja już gotowa, w czasie manewrów pod pokładem wrzało życie towarzyskie i nie tylko, kulinarne też. Żywność wychodziła nam oszczędnie na tym rejsie, śniadania na wodzie niwelowały nadmierny apetyt, na obiad cienka zupka, dopiero kolacja była suta już przy stałym lądzie. Po posiłku załoga poszła pohulać na mieście. Jak ich znam to znaleźli sobie knajpę z muzyką i szaleli na parkiecie a ci którzy nie szaleli też szaleli ale przy barze. Zostałam na jachcie, przyplątało mi się wredne zapalenie nerwu w nodze, jak brałam prochy i ładowałam się do śpiwora przechodziło ale wystarczyło, że posiedziałam na wietrze pół godziny i łapało od nowa. Przyplątało się do mnie w maju podczas rejsu żaglowcem "Kapitan Głowacki" po Bałtyku, po rejsie minęło samo, myślałam, że przeszło.

skocz do góry

Naxos - Mykonos

Prognoza z tego dnia uzyskana z Port Police brzmiała siła wiatru 5 do 6oB. Wyszliśmy za główki, owszem wieje, morze się kudłaci ale jakoś spokojniej niż wczoraj. Kierunek korzystniejszy z NNE. Wiatr słabł, słabł aż oklapł zupełnie. Zdążyliśmy podejść pod Delos. Już na katarynie wchodzimy w cieśniny wysepki Delos. Locja ostrzega przed rafami, jak przydmucha Meltemi to można stracić jacht na skałach. Próbujemy dojść do porciku, dokładność GPS'a jak na takie małe odległości jest niewystarczająca, a dokładnej mapy nie mamy. Jak sonda dostaje czkawki wycofuję jacht tyłem, wracamy do kotwicowiska, zostawiamy jacht i pontonem jedziemy na Delos. Grecy z nabrzeża coś wykrzykują. Dobra niech sobie krzyczą, jak zacumujemy to się wyjaśni, nie będziemy przekrzykiwali silnika. No i wyjaśniło się, wyspa jest zamknięta, zapraszają jutro a dziś nawet nie można wyjść na ląd. A niech to, kolejna kupa kamieni. Szczerze jestem zawiedziona, wyobrażałam sobie Delos już od dawna. Przeleciałam parę tysięcy mil, przepłynęłam 300 mil żeby to obejrzeć i klapa. Pontonem robimy rundkę po zatoczce, fotografujemy ruiny i odwrót. Nie wygląda to imponująco, mała kamienista wysepka z kupą starożytnych kamieni, ze trzy w miarę całe kolumny smętnie rozrzucone po okolicy i coś w skale z daleka nie widać, jakby świątynia wykuta z kolumnami oczywiście.
Mamy wspaniałe humory, jeszcze jedno wydarzenie potwierdzające moją teorię - cała ta Grecja to jedna wielka kupa kamieni!
Na jachcie anarchia, ja odpracowuję kolejne kamieniste punkty rejsu a oni się pławią w granatowym morzu. Trochę im się miny wydłużyły gdy zdaliśmy relację z wizyty. Nie będzie Delos, rwiemy kotwicę i płyniemy na sąsiednią wyspę Mykonos. Morze spokojne, zagłębiamy się w zatokę na dnie której leży port. Po prawej stronie wiatraki, w końcu są, mam bzika na punkcie wiatraków. A te z Grecji z daleka wyglądają bardzo apetycznie i malowniczo. Kryte strzechą, nie żadną plastikową dachówką, ściany pobielone i skrzydło jak pajęczyna. Stoją w jednej linii aż cztery, piąty w budowie. Locja opisuje wiatraki jako punkt charakterystyczny przy podchodzeniu do portu. Port żeglarski ciekawie rozwiązany, przestrzenna konstrukcja betonowa wyznacza miejsca do cumowania. W sezonie musi tu być piekło. Generalnie mało miejsca. Kilkanaście stanowisk na jachty co to jest.
Miasto zrobione na jedną wielką atrakcję turystyczną. Przy pirsie na brzegu jako eksponat umocowana łódź rybacka. Kręty labirynt z białymi ścianami przywodzi na myśl legendę o Minotaurze, żeby się tu nie zgubić potrzebna jest nić Ariadny. Momentami odnosimy wrażenie, że kręcimy się w kółko. Odbijamy w kierunku portu, wychodzimy na wiatraki, wyglądają fajnie ale z daleka owiewa je mgiełka tajemniczości z bliska trochę tracą. Nie można zrobić zdjęcia bo pod słońce, zaczekamy aż Ziemia przekręci się. Trafiamy do restauracji nad brzegiem morza, kelner zachwala widoki obiecując wspaniały zachód. Niedaleko kościółek katolicki, mają tam nawet książeczkę z mszą po polsku. Wygląda po grecku, białe ściany, niebieskie kopuły, wnętrze bardziej przypomina cerkiew niż kościół katolicki.
Zamawiamy słodkie wino z Samos i wytrawne białe do tego baklawę i katafi - okropne greckie ciastka pławiące się w miodzie. Brrr wino jest niemożliwie słodkie, ciastka jeszcze bardziej, kawy!!! Bez cukru! Kelner się śmieje i pyta czy na pewno bez cukru. Nawet koty (plaga greckich lokali) nie chciały jeść tych ciastek tylko jakiś zagłodzony pies się skusił. Rudniarz mówi żeby mu nie dawać za dużo bo się struje. Na zachód nie ma co liczyć bo niskie chmury ciągną się przez horyzont. Oglądamy lokalną Wenecję czyli ścianę z domkami schodzącymi prosto do morza. W folderach wygląda bardziej malowniczo i interesująco niż na żywo. Wracamy obfotografować wiatraki i ponownie zagłębiamy się z labirynt. Siadamy w prostej jadłodajni i trafiamy przypadkiem na niedrogie i smaczne danie gyros pita czyli gyros z plackiem. Gyros to jakieś takie mięso pokrojone w paski, trochę warzyw, majonez, wszystko zawinięte w pszenny placek świeżo upieczony na płycie. Palce lizać. Taka grecka zapiekanka. Dla entuzjastów drobiu polecam suflaki pita. To samo tylko z kurczakiem. Kosztuje niewiele bo 400 GDR a obiad w restauracji około 2000 GDR. Potem plączemy się po uliczkach szukając sympatycznego lokalu z muzyką. Ach to 10-cio osobowe grono, ja się nie dziwię, że w sejmie nie mogą dojść do porozumienia albo w koalicji, nasza olbrzymia grupa też nie mogła. Średnio pojawiały się ze trzy opcje. Tym razem Lila prowadzi, coś sobie upatrzyła wcześniej i usiłujemy tam trafić. Udało się tylko to jest restauracja a my chcemy tylko wina i piwa. Szukamy dalej, kolejne rozczarowania, lokale nawet sympatyczne ale ceny piwa zabójcze. Nasza gromada rozpada się na kilka grupek. Jedni wracają do tych zabójczych lokali, inni odwiedzają tańsze, reszta podziwia wspaniale rozświetlone nocą miasto i port. Wracam na jacht, moje zdziwienie jest ogromne. Za rufą mamy prom, zaparkował za nami nad kotwicą. Jeżeli nie ruszą w nocy to z wczesnego wypłynięcia nic nie będzie. Wrażenie jest niesamowite, prom zablokował kilkanaście jachtów odcinając drogę na morze. Zaparkował równolegle do kei zamykając nas w kleszczach. Trochę dziwnie, wychodzisz nocą na dziób popatrzeć na morze a tam blokowisko z mnóstwem światełek.

skocz do góry

Mykonos - Syros

Pochmurny poranek, zimny i całkiem bałtycki. Za główkami dmucha, nad sąsiednią wyspą Tinos wisi czarna chmura a właściwie nie wisi tylko spowija szczyty tak że widać pasek lądu. Morze nieprzyjemnie rozbujane, jak wychodzimy za osłony Delos wiatr się wzmaga. Tłuczemy się do Syros uderzając raz za razem dnem o wodę jak zgubimy falę. Przy lądzie wyboje stają się mniejsze, morze gaśnie. W basenie portowym momentami przydmuchuje, nie dam rady wykręcić rufą pod wiatr za słaby silnik, ustawiam dziób w linii wiatru i skręcam wykorzystując siły natury tym razem dopychające mnie w tym kierunku w którym sobie życzę. Podchodzimy do pirsu, małe nieporozumienie na dziobie przytrzymali łańcuch kotwiczny, daję cała wstecz i ledwo dociągam do nabrzeża. Tym razem mam pewność kotwica chwyciła na bank. Opuszczamy trap na ląd ale za moment podnosimy, na kładkę ładują się dwa dzieciaki cygańskie, jak tak dalej pójdzie to za moment będziemy mieć na pokładzie całą czeredę Cyganów. Miasto jest wielkie, Grek - opiekun jachtu skrzywił się gdy usłyszał, że tam staliśmy polecał inny port na Syros - Ermopulis o wiele sympatyczniejszy.
Odkrywamy prysznice przy budynku Port Police. 500 GDR kosztuje przyjemność wymoczenia się w strumieniu słodkiej, letniej wody. Zaprzyjaźniamy się z panią łazienkową i dzięki jej uprzejmości wieczorem uzupełniamy zbiorniki wody pitnej. Miasto męczące, schody, schody, schody, kręte uliczki i duża różnica poziomów. Na szczycie wspaniała cerkiew. Wieczorem zaczyna tętnić życie wokół portu. Obserwuję jak jacht chcący chyba zaparkować wykonuje dziwne manewry na środku portu, na pewno ma lepszy silnik ale pod wiatr rufą nie pociągnie. Kręcą się tak z pół godziny namierzając to tu, to tam i rezygnując kilkanaście metrów od nabrzeża. Jak namierzają się w pobliżu naszego jachtu zaczynam się niepokoić i przewalam odbijacze na stronę kontaktową. W końcu parkują. Przy kei robi się tłoczno. Do portu ściągają kolejne jachty. Obchodzimy przyportowe dzielnice w poszukiwaniu jadłodajni z gyros pita. Znajdujemy i przekąszamy bo po obiedzie śladu już nie ma. Nocne główki wyglądają przepięknie, dmucha mocno, fala podchodzi pod falochron. Z jednej strony ściana światła od portu, z drugiej ciemność pogłębiona przez światełka nawigacyjne w oddali. Zjechało się parę większych wycieczkowców z olbrzymimi nadbudówkami i mizernymi masztami. Wśród nich stoi cudo z banderą brytyjską. Kecz, poszycie drewniane, pokład z teki, długość jakieś 18 m. Wymuskany aż miło, zacumowany tak, że przyjemnie popatrzeć, widać że ten co parkował zna się na tym. Stoi lewą burtą przy kei, kotwica z dziobu lekko odchyla jacht od betonu. Cumy i szpringi usztywniają kadłub, ani drgnie. Chciałabym kiedyś pływać takim jachtem.
Rozdmuchuje się mocniej, dzięki problemom przy cumowaniu wiem, że kotwica trzyma pewnie ale mimo to budzę się w nocy żeby zerknąć na jacht.

skocz do góry

Siros - Sounion

Wypływamy o 0800, szary ponury poranek. Chmury wiszą nisko wcale nie zachęcają do pływania. Wieje z południa, przebijamy się na silniczku do krańca wyspy i już na żaglach odkładamy się na zachód, kierunek Kea. Wyłazi kolor błękitu z białego kłębowiska na górze i słońce. Wymijamy obszar zastrzeżony, jakiś wojskowy poligon czy co, mapa ostrzega przed pływaniem tam. Ładna spokojna czwóreczka z południa niesie nas prawie do samej wyspy Kea i zmienia kierunek na N. Leniwe fale wydłużają się, przybierają postać długich kopczyków, można odnieść wrażenie, że jacht przelewa się przez olbrzymie pole na którym dopiero co posadzono ziemniaki, rynna za rynną. Na obiad zupka grzybowa, głosujemy nawet czy ma być grzybowa czy inne paskudztwo jakby to nie wszystko jedno. Płuczemy zęby w tym wywarze i dokarmiamy rybki. Komando foki przy sterze (czyli Tomek z Robciem) oczywiście czas odpalić silnik. W zasadzie siłę wiatrów mieliśmy opanowaną, jak sterowała Lila wiało, jak za kółkiem było komando foki też wiało... pozorny od silnika. Omijamy północny kraniec wyspy i przeskakujemy dalej na ląd. Już bez silnika. Przeprowadzam śledztwo kulinarne, wcięło czekoladę niby nic poważnego ale to była ostatnia czekolada. Wszyscy zaklinali się, że jej nie jedliśmy, skoro nie jedliśmy to gdzieś powinna być. Przewalam komisyjnie wszystkie bakisty prowiantowe... zniknęła. Potem wspólnie rozwijamy temat kto, kiedy i dlaczego mógł zjeść czekoladę. Szukamy motywu, cholera skończyły się słodycze.
Fotografujemy fantastyczne wzory z chmur i słońca o zmierzchu. Wbijamy się w zatoczkę, po prawej imponująca kupa kamieni nr 4 czyli świątynia Posejdona na wzgórzu. Jest czarno gdy kończymy kotwiczenie. Tym razem bez wacht, śpię na deku i mam do siebie zaufanie. Najmniejsze przesunięcie jachtu mnie zbudzi, dodatkowo chodzi sonda jak będzie mniej niż 1 m pod kilem zacznie piszczeć. Alarm z GPS'a jest w takiej sytuacji bezradny, zatoczka jest na tyle mała że jakiekolwiek odchylenie w jej granicach mieści się w zakresie błędu. Mimo, że jesteśmy osłonięci od północnego wiatru martwa fala kolebie się w zatoce. Spanie w takim plastikowym pudle rezonansowym jak faluje jest średnio przyjemne.

skocz do góry

Sounion - Epidavros

O 0600 budzę chętnych na wschód słońca. Wymyśliliśmy powitać słońce na kupie kamieni nr 4. Niestety chętnych było sześcioro - na dwa kursy pontonem. Jeszcze po ciemku wdrapujemy się na górę, jakieś chaszcze, zarośla. I niespodzianka w postaci siatki, próbujemy minąć przeszkodę, bezskutecznie ścieżka biegnąca obok prowadzi w przepaść. Zacięcie mieliśmy niezłe, jeszcze pół godziny do wschodu, poszukamy innej drogi. Wracamy i próbujemy z drugiej strony. Trafiamy do restauracji z widokiem na wzgórze z tuzinem żółtawych kolumn. Podchodzimy bliżej, to samo cały szczyt ogrodzono siatką, zabytek o tej porze nieczynny. Ha, to mnie jeszcze bardziej utwierdza w przekonaniu, że wszystkie te ich zabytki to jedna wielka kupa kamieni niewarta zachodu, nie mówiąc o wschodzie... słońca. Przenosimy się na sąsiednią górę i opowiadam jak wschodzi słońce. Opowiadam bo cały horyzont jest równo zasłany pieprzonymi (przepraszam) chmurami. Słońce wstaje 4 minuty od momentu pojawienia się pierwszego świetlnego rogalika do oderwania tarczy od linii horyzontu. Dobrze, że mieliśmy GPS'a wiedziałam dokładnie kiedy zaczyna wschodzić.
Parę zdjęć okolicy i powrót. Po prawej tabliczka informująca o świątyni Ateny w pobliżu. Dzięki, na dziś mamy dosyć oglądania kup kamieni. Wracamy, na jachcie szczerzą zęby ci wyspani, znowu oszczędzili sobie zbędnej fatygi ale nie wysłuchali opowiadania o tym jak słońce wschodzi. Na śniadanie grzanki z masełkiem prosto z piekarnika. Grzanki znikają na pniu, nic dziwnego 10 osób a piekarnik malutki chociaż piętrowy. Ostatnia partia udana nad podziw Lila wrzuca czarną, płonącą grzankę do zlewu. Nie mogę się oprzeć i robię zdjęcie. Będzie kulinarna dokumentacja rejsu, szkoda, że nie sfotografowałam naleśników i placków ziemniaczanych.
Dziś prujemy z pełnymi żaglami na zachód do Epidavros. Chmury, szary horyzont. Przerwa na silnik w czasie wachty komanda foki. Przed zmrokiem cumujemy w porciku. Bardzo ładnym, z zielonymi palmami, trawnikami. Kolejna kupa kamieni - starożytny teatr o parę kilometrów stąd. Tym razem nie jadę, wymiękam wolę się wyspać. Rudniarz zebrał tylko dwoje chętnych Lilę i Darka.

skocz do góry

Epidavros - Kalamaki

Wychodzimy po 0900. Wieje ładnie z NE. Idziemy ostro na Kalamaki. Zaczyna się rozdmuchiwać, sąsiednie jachty płyną z niezłym przechyłem. Nam również niczego nie brak pod tym względem. W kabinie można stać na zawietrznej burcie. Bierzemy fale na genuę. Zadyma jest świetna, mogę powiedzieć, że ten rejs był bardziej "bałtycki" od większości letnich rejsów po Bałtyku. Wszystkim się podobało kręcenie kołem w takich warunkach. Nawet komando foki pływało bez silnika. Trochę zamieszania przy parkowaniu. Na końcu kei, prując tyłem pomiędzy rządkami jachtów dowiaduję się że miejsce "Summer Song" jest zajęte. Wycofuję się i próbuję ponownie w następnym rządku. Jest dziura, o tej porze pirsy szczelnie obstawione jachtami, parkujemy "na lakier". Uff koniec rejsu. Grek wypytuje nas jak się pływało, jaka trasa i takie tam. Oferuje nam inny jacht na przyszłą noc, czarter kończy się jutro a wylatujemy pojutrze. Gdyby nie gościnność tego człowieka siedzielibyśmy nocą na lotnisku. Obiecujemy wyczyścić jacht tak żeby był gotowy na jutro do drogi. W czasie pucowania melduje się płetwonurek i ogląda podwodną część kadłuba. Ten końcowy akcent bardzo pozytywnie nastawił mnie do firmy czarterującej. Biorąc od nich jacht w przyszłości mogę mieć pewność, że był kompleksowo sprawdzany i jest bezpieczny. Oglądanie kadłuba było jedynym sprawdzeniem, Grek powiedział, że widział już skippera i to mu wystarczy. Bardzo to było miłe z jego strony niemniej jacht oddaliśmy w stanie idealnym.
Na noc przenosimy się na drugi jacht żeby nie brudzić tego co właśnie wysprzątaliśmy. Urządzamy pożegnalną imprezę w kokpicie, załoga chce przemówienia. Śmieją się, że całe popołudnie smarowałam w nawigacyjnej mowę, naprawdę przepisywałam locję, te porty, które odwiedziliśmy. Chciałam sobie kupić egzemplarz ale spłukałam się i 130 DM było trochę za dużo. Krótko podsumowałam rejs i podziękowałam za wspólne pływanie. Niektórzy już zaczęli planować następny... może w maju ale o tym za rok.

skocz do góry

Białystok, 1999 r.  Beata Bogdanowicz