[morze] [zdjęcia]
Trogir
W miasteczku pojawiliśmy się rano, jacht mieliśmy odebrać o 1700. Zamiast siedzieć bezczynnie w kafejce, po odświeżającym prysznicu w marinie wyruszyliśmy na zakup prowiantu, według listy sporządzonej przez Elę (II oficera) i wręczonej mi jeszcze w Warszawie. Byliśmy we czwórkę, w wyniku kłopotu z samochodem osobowym (brak) podróżowaliśmy transportem zbiorowym - autokarem. Brrr, długo, niewygodne siedzenia i człowiek jakiś taki wymięty po tych trzydziestu paru godzinach...
Pozostała czwórka podróżowała samochodem osobowym i miała pojawić się po południu.
Odwiedzamy targ znajdujący się tuż za Starym Miastem, wszyscy sprzedawcy zachęcają do swojego towaru, oferując próbki do skosztowania. Generalnie warzywa i owoce mają droższe niż w Polsce. Pozostałe rzeczy kupujemy w supermarkecie za targiem.
Słoneczny dzień, przez targ, chodniczki wokół i Starówkę przechodzą tłumy. W jednym z kiosków zobaczyliśmy "Wyborczą" trzy dni opóźnioną co prawda ale świadczy to o wzrastającej liczbie Polaków w Trogirze i całej Chorwacji.
Zakupy zrobione a dopiero 1300. Zaglądamy do biura Way Point, może uda się wcześniej przejąć jacht. Widziałam go przy kei, Comet 420, wygląda dobrze tylko na widok rozwiązania zabudowy rufy mina mi rzednie, destant będzie miał ciężko...
W biurze są bardzo zadowoleni, że jesteśmy wcześniej, pozwoli to przekazać jacht i odciążyć ich przed wieczornym kołowrotem oddawania pozostałych. Dowiadujemy się także, że Comet to stary jacht (o tym akurat wiem dobrze, trochę spóźniliśmy się i już były zajęte wszystkie nowsze jachty, braliśmy co zostało) i wobec tego dostaniemy inny nowy jacht. Ten inny to Sunsail Odyssey 40 z 2001 roku. Piękna łódź z komfortowym zejściem do wody i dla desantu z rufy. Wszystko jak spod igiełki, pierwsze wrażenie bardzo, bardzo dobre. Na wejściu znajdujemy butelkę wina i wody mineralnej na stole.
Kambuz wyposażony doskonale, kuchenka z piekarnikiem, kran z wodą słodką z możliwością podgrzewania. Trochę niedobrze jest zaczynać swój pierwszy rejs morski na tak luksusowej łódce - wszystko później odnosi się do tego wzorca. Mamy trzy świeże osoby na rejsie.
Dalszy przegląd jachtu to sama przyjemność, środki ratunkowe, alarmowe, znaki sygnalizacyjne - wszystko nowe z aktualnymi atestami. Na widok czarnego stożka i kuli szczęka mi opada, dawno już nie widziałam tego na czarterowanych w Chorwacji jachtach. Kulę podnosi się w dzień gdy jacht stoi na kotwicy a stożek gdy jacht płynie na żaglach i na silniku.
Zastrzeżenia możemy mieć do wyposażenia nawigacyjnego, zamiast dokładnych i wygodnych mapek przystosowanych dla jachtów, formatu A3, dostajemy trzy stare o małej skali mapy obejmujące całe wybrzeże. Aktualna locja angielska "Navigational Guide to The Adriatic. Croatian Coast" z 2000 roku. Na naszą prośbę o stacjonarnego GPS'a pracownik rozkłada ręce - nie ma. Szkoda, próbujemy negocjować ale bez efektu. Pociesza nas, że się nie zgubimy bo wszystko widać. Uśmiecham się na to, jasne, że się nie zgubimy ale po to wynaleziono nowoczesne systemy określania pozycji aby z nich korzystać. Nie ma, to nie ma - trudno, jacht jest nowy i widocznie armator jeszcze nie wyposażył go w instalację do GPS'a, gniazdko do podłączenia anteny i zasilania jest puste. Mamy dwa prywatne GPS'y bez możliwości podłączenia do zasilania, będą musiały chodzić na bateriach, a wiadomo jak szybko coś takiego pożera baterie.
Odbieramy wyposażenie kambuzowe i hotelowe i nawigacyjne. Przychodzi kolej na wyposażenie pokładu. Silnik Yanmar, bardzo ładnie gra, autopilot - kolejny luksus. Winda kotwiczna bez zarzutu, działa w obie strony. Trochę za szybko wszystko się dzieje, gubimy się w środku nad opisem kolejnych przełączników na desce rozdzielczej. Proszę przekazującego aby zwolnił trochę - jeszcze raz przerabiamy kolejne guziczki. Nie jest źle, połowę pamiętamy. Dziękujemy za objaśnienia i zaczynamy sami powoli rozglądać się, w razie niejasności mamy pytać.
Prawdziwym wyzwaniem okazuje się instalacja wodna - rozprowadzająca wodę do zbiorników. Trzy wskaźniki pokazują, że zbiorniki są zatankowane do pełna a jeden informuje o pustym zbiorniku. Próbujemy dotankować wodę. Nic z tego albo są naprawdę pełne albo jeden jest zatkany. I tu zaczynają się schody, pracownik techniczny nie bardzo rozumie co od niego chcemy. Zbiorniki są pełne, na nasze pytanie o wskaźnik tłumaczy, że nie zna tego jachtu. Wie tylko, że zbiorniki są pełne i już. A my chcemy wykluczyć możliwość, zatkania jednego ze zbiorników. Trochę za bardzo emocjonalnie gość podchodzi do tego, widać, że się denerwuje. Jeszcze raz sami odkrywamy instalację rozprowadzającą, opukujemy zbiorniki. Trochę ciężko się w tym połapać, nie wszystkie przewody są widoczne.
Może się wydawać, że nasze próby są zbędne ale woda jest bardzo ważną rzeczą, szczególnie w takim klimacie. Od tego jak dokładnie poznamy jacht i wyeliminujemy wszelkie możliwe niedopowiedzenia zależy spokojna i komfortowa jazda potem. Warto się przyłożyć i nawet trochę zajść za skórę armatorowi aby później nie pluć sobie w brodę, że tego czy tamtego się nie dopilnowało. Słowem, chłopaki dostali ten jacht od innej firmy i zrobili nam uprzejmość podstawiając go zamiast Cometa 420. Bardzo to ładne i widać dbałość o klienta. A, że nie mieli pojęcia co tak naprawdę siedzi w środku, ile litrów mają zbiorniki na wodę i paliwo, ile mocy ma silnik, ile zanurzenia jacht i to, że sonda jest wyskalowana i wskazuje głębokość od kila a nie od kadłuba gdzie umieszczone są czujniki - szkoda. Jedno mogę powiedzieć na pewno, prócz tych zgrzytów z instalacją wodną jacht przejmowało się komfortowo, jeżeli czegoś brakowało natychmiast donoszono. Z czystym sumieniem mogę polecić firmę Way Point mającą swoją siedzibę w Rovnij i Trogirze.
W głowie mi się kręciło, dwie niedospane noce, młyn z przejmowaniem, trochę już nie kontaktowałam i ciężko było pozbierać myśli po polsku a co dopiero po angielsku. Stop.
Odbieram sms'a od drugiej części ekipy - mamy jeszcze 250 km przez góry... Nie czekajcie na nas z kolacją :-)
Skoro tak, wybieramy się we czwórkę do sympatycznej tawerny na Starym Mieście. Mariusz zamawia proszuto czyli wędzony udziec, pokrojony na cienkie plasterki - mina mu się wydłuża bo trafił danie na zimno. Marcin wybiera cevaptici czyli pałeczki mięsne - to na gorąco. Reszta rażnijci - sztuka mięsa również na gorąco. Do tego frytki, sałatki i piwo w oszronionych półlitrowych kuflach o jasnobursztynowym odcieniu. Wszystko wyśmienite. Przepraszam za pisownię potraw, być może odbiega trochę od oryginału - usiłuję sobie przypomnieć jak to było ale bazuję głównie na wymowie :)
Sam Trogir jest uroczy, pod koniec III wieku Grecy z wyspy Vis założyli osadę i nazwali Tragurion - wyspa kóz. Miasto leży częściowo na wyspie, ląd stały ze Starówką łączy most, kiedyś obrotowy - tak wynika z rysunku w locji, obecnie stacjonarny. Pod mostem wiedzie szlak żeglowny dostępny tylko dla małych jednostek raczej nie żaglowych.
Za mostem miejski port, długie kamienne nabrzeże zamknięte basztą. Stoją przy nim większe żaglowce, w oczy rzuca się szczególnie jeden. Wspaniały kecz, długość powyżej 30 m, granatowe wypolerowane burty, kształt smukły, klasyczny z bukszprytem i galionem - półnaga postać nimfy, chyba. Pokład w jasnym drewnie, nieskazitelny i wypielęgnowany, okucia mosiężne. Taaakie klimaty. Całość działa jak magnes na żeglarzy z zacięciem morskim i upodobaniem do klasycznych smukłych kliprów... Pod banderą Brytyjską.
Nie sposób było przejść obok obojętnie, zanim wkroczyło się w solidną dębową bramę wysoką na 3 metry, przynajmniej jeden rzut oka na to cacko. Za murami labirynt białych uliczek starego Trogiru. Wypolerowane kamienie posadzki odbijają refleksy świetlne promieni przedostających się do środka gdy słońce jest odpowiednio wysoko. Przy każdym placyku ratanowe krzesła i parasole kawiarni. W ślepych uliczkach też rozstawione stoliki, przed wejściem do każdej prawie tawerny kelner wabiący klientów albo karty menu. W głębi katedra św. Wawrzyńca będąca (powtarzam za przewodnikiem) jednym z największych osiągnięć sztuki w historii Dalmacji. Wejście ozdobione wspaniałym romańskim portalem z 1240 r.
Całe miasteczko tętni życiem, jest słonecznie.
Około 1900 zjawia się reszta załogi: Dorota, Ela, Magda i Eligiusz. Tych ostatnich dwoje pierwszy raz na morze. Z zaciekawieniem rozglądają się dookoła. Załatwiamy ostatnie formalności związane z przejęciem jachtu: kaucje, listę załogi. I już jesteśmy zaokrętowani. Jeszcze tylko całe góry bagaży, prowiantu przywiezionego z Polski. Rozkładamy wszystko pośpiesznie. To był bardzo męczący dzień. Kolejne powinny być znacznie spokojniejsze.
Trogir - kotwicowisko na Solta.
Dzień zaczyna się wcześnie, dla chętnych o 0800 jest msza w katedrze - wspaniały obiekt, wart zobaczenia - porządek identyczny jak w katolickiej polskiej mszy tyle, że po chorwacku. Słońce obiecuje ładny dzień. Chciałoby się jak najszybciej wyskoczyć z portu ale jeszcze masę spraw. Zakupy uzupełniające brakujący prowiant: chleb i inne drobiazgi. Szkolenie załogi z: bezpieczeństwa, poruszania po jachcie, obsługi wyposażenia. Ćwiczenia w refowaniu żagli - bez rolera grota jest z tym trochę roboty, lepiej przećwiczyć w porcie podczas komfortowych warunków niż ćwiczyć to jak coś spadnie raptem na wodzie... Omówienie manewrów portowych, przydzielenie stanowisk. Można wymieniać i wymieniać aż głowa zaboli tyle tego jest, ale jak się wszystko załatwi to potem jest luźniej i bezpieczniej.
Pracownik Way Point przyniósł dokumenty jachtu i listę załogi. Firma jest bardzo za klientem, nawet formalności z kapitanatem załatwia.
O 1200 wielka chwila szykujemy się do wyruszenia na wody Adriatyku. Wszyscy na stanowiskach, włączam silnik i stop, nie ma Eligiusza. Ostatnia wizyta w toalecie mariny - byle tylko prysznica nie brał padają żarty. Kolejne minuty wloką się długo, macham ręką, wyłączam silnik i wysyłam Mariusza aby pogonił marudera. Eligiusz truchcikiem dobiega do jachtu i wreszcie komenda: oddaj cumę dziobową, oddaj cumy rufowe. Marina zostaje za rufą. Jeszcze w zatoce Dorota sprawdza jaką mamy śrubę, na wstecznym dziób poszedł w prawo - znaczy, że prawoskrętną a więc wedle kanonów burta lewa powinna być manewrową. Jeszcze sprawdzenie promienia cyrkulacji, co może być istotne podczas manewrowania w ciasnych, zatłoczonych marinach. Ładny promień, kręci prawie w miejscu co nie zmienia faktu, że minimum 13 m przestrzeni trzeba mieć.
Na początku rejsu człowiek jest taki pierdołowaty jak ja to określam, musi się wdrożyć w rytm. Idzie to zwykle szybko ale przez pierwsze dni spoglądam uważnie na ludzi. Przebijamy się pomiędzy wysepkami ku zewnętrznym wyspom. Wspaniała żeglarska pogoda, równy wiaterek, 4 stopnie Beauforta. Doskonała okazja do przećwiczenia właściwości manewrowych jachtu pod żaglami i alarmu człowiek za burtą. Konstruujemy człowieka z plastikowej butelki i kolorowej reklamówki. Po kolei podchodzimy, manewry wychodzą sprawnie. Fajny jacht.
Od północy nadbiegają chmurzyska, wypiętrzone cumulusy i cumulonimbusy lekko żółtawe od słońca chylącego się ku zachodowi. Kończymy ćwiczenia i kierujemy się do zatoczki wybranej na dzisiejszy nocleg. Nie chcę wchodzić do portu - Masilnica tuż obok, bo w ubiegłym roku nieładnie nas przywitał pracownik tegoż portu.
Wchodzimy w głąb, pod brzegiem stoją już dwa jachty a po przeciwnej stronie stado rybackich łódeczek. Wpasowujemy się tuż za jachtami. Mocujemy cumę rufową na skałach z dziobu trzyma kotwica.
Zmrok zapada szybko, z oddali raz za razem zapala się błysk. Idzie burza. Mariusz z Marcinem wsiadają do pontonu i wywożą drugą kotwicę. Zawsze to lepiej stać na dwóch jak idzie burza. Przydaje się michałkowy szperacz - aldis o sporej mocy świetlnej. Jeśli zaświeci się komuś w oczy to delikwent traci wzrok na parę minut... Wiem coś o tym.
W środku przytulnie i bezpiecznie, rozkręca się gitarowa impreza. Na deku ulewa, tak się rozpadało i rozgrzmiało, że nie słychać pod pokładem gitary. Wrażenia niecodzienne, stoję pod bimini top (czyli osłonką przeciwsłoneczną, tak naprawdę doskonale chroniącą przed żarem słońca znad południowych mórz) leje rzęsiście i co parę minut mogę dokładnie obejrzeć krajobraz wyspy. Błyski są imponujące, jakaś paskudna burza kręci się w pobliżu. Pól nocy nam tak grzmi i oświetla.
Kotwicowisko na Solta - Split
Zaczyna już świtać gdy budzę Mariusza, ma teraz wachtę. Aby się wyplątać z dwóch kotwic wołamy do pomocy Marcina. Wiatr odkręcił, jak oddamy rufową to wylądujemy na rybackich łódeczkach. Na szczęście udaje się bez problemu wybrać kotwicę rzuconą głębiej w zatokę. Dorota wynurza się ze środka zbudzona hałasami na deku, pomaga Marcinowi na dziobie. Mariusz płynie oddać rufową, wraz ze zwolnieniem rufy zaczynamy wybierać drugą kotwicę. Eligiusz z odbijaczem asekuruje tyły, ustawiamy się kilkanaście centymetrów od łódek. Dobra robota, kotwica wybrana. Wszystko poszło sprawnie i cicho. Jak wychylamy się zza osłony ścian wyspy dmucha nam w nos całkiem, całkiem. Bardzo ładna falka. Znaczy będzie zabawa. Komunikaty meteo podają ostrzeżenia, burze, jugo. Jak się rozwieje sztormowe jugo to lepiej stać w porcie zapewniającym dobre schronienie i na tyle dużym aby nie zabrakło atrakcji turystycznych - jugo potrafi trzymać trzy dni. Kierujemy się do Splitu. Morze kudłaci się bardzo ładnie, nocne burze rozbujały nieco Adriatyk. Refujemy grota. Załoga wylega na pokład, nie ma chętnych na delektowanie się falowaniem w koi. Śniadanie na pokładzie - sucharki i nutella. Jak zwykle w takich sytuacjach stare "wilki morskie" raczą nowicjuszy kawałami o pawiach rzucanych z fantazją kapitańską, panoramiczną i na wielorybka. Ruszają opowieści o tym kto i jak chorował i różne zabawne historie z tym związane - a trochę się już tego nazbierało... Magda, Eligiusz i Beata trzymają się dzielnie ale deklarują, że pod pokład nie pójdą - bo tu jest świeże powietrze i tak sympatycznie. No tak o obiedzie można zapomnieć. Marcin oddaje Neptunowi daninę, też się dzielnie trzyma poza tym. Robi na dole nawigację i wychodzi od czasu do czasu przewietrzyć żołądek :) Wszystkim podoba się jazda na fali.
Gdy wchodzimy w pierścień wysepek i odkładamy się na pełny kurs jacht zaczyna stateczniej przechadzać się po falach. Około południa wiatr gaśnie, trzeba podróż kończyć na silniku. Meldujemy się w marinie, zaraz w lewo za główkami Splitu. Wszystkie keje zapchane, pracownik ACI wskazuje nam miejsce w głębi szpaleru jachtów. Ruch jak na autostradzie, wyczekujemy na wolną drogę do naszej rynny. Parkujemy obok Polaków. Krótkie krzątanie wokół podłączenia jachtu do dostępnych źródeł: energii i wody. Mariusz z Marcinem sprawiają się dobrze, wcale nie muszę przypominać o różnych sprawach koniecznych do załatwienia po zacumowaniu.
Ruszamy na prysznice, porcja porannej toalety bez ograniczeń ciepłej wody (ograniczenie wynika tylko z wytrzymałości kciuka - czasowy wyłącznik - i zaciętości) zawsze przyjemnie nastraja.
Już czyści zbieramy się na grupowe zwiedzanie miasta. Głód zagląda w oczy a ja niepotrzebnie wygadałam się, że w ubiegłym roku jedliśmy smacznie i w miarę tanio w sympatycznej restauracji. Teraz depcze mi po piętach stado zgłodniałych żeglarzy, jestem trochę spanikowana bo gdzie była ta knajpa to dokładnie nie wiem. Mam mgliste pojęcie o kierunku i rejonie a znalezienie czegoś w labiryncie uliczek Splitu wcale nie jest łatwe. Ponieważ pierwsza próba okazuje się niewypałem postanawiam rozpocząć systematyczne poszukiwania. Zostawiam ich na głównym placu i każę czekać. Mijam kolejne sektory labiryntu a końca nie widać. Najmniej wytrwali łamią się i kupują lody, za nimi reszta. I jak to zwykle bywa zaraz udaje mi się odnaleźć restaurację Sarajewo. Kończymy lody pośpiesznie, nie tylko my krążyliśmy w poszukiwaniu jakiegoś sympatycznego miejsca posiłku, Polacy z sąsiedniego jachtu też podobno krążą i szukają.
Wystrój jest sympatyczny, na ścianach między innymi stare (ale czyste!) wełniane skarpety, odrobinę przypominają rękodzieło skandynawskie. Zamawiamy różne miejscowe potrawy i wino. Niestety oczekiwanie na posiłek trwa zbyt długo, do głów przychodzą różne pomysły jak przyspieszyć obiad. Niektóre zbyt drastyczne by cytować. W żołądkach nicość, kambuz nie chciał zrobić obiadu a świeże powietrze robi swoje i apetyty wilcze. Udało się, wszyscy doczekali jedzenia. I niespodzianka albo zmienili kucharza albo kucharz miał zły dzień. Mięso niedopieczone, pracowicie żujemy rażnijci. Szczęśliwcom od cevapciti udało się, potrawa jest lepiej przyrządzona. Więcej nie polecam restauracji, nie będą musiała świecić oczami jak coś nie wyjdzie.
Pogoda zmienia się jak w kalejdoskopie, dobijaliśmy w pełnym słońcu a teraz pochmurno i zanosi się na deszcz. Pobieżnie oglądamy atrakcyjne przecież zabytki i pełne klimatu - ale w innej aurze - wąskie uliczki Splitu. Wraz ze strugami deszczu wracamy na jacht. Po drodze usiłujemy zdobyć polską flagę, głupio tak pływać pod niemiecką banderką jak my nie Niemcy. Niestety żaden sklep żeglarski nie ma takich luksusów, gdyby można było kupić pojedynczą flagę MKS-u to jakoś poradzilibyśmy. Niestety w sklepie nie chcą rozkompletować zestawu. W przyszłości nie mogę zapomnieć o polskiej biało-czerwonej, czuję dyskomfort podczas całego rejsu...
Ta noc w odróżnieniu od poprzedniej będzie spokojna, jak jacht stoi w porcie to dopiero mogę się wyspać, jak stoimy na kotwicy to śpię jak zając z jednym uchem na czuwaniu :(
Split - Vela Luka
Zaraz po zdobyciu prognozy pogody z biura mariny i opłaceniu postoju - ok. 374 kuny (za ponad 12 m jacht i 8 osób) ruszamy w dalszą drogę. Ranek wstał pochmurny, ze szkwalistymi wiatrami, w prognozie ostrzeżenia o lokalnych burzach nad obszarem centralnego Adriatyku. Za główkami stawiamy żagle i obieramy kurs na przejście pomiędzy wyspami: Brac i Solta. Kierunek wiatru pozwala na żeglugę bajdewindem. Jacht płynie bardzo ładnie, momentami rozwija prędkość 8 węzłów na zarefowanym grocie. Wspaniała żegluga. Nad nami przewalają się pola chmur, bardzo niskich i sączących mgłę dookoła. Jak mijamy wyspy chmury tak zasnuwają przejście pomiędzy nimi, że nic nie widać. Parę razy melduje się przelotny na szczęście opad.
Potem trochę słońca, flauta, akurat na przejście kanału Hvar. Włączamy silnik i przelatujemy na drugą stronę kolejnego pierścienia wysepek. Od lądu dochodzi bardzo intensywna woń sosen, z początku mamy problemy ze zidentyfikowaniem zapachu. Podobno na wiosnę i latem Hvar staje się pachnącą ziołami wyspą, najwięcej rośnie tam lawendy, rozmarynu, majeranku i tymianku.
Za Hvarem rozwiewa się ponownie. Ładna, równa piąteczka. Jak ładnie Sunsail Odyssey sprawuje się przy ostrych kursach, każdy marzy o sterowaniu, niestety. Udaje mi się wyprosić 10 minut za kółkiem. Ciężki jest los skippera, do steru to dają się dopchać tylko na manewry portowe a jak coś dmucha to zapomnij. Te chwile zapisały mi się na "stop klatce" żagle pełne wiatru, fala taka akurat dla podkreślenia atrakcyjności żeglugi i słoneczko wyłażące zza chmur. Wszystkie miny uśmiechnięte i zadowolone z życia. Nikt nie choruje. Sporo przed zmrokiem stajemy w porcie miejskim Vela Luka.
Sympatyczne miasteczko, zaraz za keją stacja benzynowa. W głębi basenu małe łódki rybackie, gęsto oblepiające nabrzeże. Zaraz wyskoczyliśmy na małe piwko w przyportowej tawernie. Zgodnie z teorią Beaty lokali, które świecą pustkami albo nielicznymi klientami należy unikać a kierować się do obficie zagęszczonych bo klient ciągnie do dobrej knajpy a złą omija. Może coś w tym jest. Niestety nie mieli piwa z beczki tylko butelkowe, wcale nie nadzwyczajne. Wyciągnęliśmy się na knajpianych fotelikach i spokojnie sączyliśmy trunek. Potem przyszła potrzeba skosztowania potraw z autentycznej portowej tawerny, nie takiej dla turystów jak Bora strasząca z daleka kolorowym neonem. Dorota podpytała tubylców i namierzyła swojski lokal, niestety zamknięty. Zaraz obok była następna tawerna, o ciekawym wystroju nawiązującym do morza bez krzykliwych dodatków. Zasiedliśmy na drewnianych ławach zaraz po przestudiowaniu karty dań wiszącej nad ogromną dębową beczką.
Zamawiamy skarpinę czyli miejscowy przysmak - rybę o wdzięcznej nazwie czerwony smok. Faktycznie to co jest na talerzu przypomina trochę smoka, wielka paszcza, jakieś rogi, wyrostki ale mięso bardzo smaczne. Obsługę mają tu nie nadzwyczajną, ciężko doprosić się o kolejne potrawy. Kelnerka chyba się wystraszyła i skrzętnie omija nasz stolik. Chyba nie lubi konwersować po angielsku.
Po tawernie przyszła kolej na inne atrakcje. Towarzystwo się rozpierzchło. Wizyta w cukierni kończy się dosyć niespodziewanie, przynajmniej dla mnie. Nie wytrzymuję, Dorota zamawia baklawę. Od pamiętnego rejsu po Egejskim na widok baklawy dostaję mdłości. Porzucam niedokończoną kremówkę i uciekam z cukierni.
Miasteczko nocą wyciszyło się, nieliczni turyści zasiadają w kafejkach i tawernach.
Vela Luka - Mljet
Zaplanowane odejście razem ze wstającym słońcem nie udało się. Pracownik portu nie pobrał opłaty wczoraj wieczorem i za naszą rufą znikającą z portu słychać wołanie. Ogarnia mnie irytacja, niech to wszystko, nie mogli wczoraj pobrać opłaty. Trudno, wrzucam silnik na bieg jałowy i łagodnie zawracam. Podchodzimy pod stację benzynową, na pokładzie jest Mariusz i Beata reszta śpi - chyba. Płacimy za postój i tym razem nie zatrzymywani wymykamy się z portu. Zza wysokich zboczy zatoki powiewa poranna bryza. Stawiamy żagle i obieramy kurs na południowo-zachodni cypel wyspy Korcula. Dobrze zapowiadający się wiatr gaśnie gdy wychodzimy z zatoki. Ćwiczymy pływanie plażowe, powoli przesuwamy się na wschód. Na pokładzie sielanka, po pierwszych pochmurnych dniach rejsu wreszcie można zażyć kąpieli słonecznych. Dużym wzięciem cieszy się tomik wierszy ks. Twardowskiego. W takim leniwym nastroju gdy wszystko powoli przeplata się przez codzienność odnajduję właściwy rytm do wczucia się w te wiersze. Normalnie w rzeczywistości niewakacyjnej wszystko toczy się tak szybko, że prawie niemożliwym staje się odrzucenie tego i zwolnienie aby odebrać to co w nich jest. A dziś jest właściwy klimat, płyniemy powoli naprzód i to skłania do refleksji.
Po południu zerkam na mapę aby wybrać miejsce noclegu, w naszym zasięgu jest zatoczka z małą osadą Pomena. Wieczorem wpływamy pomiędzy skały lokalnych wysepek i wyspę Mljet. Na środku większej zatoki porządna boja cumownicza taka dla statków. Kierujemy się dalej na głębokości odpowiednie dla jachtów. Stajemy na kotwicy z dziobu, desant na pontonie mocuje cumy rufowe do drzewa na lądzie. Jak tu jest pięknie! Coś wspaniałego, dookoła szafirowa toń przechodząca w turkus na przybrzeżnych płyciznach. Skalista wysepka porośnięta gęstymi krzewami i niskopiennymi iglakami - za rufą, pięknie wyglądają poorane wiatrem i deszczami białe skałki wynurzające się z zieleni. Przed nami mała osada Pomena oświetlona ciepłym światłem chylącego się ku zachodowi słońca. Takie oświetlenie jest szczególnie cenione przez fotografów. Na obiad ma być spaghetti. Dorota znika w kambuzie, nie wiem jak inni ale ja jestem wściekle głodna. Nawet wspaniałe widoki i zmieniająca barwy okolica w promieniach zachodu tylko na chwilę jest w stanie odciąć świadomość tej czarnej dziury w środku domagającej się jeść.
Ledwo, ledwo dotrwaliśmy do obiadu w porze wieczornej. Ale warto było poczekać, doskonałe spaghetti na bazie warzyw, przypraw i potężnej ilości sera oraz doskonałe miejscowe wino warte polecenia: Peljesac. Choć porcje są bardzo solidne to momentalnie znikają w czeluściach głodu. Potem można już spokojnie delektować się ciepłą nocą i rozgwieżdżonym niebem. Dużo gwiazd jest tej nocy, wysypało aż miło. U nas spokojna gitarowa atmosfera a na sąsiednim jachcie z banderą niemiecką i różnojęzyczną załogą urodziny obchodzone z niemiecką pompą. Harmonia i bawarskie przyśpiewki. Trochę zagłuszają naszą odrobinę nostalgiczną słowiańską noc z gwiazdami. Magda śpiewa słowami Okudżawy, Dorota wykonuje bardziej mówione niż śpiewane interpretacje Porębskiego a Ela ballady Sikorskiego. Takie chwile mają duży urok i też potrafią się doskonale zapisać na "stop klatkach".
Mljet(Pomena)-Dubrownik(ACI)
Zbrodnią byłoby spędzenie słonecznego poranka w sposób inny niż kąpiel i zabawa. Poszukiwania muszelek przynoszą obfite zbiory. Woda jest tak klarowna, i przejrzysta, że doskonale widać wszystkie zakamarki w morskim dnie. Tylko słona woda powiększa wszystko na dole. I tak nurkuję po wspaniałą duża muszlę a wyciągam średnich rozmiarów muszelkę...
Po dwugodzinnej zabawie nawet najwytrwalsi mają dość słonej wody. Kończymy kąpiele. O 1030 podnosimy kotwicę i wypływamy. Jeszcze wieje poranna bryza więc pod żaglami obieramy kurs na Dubrownik. Niedługo możemy obejść się bez silnika, wiatr gaśnie. Wysyłamy na pontonie ekipę fotografów. Ela z Mariuszem mają zadanie uwiecznienia jachtu pod żaglami na zdjęciach i taśmie video. Niestety wiatr zupełnie opada i żagle zwisają żałośnie - mówi się trudno i płynie dalej brum, brum, brumm. Prawdziwa patelnia na pokładzie, pod pokładem, a kambuźnicy gotują obiad co jeszcze bardziej czyni upał nieznośnym. Próbuję zainstalować komin służący do wspomożenia cyrkulacji wewnątrz jachtu, jakoś dziwnie nie chce się dopasować. Oj chyba to jest komin ale do gromadzenia wody deszczowej :) Za rufą pojawiają się chmurzyska. Mija popołudnie. Rozważamy miejsce postoju, miała być zatoczka bo zwolenników kąpieli morskich jest dużo ale wobec czapy chmur na horyzoncie postanawiamy schować się w porcie. A ciepły prysznic w marinie i basen sprawia, że mijamy port miejski Gruz i płyniemy w górę zatoki do ACI. Za rozwidleniem szlaków do portu i mariny powstaje most. Wysoki na 30 m, jeszcze brakuje paru przęseł aby połączyć oba brzegi. Przepływamy pod nim podziwiając ogrom konstrukcji. Chorwaci budują autostradę nad brzegiem morza do Dubrownika. Zazdrościmy im tych autostrad, są tym wspanialsze im dokładniej przypominamy nędzę polskich dróg i te kilkukilometrowe wycinki, które jakoś nie mogą połączyć się w szosę mogącą nosić nazwę autostrady :(
Do mariny ciągnie trójka jachtów przed nami i jeden albo dwa za nami. Zwalniam przed główkami aby rozładować tłok w przystani. Pracownik ACI wskazuje nam miejsce zaraz za wejściem. Cumujemy i znowu dylemat, za krótki przewód do podłączenia prądu. W marinie nie mają przedłużacza, proponują nam przecumowanie ale nie chce mi się ruszać a akumulatory tryskają energią od całodziennego pływania na silniku. Komórki i szperacz można naładować w łazienkach.
Główna atrakcja tej mariny czyli rozreklamowany w locji basen trochę odbiega od naszych oczekiwań. Jest to obiekt przybarowy, płytki i jakoś nikt nie ma ochoty popływać w chyba słodkiej wodzie. Przerwa na toaletę trwa do 2000. Potem idziemy na przystanek autobusowy. Dubrownik jest trochę oddalony od przystani. Bilet to wydatek rzędu 6 - 8 kun na osobę. Po kilkunastu minutach ostrej jazdy krętymi uliczkami wysiadamy przy bramie na Starówkę. Potężne mury miejskie oddzielają stary Dubrownik od narosłego wokół później miasta.
Przekroczenie bram sprawia, że zanurzamy się w bajkowym tunelu, wrażenie jest niecodzienne. Ciepła noc, długi plac rynku oświetlony żółtawym światłem nakłada na to miejsce patynę. Wokół spacerują turyści. Wszystko jest zawieszone w czasie i sprawia wrażenie nierealnego, jak we śnie. Takie odczucia potęgują jeszcze tutejsze psy. Spokojnie śpiące, zwinięte w kłębek na środku deptaka. Bardzo przyjemne uczucie tak zanurzyć się w urocze uliczki Dubrownika. Split jest inny tamte miasto to labirynt z kilkoma placami, tu jest jeden długi deptak od którego rozchodzą się na boki mniejsze uliczki. Na chwilę siadam pod pomnikiem w centralnym miejscu placu. Z jednej strony kościół św. Błażeja, patrona Republiki Dubrownickiej; z drugiej wieża zegarowa i jeżyki. Jeżyki to ptaki, latają w nocy, z początku myśleliśmy, że to nietoperze ale dokładniejsza obserwacja wyprowadza z błędu.
Kościółek jest jednym z symboli miasta, wzniesiony w stylu baroku weneckiego z okrągłą kopułą pochodzi z początków XVII w; ale to co mnie w nim fascynuje to witraże. Mam słabość do witraży i potrafię godzinami wpatrywać się "w kolorowe szkiełka". Tutaj oglądanie jest możliwe nocą, witraże są podświetlone i nadają nieco kolorytu temu zanurzonemu w żółtawym półmroku miastu.
Wyszukujemy restaurację na świeżym powietrzu, wystarczy zajrzeć w uliczkę równoległą do głównej ulicy miasta. Położoną w górze, połączoną stromymi płaszczyznami schodów. Cała uliczka to jedna wielka knajpa. Zasiadamy w wygodnych miękko wyściełanych, kwiecistych fotelach. Dostajemy karty, jest nawet tłumaczenie po polsku. Nie pamiętam już co wzbudziło taką wesołość czy "rzabie łudka" czy jakieś inne swobodne tłumaczenie. Po raz pierwszy decyduję się na owoc morza inny niż krewetki, zamawiam sałatkę z hobotnic czyli ośmiornic. Całkiem smaczna. Z rezerwą obserwujemy jak na stole obok Doroty pojawia się talerz pełen parujących, czarnych muszli. Potrawa wygląda podejrzanie żeby nie powiedzieć odstraszająco, ze skorup sterczą włoski wodorostów i wcale nie wygląda to najlepiej. Dorota robi dobrą minę i kolejne małże znikają z pancerzy... wobec tego reszta też postanawia skosztować tych skorupiaków. Dobrze zrobione w sosie czosnkowym jako przystawka całkiem, całkiem. A przed Marcinem ląduje talerz z kalmarami, w panierce. Smakują bardzo dobrze. Tym sposobem oswajamy kolejne owoce morza i przełamujemy uprzedzenia do różnych żyjątek ze słonych głębin.
Miasto zaczyna się wyludniać, śpieszymy do autobusu - do mariny kawał drogi - nie możemy przegapić ostatniego kursu.
ACI (Dubrownik) - Gruz(Dubrownik)
Przenosimy się do portu miejskiego w Dubrowniku. Podczas cumowania dostaję sygnał z dziobu, że nie działa winda kotwiczna. Awaryjnie stajemy longside przy ostatnim kawałku wolnego miejsca na nabrzeżu. Zbiera się całe konsylium na dziobie, pochylamy głowy nad nieszczęsną kotwicą i próbujemy odkryć jaka może być przyczyna awarii. Podejrzewamy elektronikę pilota niestety samodzielnie nie można stwierdzić czy faktycznie padł jakiś scalak na płytce. Wołamy pomoc z Way Pointu. W ciągu pół godziny na pokładzie melduje się serwisant. Jesteśmy bardzo mile zaskoczeni szybkością. Oględziny windy nie przynoszą rezultatów. Na tablicy rozdzielczej zasilanie windy kotwicznej włączone. Chorwat rozbiera zabudowę w kabinie na dziobie - może któryś z przewodów nie kontaktuje. Ale to nie to. W końcu po konsultacjach telefonicznych z innym fachowcem od tego jachtu następuje zlokalizowanie przyczyny. Banalne, został wyłączony klucz spinający elektronikę windy z akumulatorem. Znajdował się w mojej kabinie. Trochę nam głupio, że usterką okazał się nasz brak znajomości jachtu. Z drugiej strony nie mogliśmy sobie przypomnieć aby pracownik przekazujący jacht wspominał nam o tym kluczu. A fakt, że fachman od napraw też nie znał lokalizacji przełącznika trochę nas podniósł na duchu. Dziękujemy za uruchomienie windy i przepraszamy za kłopot. Przestawiamy łódź do grupy jachtów w jedyne wolne miejsce, które na szczęście poczekało na nas.
Południe, upał wygania ze środka na pokład. Wybieramy się na zwiedzanie Dubrownika tym razem za dnia - trzeba zrobić trochę zdjęć...
Dzielimy się na dwie grupy jedni jadą autobusem pozostali wędrują pieszo. Przy bramie wejściowej na Starówkę rozdzielamy się znowu, amatorzy fotografii i zawodowi zwiedzacze ruszają ścieżką prowadzącą szczytem murów miejskich a reszta dekuje się na ocienionym tarasie przy tawernie. Jest za gorąco aby łazić po murach. Pogoda w sam raz na zimne przystawki i wino. Przy okazji wypisujemy pocztówki. O 1600 spotykamy się na placu głównym ze zwiedzaczami, a ponieważ pora jest obiadowa a oni są głodni i zmęczeni odwiedzamy jedną z tawern w szeregu gdzie jedliśmy wczoraj. Potem cukiernia, zaczyna robić się chłodno. Mój talent do gubienia się daje o sobie znać, nie mogę natrafić na grupę. Przetrząsam uliczki labiryntu bez rezultatu, widocznie mijamy się. Wracam pod wieżę zegarową i próbuję grzecznie czekać tylko dlaczego jest coraz zimniej, brrr. Nie będę przecież marzła, skoczę na jacht i ubiorę się cieplej. Na kei dostaję sms'a: gdzie jesteś? Opuszczona załoga wymęczona zwiedzaniem czeka na mnie pod zegarem. Przemierzam po raz trzeci tego dnia drogę z portu na Starówkę, czuję w nogach te kilka kilometrów. Jest już ciemno gdy docieram na miejsce spotkania. Cała gromada wygląda na mocno zmęczoną. Dostają klucz i wracają na jacht a ja chcę jeszcze popatrzeć na Dubrownik nocą, kto wie może to ostatni raz...
Gruz (Dubrownik) - Pomena(Mljet)
Osiągnęliśmy punkt docelowy rejsu, dalej na południe nie płyniemy właściwie to już kończy się chorwackie wybrzeże jeszcze tylko Cavtat. Teraz będziemy kierować się w górę czyli na NW.
Uzupełniamy zapasy żywności, świeże pieczywo i kalmary... Dorota będzie gotować. Kalmary zamrożone są w dwie bryłki lodu, mają po 20 cm długości i bladoróżowy kolor.
Opływamy półwysep aby z wody zrobić parę zdjęć starego portu. Port jest zamknięty dla jachtów, stoją w nim głównie wycieczkowce i maleńkie łódki rybackie. Zataczamy koło tuż przy główkach, pogoda wymarzona do zdjęć, pełne słońce.
Ten rejs jest bardzo turystyczno-rekreacyjno-kulinarny, pogoda nie sprzyja żeglarstwu i to męczy, nie tylko mnie. Silnikowe buczenie przez parę godzin potrafi nieźle zaleźć za skórę. Opływamy wyspę Mljet od pełnego morza. Nie może się obyć bez tradycyjnej już kąpieli w zacisznej zatoczce. O 1300 rzucamy kotwicę w zatoce Saplunara na SE krańcu wyspy. Wcale nie jest tak zacisznie, kotwica nie chwyciła i jacht dryfuje powoli. Namierzamy jeszcze raz miejsce do kotwiczenia tym razem w głębi. O 1440 uruchomiono silnik a o 1445 kotwicę wybrano tak jest w dzienniku. Pojawia się lekka bryza, rozwijamy żagle w nadziei, że wypełnią się za chwilę mocniejszym wiatrem i pożeglujemy wsłuchując się w szum fali - niestety półgodzinne wyczekiwanie z lekko wypukłymi żaglami nie posuwa nas dużo do przodu. Silnik wraca do łask. Po drodze pojawiają się dawno wyczekiwane delfiny, są za daleko aby obejrzeć te sympatyczne ssaki dokładniej, tylko zaznaczają swoją obecność i znikają w oddali. Za to mijamy całe stada tuńczyków (chyba) wyskakują nad wodę. Dorota zaczyna walkę w kambuzie z kalmarami. Pachnie nieszczególnie, żyjątka po ugotowaniu tracą połowę objętości, robią się całkiem malutkie takie jak te z tawerny. Pomagam oczyścić je, wygląda to mniej więcej tak, że wyciągam im zza kołnierza celofanową osłonkę - nie mam zielonego pojęcia co to jest ale wygląda jak celuloid. Potem usuwam oczka i coś co kryje się wśród tych wszystkich rączek na czubku głowy, może otwór gębowy? Oczka odgryzają się strzelając atramentem po koszulkach.
Zostawiam Dorotę na dole i wychodzę na pokład, Ela ma wachtę. Morze zaczyna nabierać pastelowych tonów od chylącego się ku nocy słońca. Jeszcze przez zmierzchem kotwiczymy na naszym "starym miejscu" naprzeciwko Pomeny. Zapowiada się równie uroczy wieczór co wtedy tylko obok nie ma innych jachtów, jesteśmy sami.
Na kolację są kalmary w panierce, sałatka i wino. W kambuzie pobojowisko, trochę się tego wszystkiego nabrudziło. Beata, Eligiusz i Mariusz nie jedzą a szkoda bo potężne porcje na stole wymagają pełnej obsady. Od siebie mogę dodać tylko tyle, że kalmary mi smakują.
Pomena (Mljet) - Korcula
Dziś mamy w planach zwiedzenie parku narodowego na Mljecie. Ruszamy w szóstkę, Dorota zostaje na jachcie a Mariusz odwozi nas na ląd. Osada jest maleńka, parę sklepików z pamiątkami, hotel dla turystów i dwie uliczki na krzyż. Na granicy parku w budce kupujemy bilety. Wybieramy opcję za 27 kun bez przewodnika ale z przejażdżką wodnym tramwajem na wyspę z monasterem. Park jak to park, zielono trochę pochmurno. Wszystkie toalety stojące przy drodze zaplombowane - Magda obejrzała wszystkie i zameldowała, że żadna nie jest czynna. Na przystani tłok, 30 osobowa wycieczka czeskich staruszków szczelnie oblepia niewielki stateczek. Jakoś udaje nam się dostać do środka.
Przepływamy przez dwa jeziorka, wysepka z klasztorem wyłania się zza zakrętu, cumujemy do pirsu. Jest to pierwszy kurs dzisiejszego poranka więc po okolicy nie plączą się stada turystów. Obchodzimy budynki klasztorne, kaplicę, dziedziniec i całą wysepkę. Jest niewielka, taka w sam raz na klasztorną samotnię. Okolica za to wspaniała, żywa zielona roślinność przedzielona wodami lekko słonawych jezior. Po godzinie schodzimy do przystani, kierowca wodnego tramwaju zabiera nas na stały ląd większej wyspy Mljet. Trochę to dziwne byliśmy na wyspie znajdującej się na wyspie. Jeszcze tylko parominutowy spacer żwirowymi alejkami parku i jesteśmy w porcie. Brakuje paru minut do umówionej pory z przewoźnikiem Mariuszem. Przeglądamy pamiątki w sklepikach. Muszelki, kamyczki, i takie tam; nic specjalnego.
Jest Mariusz, ponton cumuje przy plaży. Wymieniamy wrażenia, trochę tutaj podwiewało i musieli podebrać łańcuch kotwiczny bo jacht nosiło.
Jeszcze tylko obiecana kąpiel na tym bajkowym miejscu. Biały, skalisty brzeg ostro spada do wody. Stoimy 4 metry od lądu a pod nami dno na głębokości 5 metrów. Słońce ożywia morską wodę, nadaje jej nieprawdopodobnej kolorystyki co w połączeniu z naturalną przeźroczystością przykuwa spojrzenie. Tylko dlaczego ona jest taka słona? Wraz z zanurzeniem przenosimy się w podwodny świat, czuję niemal przedsmak rafy koralowej. Dookoła pływają rybki, na szczęście na tyle małe, że nie trzeba się bać. A podobno u wybrzeży Chorwacji czasami błąkają się rekiny. Dorota pokazuje mi muszelką do wyłowienia. Bardzo ładna muszelka, zielona, wyglądem przypomina miniaturowy klosz do lampy. Gustownie wyrzeźbiona czy może raczej ukształtowana. Znajduję jeszcze jedną i wyławiam. W momencie gdy chwytam muszlę dłonią - zaskoczenie. Słona woda zmienia optykę, przedmioty na dnie wydają się dwa razy większe niż w rzeczywistości. Kotwicowisko jest chyba popularne sądząc po śladach zostawionych na dnie. Butelki po winie, te się jeszcze jakoś komponują ale puszka po piwie burzy idealny obraz "rafy koralowej". Na szczęście śmieci stanowią śladowe ilości. Albo pływają tu sami kulturalni wodniacy (bo przecież także motorowodniacy) albo Chorwaci sprzątają.
Wszyscy znoszą na burtę swoje muszelkowe zdobycze. Ela wyciągnęła jakieś o odmiennych kształtach. Mariusz ogląda rzecz z zaciekawieniem a potem oświadcza, że to nadawałoby się na mini-popielniczkę. Gdyby nie to, że wieje byłoby tak ciepło, że nie dałabym rady zgonić towarzystwa na jacht. Szczękając zębami kolejni amatorzy podwodnych podróży gramolą się na pokład. Dobrze po południu ruszamy, kurs na Korculę. Rozwiewa się coraz mocniej. Morze zaczyna się kudłacić. Gdy podchodzimy pod archipelag dookoła Korculi wiatr gaśnie. Już na silniku kluczymy pomiędzy skalistymi wysepkami. W locji jest pouczający obrazek, statek zaparkowany na jednej z wysepek - kierunek oznaczenia szlaku żeglownego jest odmienny od tego według reguł systemu IALA A: gdy tor wodny łączy dwie części morza, prawą stroną szlaku jest strona, którą płynący z północy w kierunku od zachodu aż po południowy włącznie ma po prawej burcie.
Gdy podchodzimy do mariny wiaterek zaczyna dmuchać porywiście. Ustawiamy się przy pirsie. Widok na przeciwległy półwysep jest do połowy spowity gęstymi chmurami. Za chwilę mamy widowisko, łódź motorowa słusznych rozmiarów ma problemy z zacumowaniem, kończy się to tak, że w śrubę wkręca się lina służąca do cumowania, biegnąca po dnie portu. Naprawdę im nie zazdroszczę, ale towarzystwo jest podchmielone. Nurek ma trochę zajęcia z rozplątaniem liny. Taka przyjemność kosztuje 200 DM.
Jest niedziela zatem chętni idą odwiedzić kościół. Potem umawiamy się pod katedrą. Marcin dziwnie marudzi, zastanawiamy się co się stało. Zapomniał, zaspał na jachcie, zgubił się. Katedra jest w centralnym miejscu Korculi, od placyku odchodzą promieniście uliczki we wszystkie strony świata. Obsiedliśmy wkoło kolumnę albo obelisk, bardzo malownicze zdjęcie z tego wyszło. Czekanie zaczyna się dłużyć, ruszamy na poszukiwania. Każdy wybiera jedną uliczkę i kieruje się w dół zataczając koło w prawo. Poszukiwania nie dają rezultatu, na jachcie też go nie ma. Mamy zacząć się denerwować gdy Marcin wynurza się z uliczki. Po prostu, katedra jest widoczna z daleka ale jak się zanurzyć w labirynt to trudno ją odnaleźć. Marcin krążył przez 15 minut nie mogąc trafić. W końcu udało się.
Niesamowite wrażenie, przystajemy nad murami schodzącymi w dół do morza. Niebo zachmurzone, siwe chmury zakrywają szczyty przeciwległego półwyspu Peljesac. Równa szóstka przynosi zapach morza. Taki wiatr ożywia i sprawia, że krew zaczyna krążyć szybciej; nie zimny i przenikliwy ale i nie ciepły, w sam raz. Jakiś szczęśliwiec śmiga na windsufingu, w taką pogodę to musi być coś, muszę kiedyś spróbować.
Jeszcze jedna rundka dookoła miasteczka, w porcie miejskim szaleją ślimaki. Jak głupie ciągną z trawników na chodnik i dalej na ulicę. Różnej wielkości całkiem małe jak ziarnka groszku i trochę większe. Chroboczą pod stopami jak delikatny makaron. Trochę ich ginie nim orientujemy się co nam chodzi pod stopami i zaczynamy omijać małe uparte stworzenia z domkami na plecach. Czy to ta pochmurna, wilgotna pogoda tak na nie działa? Chyba tak, w Polsce też przecież po deszczu wiosną na leśne ścieżki wyłażą stada ślimaków.
Namierzyliśmy ciekawą tawernę, morski wystrój wnętrza, wysoko sklepiony sufit. I znowu czekamy, tym razem aż się zwolni miejsce w lokalu. Jak na złość żadna z grupek biesiadujących nie wygląda na zbierającą się do wyjścia. Przeganiamy parę grup Niemców tłumacząc, że czekamy na zwolnienie miejsc. Musimy wyglądać interesująco, stadko kłębiące się tuż przy wejściu. Co chwilę kolejny niecierpliwy wsadza głowę do środka lustrując czy aby nikt nie zbiera się do wyjścia. To się nazywa upór, akurat spodobała nam się ta tawerna i żadna inna być nie może. Spędziliśmy dobrych 50 minut pod progiem. Udało się, ulokowaliśmy się pod ścianą, na której wisiały sieci z zasuszonymi homarami i takimi rożnymi skorupiakami. Zamawiamy jedzenie, butlę wina i miejscową wódkę. Na stole ląduje talerz krewetek i inne przysmaki. Krewetki rozczarowały mnie. Dużo roboty, mało jedzenia i w dodatku jakieś takie mdłe, nic specjalnego. Nie zagrzaliśmy tam długo miejsca. Dziwne ale z ulicy miejsce wydawało się pociągające a jak już znaleźliśmy się w nim czar prysł. Pewnie przyczyniły się do tego wydatnie nie najwyższe walory smakowe serwowanych potraw. A może znużyło nas oczekiwanie na miejsce przy stoliku?
Schodzimy w dół do portu miejskiego, przysiadamy na jedno piwko na tarasie nad nabrzeżem. Wszystko dobrze tylko krzykliwe sąsiedztwo za bardzo kaleczy uszy. Dzieciaki są sympatyczne, mali mieszkańcy Italii siadają na schodkach i wesoło zagadują nas gdy opuszczamy taras. Nawet bardzo sympatyczne gdy nic im nie brakuje, nic nie chcą; nie kapryszą tylko ładnie się uśmiechają wystawiając dołeczki na pucołowatych policzkach.
Część towarzystwa jest zmęczona, wracają na jacht. Dorota, Beata, Magda i ja odbijamy jeszcze na pizzę. Tym razem jest to typowy fast food, bo wszystko inne już zamknięte a dopiero dobiega północ. Barman podaje pyszną pizzę, ta z owocami morza jest wspaniała, wszystko świeże na wspaniale cienkim cieście.
Korcula - Vela Luka
Przed południem wychodzimy w morze, pochmurno i wieje żywa szóstka z kierunków południowych, niski pułap chmur. Pędzimy do przodu, żagiel przedni wystarcza. Morze za wyspą spokojne ale jak tylko wysuwamy się zza cypla Korculi natychmiast odczuwamy falowanie. Parę fal wchodzi na pokład zlewając wszystko okrutnie słoną wodą. Ale zabawa jest przednia, zwłaszcza na dziobie, 3 metrowa amplituda sprawia, że można się poczuć jak w szybkiej windzie. Kierujemy się do Vela Luka, teraz płyniemy pod wiatr więc grot wędruje do góry. Zdaje się, że wejście w ramiona zatoki jest tuż, tuż ale fale i przeciwny wiatr sprawiają, że mijają dwie godziny nim osiągniemy wewnętrzny basen. Z wysokich zboczy zatoki schodzą w dół mocne szkwały, jacht pochyla się pod każdym z nich, założę się, że pod pokładem można stać na ścianie. Jeszcze jeden jacht bawi się w podchodzenie na żaglach, reszta zwija płótna i tnie liniami prostymi zatokę na silniku. Kilkakrotnie przecinamy sobie drogę z tym drugim - to Chorwaci. Spotkanie w newralgicznym punkcie, oni mają pierwszeństwo (prawy hals) ale jak odpadniemy to stracimy dużo czasu. Idziemy zbieżnymi kursami i ładny gest z ich strony - ustępują nam. Dziękujemy i machamy, szybko przemykamy się przed wysepka. Zwijamy żagle i już na silniku pojawiamy się w porcie. Widok jest niecodzienny. Wolne 40 metrów nabrzeża czeka na rejsowy prom-katamaran a jachty tłoczą się na skrawku wolnego miejsca cumując burta w burtę. Dochodzi do tego, że pomost sięga 10 jachtów. Portowy dziadek odgania coraz to nowe jachty, które zwabione kawałkiem wolnego pirsu składają się do nabrzeża. Nas też odgania ale przynajmniej dowiadujemy się, że prom przypłynie na chwilę, wypuści pasażerów i odpłynie. Cumujemy do burty podniszczonego jachtu z banderą amerykańską. Do naszej burty dobijają Chorwaci, którzy niedawno ustąpili nam drogi. Do ich burty cumują Niemcy i tak dalej. Nie mamy szans na wolne miejsce po promie. Zanim wszystkie jachty wypuszczą nas te 10 miejsc będzie już dawno zajętych. Na szczęście do lądu mamy tylko dwa jachty, zostajemy tak na noc.
Prom przypływa, wpasowuje się w wolne miejsce, którego wcale nie jest za dużo zważywszy na jego rozmiary. Po 20 minutach odpływa, zaraz potem wolne miejsce wypełnia się jachtami krążącymi po porcie.
Mamy drugą szansę na odwiedzenie tawerny polecanej przez tubylców. Niestety znów jest zamknięta, chyba to już naprawdę koniec sezonu. Wędrujemy dalej do końca basenu portowego, przy pirsie cumują rybackie łódeczki, tu już jest naprawdę płytko, żaden jacht o słusznym zanurzeniu ponad 1,7 m nie zapuszcza się tak daleko. Na samym końcu zatoczki jest pub o trochę krzykliwym wystroju i nieaktualnej karcie trunków. Przysiadamy na chwilę nad szklaneczką, w zależności od gustu pijącego jedne zawierają piwo, inne coca-colę a nawet rakiję.
Vela Luka - Bisevo - Komiza
Rano urwanie głowy, amerykańce zwijają się skoro świt i musimy odpłynąć aby ich wypuścić. Wyskakuję w piżamie na pokład, ależ ci ludzie są w gorącej wodzie kąpani już chcą oddawać nasze cumy. Wypraszam pięć minut, zwołuję ze dwie pary rąk na pokład. Odchodzimy, stajemy na kotwicy w basenie portowym. Jeszcze pilny desant pontonem na ląd, miłośnicy konwersacji odbywają ostatnie rozmowy za pomocą chorwackiej telefonii stacjonarnej. Zaraz po ich przybyciu podnosimy kotwicę i wyruszamy na morze. A tam cisza, z rana jeszcze trochę podwiewa potem zdycha zupełnie. Niebo wściekle niebieskie, morze granatowe, po powierzchni pełza bardzo leniwa martwa, długa fala. Eligiusz widzi latającą rybę, chyba zaszkodził mu upał. Podejrzliwie patrzę na pozostałych wyglądają przytomnie ale w tym upale ugotujemy się jak nic.
Urządzamy kąpiel, woda partiami jest ciepła i chłodna. Przyjemnie jest utrzymać się w takim ciepłym paśmie. Po takim orzeźwieniu można ruszać dalej, niestety na silniczku. Jak pogoda silnikowa utrzymuje się za długo to nie wpływa korzystnie na samopoczucie. Warkot silnika aczkolwiek przyciszony wpływa jakoś na obniżenie humoru i chęci do życia. Podpływamy do błękitnej groty, obok krążą dwa jachty. Widzimy jak ekspedycja jednego przeciska się na pontonie przez całkiem małe wejście. Jutro obejrzymy grotę, mijamy cypel i rzucamy kotwicę w sąsiedniej zatoczce.
Beata z Marcinem biorą ponton i ruszają na rekonesans. Reszta pluszcze się dookoła jachtu. Obok przepływają ławice małych rybek, ich łuski mienią się srebrem w snopach słońca dostających się pod powierzchnię wody. Odebrana prognoza pogody zapowiada w nocy wiatr o sile do 6 stopni z kierunku który nam nie odpowiada. Trzeba przestawić jacht do portu Komiza na sąsiedniej wyspie Vis. Dobrze byłoby zdążyć przed nocą, na silniku przeskoczymy w godzinę tylko musimy wyruszyć najpóźniej za godzinę. Beaty z Marcinem nie ma, zostawili ponton na brzegu, odcinając nas od lądu. Dorota płynie po ponton. Rusza ekspedycja poszukiwawcza, rozchodzimy się na trzy strony. Eligiusz, Mariusz i ja. Wysepka nie jest duża ale żeby ją całą obejść paru godzin trzeba. Gdzie oni poszli. Zaczynamy się wkurzać. Robi się coraz później a ich nie ma. Jak poszli fotografować zachód słońca to nie znajdą się szybko. Są! Wyłażą zza góry, szybko ładujemy się do pontonu. Po drodze mała mowa umoralniająca, nie można tak zostawiać innych nie umówiwszy się, reszta też chciałaby pooglądać wyspę a bez pontonu ciężko. Chyba stracili poczucie czasu i nie pomyśleli o nas biedakach zostawionych na jachcie.
Przepływamy do sąsiedniej wyspy. Ze wschodu nadciągają fantastyczne chmury zwiastujące burzę. Zajmujemy jedno z ostatnich miejsc przy pirsie.
Wieczorem wspólna kolacja na świeżym powietrzu w przyportowej knajpie. Tym razem bez owoców morza, poczciwa stara pizza wraca do łask. Przy sąsiednim stoliku siadają miejscowi grajkowie, gitara, dwie albo trzy mandoliny, bandżo. Śpiewają bardzo ładnie ballady, które wraz z charakterystyczną grą tworzą wspaniały klimat. Siedzimy i z przyjemnością chłoniemy muzykę, ciepłą noc i czewrone wino.
Komiza (Vis) - Hvar
Ranek jest pochmurny. Ponieważ czeka na nas niedługi dystans do sąsiedniej wyspy Hvar. Ustalamy godzinę odejścia na przedpołudnie. Chętni korzystają z dobrodziejstw jachtowego prysznica. W porcie jest jedynie toaleta o odstraszającym wnętrzu. Przed odpłynięciem uzupełnimy zbiorniki wodą a instalacja na jachcie pozwala wziąć ciepłą kąpiel. Normalnie nie korzystamy z tego prysznica, po pierwsze bez uzupełniania woda w zbiornikach szybko wyczerpałaby się, to tylko 260 l na 8 osób. Po drugie stajemy co drugi - trzeci dzień w marinach a tam prysznice są w cenie postoju. Dzięki temu, że mamy zbiorniki ściekowe woda z pianą nie wędruje za burtę, zbiera się w zbiorniku i na morzu może być odpompowana.
Przesuwamy godzinę wypłynięcia, na niebo szybko napływają burzowe chmury, robi się paskudnie, leje, błyska, wieje. Dobrze, że stoimy w porcie a nie mokniemy gdzieś tam na wodzie. Z poziomu falochronu efektowne błyskawice są atrakcją. Chmury wędrują nad głowami zakręcając na wschód. Opady przedłużają się, wymykamy się na małe co-nieco do kawiarni. Po dwunastej pojawia się słońce i czyste niebo, tylko na horyzoncie widać jeszcze zwały burzowych chmur.
Wypływamy. Tradycyjnie po godzinnej żegludze wiatr gaśnie i trzeba włączyć silnik. Trochę mnie nosi, znajduję sobie zajęcie, w zasadzie coś takiego to się powinno zlecać za karę. Postanawiam wypłukać zbiorniki ściekowe. Otwieram zawór spuszczający zawartość zbiornika za burtę, na pokładzie otwieram wlew i wodą zaczerpniętą za burtą przepłukuję zbiornik. Dobrze, że poruszamy się do przodu, gdyby nie to inni chyba nie wybaczyliby mi efektów ubocznych. Przy przekazywaniu jachtu nikt nie wspomniał o zbiornikach ściekowych, podczas przeglądania instalacji sami odkryliśmy ich istnienie.
Po zakończeniu oczyszczania zbiorników poczułam się jakoś niewyraźnie, pierwszy raz odkąd pływam po morzu. Pomyślałam, że to wpływ pracy ze zbiornikami, potem okazało się, że to nie zbiorniki a sałatka z ośmiornic zjedzona w Komiza była trefna.
Do Hvaru dotarliśmy szybko, przy pirsie nie było wolnych miejsc. Próbujemy wcisnąć się pomiędzy jachty i łódki rybackie ale miejscowy rybak podnosi lament, że mu wyrwiemy kotwice na których ma łódkę. Nie bardzo rozumiemy o co mu chodzi, pokazuje, że jego liny mogą krzyżować się z naszym łańcuchem kotwicznym. Nasza kotwica jest już rzucona i gdybyśmy mieli coś wyrwać to już by się stało; ale nie chcemy sprzeczki z tubylcem, wycofujemy jacht i rzucamy kotwicę w basenie portowym. Pozostaje ponton jako środek komunikacji z lądem.
Na wzgórzu twierdza hiszpańska, zbudowana w 1551 r., z murów twierdzy w słoneczny dzień roztacza się wspaniały widok na miasto, port i archipelag Diabelskich Wysp (Pakleni Otoci).
W nocy przypływa jacht co do którego mam poważne obiekcje. Pływa w nocy bez świateł, ma na pokładzie tłum pijanych ludzi i zachowuje się irracjonalnie. Przez kilkanaście minut krąży w kółko nie mogąc złapać pontonu, który wymknął się. Rzucają kotwicę trochę powyżej nas ale trzeba mieć na nich oko. Rozkrzyczana załoga odpływa na ląd dając trochę odpocząć naszym uszom. Możemy kontynuować spokojny gitarowy wieczorek. Głośne okrzyki: grappa, grappa; oznajmiają, że sąsiedzi wrócili. Są tak napruci, że podpływają do nas. Wyskakujemy na dek i strumień światła z naszych latarek sprawia, że dociera do nich fakt pomylenia jachtów. Odpływają tym razem do swojej łódki, jak na mój gust impreza zatacza za duże kręgi. Rozochoceni zabawą chwytają rufę i na pełnym szwungu silnika pontonu rozkręcają jacht tak, że robi kółko dookoła kotwicy. Na szczęście kotwica nie puściła. Po tych manewrach mamy kłopotliwych sąsiadów bliżej. Wystawiamy wachty kotwiczne, nie wiadomo co jeszcze odbije wesołej kompanii a chcielibyśmy uniknąć skutków ubocznych ich imprezy. Uff to był ciężki dzień. W górze nad portem widać podświetlone na żółto mury twierdzy.
Hvar - Milna (Brac)
Poranek jest słoneczny, cudowne światło do zdjęć. Krótki spacer po miasteczku owocuje kilkoma udanymi ujęciami obiektywu. Mariusz kończy czytać powieść o hodowcach bawełny z Ameryki Południowej, nie byłoby w tym nic niezwykłego gdyby nie to, że zaczął poprzedniego dnia i siedział nad nią aż do 0200 nad ranem. Jeszcze filiżanka kawy w przyportowej kawiarni, rzut oka na stragany z różnymi "pamiątkami" i ruszamy się z tego portu. Mariusz ma zadanie znaleźć sympatyczną zatoczkę po drodze na południową kąpiel. Tuż przed najdalej wysuniętym na NW cyplem znajdujemy zaciszne miejsce, na kotwicy stoi jeden stateczek z nudystami na pokładzie. Kotwiczymy powyżej niego. Woda jest zimnawa i jak zwykle cudownie przejrzysta. Słońce prześlizguje się po powierzchni prześwietlając turkus. Godzina w zupełności wystarcza, nawet najwytrwalsi nie wytrzymują dłużej. Wychodzimy z zatoczki, obieramy kurs na przejście między wyspami Brac i Solta. Powiewa świeży wiaterek, 4 do 5 w skali Beauforta. Płyniemy ostro do wiatru. Gdyby nie to, że stery trochę ciężko chodzą i skrzypią, sterowanie na fali pod wiatr byłoby prawdziwą przyjemnością a tak wrażenie trochę psuje brak płynnej pracy na sterze.
W cieśninie siła wiatru słabnie, za wyspami też nie lepiej. Mijamy malownicze brzegi Brac. Marina ACI znajduje się na końcu basenu portowego w malutkim miasteczku Milna. Trochę obawialiśmy się tego postoju bo w locji ostrzegali przed przyległą do mariny przetwórnią ryb ale na szczęście żadnych uciążliwych zapachów i hałasów nie odczuliśmy.
W główkach mariny zaskoczenie, nie dam rady obrócić jachtu, wrażenie jest przedziwne, jak gdyby coś złapało kil i nie puszczało. Miksuję wodę śrubą od silnika, trwa to z minutę w końcu jacht powoli skręca. O mieliźnie w tym miejscu nie mogło być mowy, sonda wskazywała jeszcze trochę zapasu choć trzeba przyznać, że niedużo. Jedyne racjonalne wyjaśnienie to zielsko, które ktoś przywlókł na kilu. Dalej już bez problemów, stajemy przy pirsie.
Kuki szykują obiad a do niego obowiązkowo lampka czerwonego Peljesac.
Przechadzka po miasteczku, po drodze kościółek utrzymany w stylu rokoko. Domki ciągną się daleko wzdłuż brzegu, stopniowo z typowo małomiasteczkowej formy przechodzą w domki letniskowe. Za miastem jeszcze jedna marina, otoczona zielonym parkiem. Uwagę przykuwają wspaniałe, bujne kaktusy. Szerokie, zielone łapy pokryte długimi, ostrymi kolcami i czerwonymi owocami. Miejsce jest urocze, położone z dala od turystycznych szlaków.
Słońce chyli się ku zachodowi, cienie nabierają długości a świat tonie w złotawej poświacie.
Odwiedzamy tawernę po przeciwnej stronie basenu portowego. Wnętrze zrobione specjalnie pod turystów, pełno drewnianych elementów łodzi. Zamówione z ciekawości danie typowe dla miejscowej kuchni - slane sardele, wywołuje żywiołową wesołość. Slane sardele to takie małe rybki zrobione na słono. Te są wyjątkowo słone, wściekle słone. Osoby kosztujące potrawy robią bardzo interesujące miny. Chcemy się zabawić kosztem reszty załogi, która ma się zjawić lada moment. Plan jest taki, że poczęstujemy świeżo przybyłych zachwalając niezwykłe walory smakowe rybek. Niestety nie wszyscy dziś mieli ochotę na wizytę w tawernie i nasz szelmowski plan nie doszedł do skutku.
Milna (Brac) - Trogir
Rano bez pośpiechu zbieramy się do wypłynięcia, jeszcze prysznic w marinie, zatankowanie wody do zbiorników i odświeżenie pokładu.
Przed nami odchodzą Niemcy, jedna z cum rufowych złośliwie - jak to cumy tylko potrafią - zawiązała się na końcu w supełek i zatrzymała jacht. Pomagamy żeglarzom odplątując węzeł i machamy na pożegnanie.
Oddajemy cumy i my, na szczęście nasze nie są tak złośliwe, przechodzą gładko przez ucha. Wychodzimy z zatoki podziwiając jeszcze po drodze wspaniale zielony park kaktusów i innych kolczastych roślin. Żeglujemy wzdłuż wybrzeży wyspy Solta. Zatrzymujemy się na południową - ostatnią już - kąpiel w archipelagu wysepek przed wejściem do zatoki gdzie leży Trogir. Zostawiam komendę Marcinowi, który ma teraz wachtę, ma wybrać odpowiednie miejsce i ustawić się pod wiatr rzucając kotwicę. Woda jest zimna, przy normalnym pływaniu nie daje się to odczuć ale jak tylko na parę minut przestaję się ruszać chłód wyziębia organizm. Podwodne poszukiwania zakończyły się wyłowieniem kilku muszelek a nawet zauważyliśmy odpoczywającą na dnie ośmiornicę.
Smutno nam się robi bo to już ostatnia kąpiel na tym rejsie. Do zatoki gdzie leży Trogir spłynęliśmy szybko baksztagowym kursem.
Dziś jest dzień powrotów, do stacji z ropą ustawiła się kolejka. Niecierpliwie czekamy na swoją kolej, takie tankowanie jachtowych zbiorników zabiera trochę czasu. Po pierwsze trzeba podejść do dystrybutora i przycumować. Po drugie zbiorniki bywają pojemne, na naszym jachcie objętość wynosiła 150 l. Po trzecie trzeba odejść i zrobić miejsce następnym. Odchodzimy i ustawiamy jacht w miejscu zarezerwowanym dla firmy Way Point. Cumy odbiera człowiek, który przekazywał nam jacht.
Na kolację idziemy do miasteczka. Wszyscy się gdzieś rozpraszają po drodze., Umawiamy się w knajpce tuż przy głównym placu. Każdy ma jakieś sprawy do załatwienia, a to zakupy na drogę, albo potrzeba zaczerpnięcia ze źródełka pieniążków albo inne: w porcie miejskim stoi jeszcze ten wspaniały kecz bermudzki - jest co podziwiać.
Pomału wszyscy zbieramy się wokół knajpianego stolika, gdzie już raczą się nasi piwem albo lodami. Zwiad przeczesuje uliczki Trogiru w poszukiwaniu sympatycznej tawerny. Tym razem jest to lokal w wąskiej ślepej uliczce, miła i uśmiechnięta obsługa. Na widok ośmiu osób pani promienieje - końcówka sezonu, turystów mniej o zarobek trudniej. Chyba owoce morza już się przejadły bo wszyscy zamawiamy pizze a Dorota lasagne.
Zmierzcha gdy wracamy do mariny. Zjawia się pracownik Way Point aby dokonać technicznego odbioru. Włącza silnik i gazuje to do przodu, to do tyłu i tak 5 minut. Trochę mnie to dziwi bo zazwyczaj trwało to znacznie krócej. Potem męczy się z windą kotwiczną, urządzenie jest w doskonałym stanie. Wypuszcza łańcuch na pokład i obserwuje jak winda zbiera go z powrotem do komory na dziobie. Jeszcze przegląd żagli i przechodzimy do środka. Tu sprawdzanie to już tylko formalność, włączenie pompek w toalecie, w mesie, w kambuzie. Wyposażenie kuchenne i hotelowe zdajemy poprzez zapewnienie że wszystko jest, nic się nie pobiło. Żadnego sprawdzania z listą wyposażenia. W sumie trwało to kilkanaście minut i zostawiło sympatyczne wrażenie.
Na jachcie urządzamy wieczór kapitański, który kapitański to jest tylko z nazwy. Nie mam jakoś nastroju na imprezę, chyba jestem zmęczona tym rejsem mimo, że był bardzo spokojny a może właśnie dlatego :)
Nie siedzimy do późna, jutro czeka nas długa i męcząca podróż powrotna - zwłaszcza długa i męcząca dla tych, którzy jadą autokarem :(
To był bardzo udany rejs, trochę żal, że tak mało mieliśmy żeglarskiej pogody zwłaszcza, że Sun Odyssey 40 fantastycznie chodzi w ostrych kursach przy silniejszym wietrze, żeglugę bajdewindami wspominam ciepło.
Podsumowanie:
Port zaokrętowania / wyokrętowania Trogir, Chorwacja
Termin rejsu: 15 - 29.09.2001
Uczestnicy:
Dorota Walczak, Elżbieta Szymanowicz, Mariusz Kosiński, Marcin Kowalik, Beata Zieleniewska, Magda Zabłocka, Eligiusz Żendzian, Beata Bogdanowicz
Jacht: Sun Odyssey 40 rocznik 2000,
długość 12,20 m; szerokość 3,95 m; powierzchnia żagli 82 m2
Firma pośrednicząca: Punt S.C. www.punt.com.pl
Firma czarterująca: Way Point INTERNATIONAL www.way-point.de
Trasa:
- marina Trogir
- kotwicowisko (Solta)
- marina Split
- port miejski Vela Luka (Korczula)
- kotwicowisko k. Pomena (Mljet)
- marina Dubrownik
- port miejski w Gruz - Dubrownik
- kotwicowisko k. Pomena (Mljet)
- marina Korcula (Korczula)
- port miejski Vela Luka (Korczula)
- kotwicowisko (Bisevo)
- port miejski Komiza (Vis)
- basen portowy Hvar (Hvar)
- marina Milna (Brac)
- marina Trogir
Białystok, 2002 r. Beata Bogdanowicz
|