Adriatyk       
  MAŁY POKER...       
 
[morze]  [zdjęcia]  [trasa]

Jak wspominam ten rejs to przychodzi mi na myśl piosenka Kaczmarskiego a dokładnie pierwsze wersy: tu na trzeźwo diabli wezmą zdradzi mnie rozsądek drań... Czasami coś zapiętego na ostatni guzik wali się w gruz a czasami luźne kawałki układają się jak w pokerze, kolejno odsłaniane karty pasują do siebie i tworzą całość. Ten rejs przyrównałabym do pokera, po przetasowaniu wyszedł Mały Poker.

skocz do góry

Podróż do ciepłych południowych mórz.

Dla naszej trójki z Białegostoku zaczęła się w piątek o 1600. Jeszcze w pociągu przeglądaliśmy przewodnik i majowe żagle wyczytując co warto byłoby zobaczyć, odwiedzić. Fragmenty o wiekowych kościołach i klasztorach brzmiały trochę nieprawdopodobnie. Bardzo byliśmy ciekawi jak przedstawi się Chorwacja, pierwsze wrażenia bywają zaskakujące. Ela wprost nie mogła się doczekać. Spoglądałam w przyszłość z większym dystansem, było parę spraw z łódką które niepokoiły. Malował mi się obraz o znacznie ciemniejszych barwach. Ostatnie dni przed wyjazdem przebiegały na wysokich obrotach, dopięcie wszystkich szczegółów, mnóstwo telefonów i biegania, załatwiania.Tuż przed samym wyjazdem Michał zaskoczył mnie wiadomością że w powrotnej drodze odwiedzimy Wenecję i trzeba wykupić ze dwa dodatkowe dni w ubezpieczalni. Wartę odwiedzałam trzy razy dokupując kolejne dni ubezpieczenia. Patrzyli tam na mnie trochę dziwnie ale byli uprzejmi. Polowanie na stroje kąpielowe - tam na południu to dopiero grzeje. Właściwie poza koszulkami, spodenkami wzięliśmy z czystej przyzwoitości zmianę ciepłych rzeczy. Wytyczne brzmiały jak najmniej bagażu i klamotów. Mariusz wywiązał się z zadania nad podziw dobrze jego plecak był wzorem zwięzłości. Jak zobaczyłyśmy z Elą TEN plecak szczęki nam opadły z podziwu i nie zamykały się przez długą minutę. Nigdy, powtarzam nigdy nie miałam tak małego bagażu. Nawet jak wyjeżdżam na trzy dni to mój 80-cio litrowy Alpinus jest załadowany w 2/3. W Warszawie Gdańskiej czekał Michał. Wysłałyśmy przodem Mariusza - jego mały plecak załagodzi trochę widok naszych ciut opasłych bagaży. Tomek zjawił się z kilkunastominutowym opóźnieniem. Na strzeżonym parkingu przerzuciliśmy bagaże do Syreny i wstąpiliśmy do Michała aby przegryźć coś przed drogą. Poczekać na Tomka i drugi pojazd, pośpiesznie doprowadzany do porządku - ostatnie zabiegi przed kilkuset milową podróżą. Nieplanowany postój przeciągnął się do 2200. A potem, a potem to już tylko przygoda. Dobrze pamiętam ciężkie, wiosenne powietrze odrobinę chłodne, nasza szóstka wygłupiająca się przed kamerą i żółta Syrenka otwierająca korowód. Z okrzykami i wiwatami ruszyliśmy na południe tam gdzie słońce kąpie się wśród tysiąca wysp Adriatyku. Na trasie olbrzymie zielone czapy drzew pochylały się groźnie potrząsając i szumiąc gąszczem. Nadciągał deszcz. Krople zadudniły o dach, rozmazując drogę za szybą. Zrobiło się zimno, Michał podobnie jak reszta zauroczony wizją ciepłych południowych mórz zdjął przed wyjazdem osłonę z atrapy, coby się Syrenka nie zadyszała. Przeprosiłam ciepły polar szczelnie otulając nogi najbardziej narażone na kontakt ze świeżym powietrzem spod maski. Do Krakowa wjechaliśmy po 0300, jeszcze trochę błądzenia przez uśpione miasto i postój u Blanki. Udało mi się przekonać Michała do parogodzinnej drzemki w ludzkich warunkach - pod dachem, w miejscu ciepłym, suchym i przyjemnym. Tomek był odporny na perswazje i argumenty: za mieszkaniem i przeciw samochodowi. Nie wysiadając z auta odchylił fotel do tyłu i momentalnie zasnął. Reszta wycieczki wyciągnęła się na 50 m2 mieszkania Blanki i też usnęła. Cztery godziny snu nie jest dużo ale lepsze to niż nic. Parę kanapek, ciepła herbata i w drogę. Tym razem bez błądzenia pod fachowym okiem Blanki wyrwaliśmy na Zakopiankę. Przejście w Chyżnym o 1000 rano było umiarkowanie okupowane. Kilkanaście samochodów, autobusów i tirów. Koszt zielonej karty na miesięczny pobyt za granicą dla Syrenki wyniósł 24 USD a dla Poloneza 40 USD. Drobne nieporozumienie na przejściu, straż graniczna prosi Blankę i Mariusza o opuszczenie samochodu, przyglądają się badawczo. Z Mariuszem sprawa była prosta radykalnie zmienił fryzurę i po bliskich spotkaniach - oko w oko z zielonym mundurkiem został zaakceptowany. Natomiast oryginał Blanki nijak nie chciał się zgodzić z wizerunkiem w paszporcie. Zaniepokojona Blanka zaczęła gestykulować podchodząc do pana, który z głupią miną usiłował dopasować zdjęcie Eli do Blanki, paszporty się poplątały. W Syrenie wszystko poszło gładko. Przeskoczyliśmy granicę słowacką, po południu węgierską. W Budapeszcie trochę zabłądziliśmy. Remont dróg, objazdy. Mapa miasta nabyta na stacji benzynowej rozjaśniła labirynt ulic i udało się wydostać z mrowiska dalej na południe. W nocy kierowcy zrobili przerwę na odpoczynek. Michał, Tomek i Blanka zasnęli w samochodach a reszta zrobiła sobie małą imprezę. Kupiliśmy parę piw madziarskich i wypiliśmy na środku mostu nad autostradą. Dołem śmigały samochody. Rozważaliśmy technikę ważenia piwa w Dojlidach białostockich. Bardzo sympatycznie minęła północ. Otwarta przestrzeń za mocno wiała chłodem, przenieśliśmy się na dół do stolika pod kawiarnią osłoniętego wielkimi roślinami doniczkowymi. Tam przynajmniej było cieplej. Zrobiło się późno, odpoczynek miał trwać dwie, trzy godziny ale prowadzący byli tak padnięci, że po cichu władowaliśmy się do Poloneza i ucięliśmy drzemkę do rana.
Przez całe Węgry i pół Chorwacji wisiała nad nami chmura- wielki, ciemny, zaciągnięty deszczem Stratus. Stopniowo przebijaliśmy się do przodu i przyszedł taki moment, że zostawiliśmy ją z tyłu. Jak mijaliśmy granicę zasięgu chmurzyska zobaczyliśmy kilka warstw waty przeplatającej niebo i macki czarnej mgły ciągnące do ziemi. Krajobraz Węgier nie należy do najciekawszych, płaskie równiny delikatnie sfalowane monotonnie wędrują po horyzont. Całość oprawiona w rytmiczny warkot Syrenki działała jak najlepszy środek nasenny. Dzielnie walczyłam ale to było silniejsze, głowa coraz częściej wędrowała na bok i urwał mi się film.
Granica chorwacka. Syrenka poszła na pierwszy ogień. Chcieli wiedzieć gdzie się zatrzymamy, czy mamy kasę i ile. Pan spytał Michała co ma tam - wskazując na przednią maskę. Michał radośnie oznajmił, że taam to jest silnik a z tyłu są bagaże. Oględziny bagażnika trwały bardzo krótko. Widok upchanych produktów żywnościowych, narzędzi, pojemników z olejem zniechęcił do głębszego dociekania, machnięcie ręką oznajmiło: zamknąć i jechać dalej. Zatrzymaliśmy się w pierwszej knajpie chorwackiej. Gorący posiłek i świadomość, że jesteśmy tuż, tuż gnała do dalszej tułaczki. Krętymi drogami przeskoczyliśmy góry wydostając się na wybrzeże. Zjazd na Krk wydusił kłęby dymu z syrenkowych hamulców. Polanie ich wodą i kilka minut odpoczynku dobrze im zrobiło. W tym czasie zdążyliśmy przestraszyć chorwackiego kota, obejrzeć okolicę i nakręcić Michała walczącego z hamulcami. Most łączący ląd z wyspą jest jednym z najdłuższych na świecie, wokół woda, po drodze wysepka gdzie kończy się pierwsze przęsło i zaczyna drugie i wyspa. Egzotyczna jak na nasz północny światopogląd. Malińska leży na zachodnim brzegu Krku. Odnaleźliśmy port i jacht przy pomocy pani z biura turystycznego. Z nadbrzeża Pierrot wyglądał niepozornie. Na pierwsze pukanie z kabiny nie wyłonił się nikt, drugie odrobinę głośniejsze poparte halo jest tam ktoś też nie dało efektu. Trzecia próba bardzo energiczna wyciągnęła Ferenca z kabiny na pokład. Przywitał się, udostępnił telefon komórkowy na zawiadomienie tych w kraju że dojechaliśmy szczęśliwie i z zawodowym uśmiechem wciskacza kitu poinformował że cięgło jest w trakcie zakładania, przy okazji przeglądu silnika znaleziono pęknięcie na ˝flauszy˝ , nowa jest do dostania w Trieście ale Włosi w niedzielę nie pracują w poniedziałki zresztą też nie. Być może w Rijece coś takiego można dostać. Skończyło się na tym, że jakiś magik-fachowiec od wszystkiego dorobił część na poniedziałek.
Cóż było robić chcąc nie chcąc wróciliśmy do samochodów i pojechaliśmy do miasteczka Krk. Miasta chorwackie charakteryzują się bardzo bliskim kontaktem portu ze starówką. Woda jest oknem na świat przy rozproszeniu kraju na tysiące wysp i wysepek, budowanie miasta przy porcie było jedyną możliwością a jaką frajdę mają z tego dzisiejsi żeglarze. Wracając do Krku, bardzo wąskie kręte uliczki ułożone z białego wyślizganego na szklaną taflę kamienia i wysokie ściany utrzymujące półmrok w środku. Orientacja w tym labiryncie jest prosta, w górę droga wiedzie do zamczyska, kościołów, murów, w dół do portu. Tak naprawdę nie ma znaczenia czy skręca się w prawo czy w lewo ważne jest czy droga wznosi się czy opada.
Banki były zamknięte, sklepy też. Zostało nam trochę kun z przygranicznego kantoru, starannie wyszukaliśmy knajpę aby nie tracić z oka samochodów i zamówiliśmy jedzonko. Dużo radości sprawiła nam wymiana zdań z kelnerką, ona po chorwacku my po polsku i wszystko jasne. Chorwacki jest typowo słowiańskim językiem, bardzo zbliżonym do rosyjskiego i polskiego. Nie mieliśmy problemów z porozumieniem z tubylcami chyba że zaczynali po niemiecku, wtedy padało wyjaśnienie że jeżeli już to po angielsku a najchętniej po chorwacku.
W Malińskiej. Zachciało nam się kąpieli. Znaleźliśmy schody do morza, całość wyglądała ładnie, białe obramowanie i stopnie z poręczami sprawiały wrażenie basenu wtopionego w Adriatyk. Fale zalewały brzeg, była zimna woda. Drugie wrażenie - pfu ta woda to czysta sól. Nie lubię, bardzo nie lubię bardzo słonej wody. Szampon jeszcze się pienił ale mydło nie chciało. Fala porwała pokrywkę od mydelniczki.
Na jachcie wszystko po staremu, Ferenc zatrudnia nas do przebalastowania łódki. W czasie montażu GPS-a przewiercili na wylot dziurę w burcie poniżej linii wodnej. Wisząc na relingach i wantach rozmawialiśmy z poprzednią załogą. Pogodę mieli słoneczną, pod koniec trochę przywiało. Parę informacji co warto odwiedzić i jak tu jest. Wiszenie na wantach zaczyna nas nudzić, przywiązujemy fałami łódkę do nabrzeża. Ferenc i spółka poszli sobie zostawiając jacht, na dobranoc pan Wciskacz Kitu powiedział że od rana zaczynają reperowanie silnika więc dobrze byłoby wstrzymać się z załadunkiem rzeczy. Sytuacja jest nieciekawa, samochody tkwią przy kei z górą bagaży i prowiantu w środku. Załoga pospuszczała nosy a ja zaczynam powoli wychodzić z siebie. Tomek śpi w samochodzie Michał mrucząc przekleństwa wyciąga śpiwór aby pójść w ślady brata. No nie coś z tym trzeba zrobić, krzeszemy ostatki sił, przewalamy plecaki, część prowiantu i ludzi do kabin.
Moje ostatnie myśli przed snem nie były zbyt różowe, dzień będziemy mieć do tyłu to pewne czy drugi też, nie wiadomo. Dzięki kwietniowemu rejsowi po Bałtyku odporność na trudne warunki przed żeglarskie jest ogromna. Zawsze można pojechać do Zadaru i wyczarterować inną łódkę to nie Bałtyk. Jakoś to będzie.

skocz do góry

Dzień pierwszy zmagania z silnikiem.

Po śniadaniu zaczynamy krzątać się wokół łódki. Próbujemy dopasować się do sytuacji bez jasnego postawienia warunków i to jest błąd . Obejmujemy w posiadanie jacht nie sklarowany przez poprzednią załogę, która nas tu ściągnęła w niedzielę. Przerzucamy resztę rzeczy z samochodów. Sawickie biorą prysznic w jachtowej łazience i humor im się zdecydowanie poprawia. Poranna kąpiel dla niektórych osobników to być albo nie być, znam taką jedną jednostkę bardzo upartą a bez porannego prysznica po prostu niemożliwą. Przeglądamy osprzęt, wyposażenie, żagle. Ogólnie nie jest źle, nie trzeba za każdą pierdułą biegać za bosmanem i wyduszać ale... Venuska toto nie jest. Do żagielków mam zastrzeżenia, trochę mi ich za mało. Grot i fok z możliwością zarefowania ( ale sztormowego kompletu nie ma - minus ), genua i spinaker. Do cum mam poważne zastrzeżenia tych jest zdecydowanie za mało i za krótko, przynajmniej o trzy długości za krótko. Dostajemy jeszcze dwie ale bez brasów do spinakera byłoby z nami krucho. Bardzo jestem ciekawa czy nikt Ferencowi nie mówił że cztery długie cumy + jedna, dwie zapasowe to absolutne minimum. Przeterminowane środki pirotechniczne, włoska pławka, którą wg Ferenca przed wyrzuceniem należy dokręcić i wtedy będzie świeciła . Mile zaskakują nas elektryczne pompki, kuchenna, prysznicowa i zęzowa. Pompek na jachcie dostatek cztery ręczne plus elektryczne to bezpieczny zapas. Co nas jeszcze mile zaskoczyło myślę, myślę i cisza więcej to już chyba nic prócz samej Chorwacji ta jest wspaniała.

Rozdzieliłam funkcje:
1.Tomek Sawicki I oficer
2.Michał Sawicki II oficer
3.Ela Szymanowicz załoga z podfunkcją intendenta
4.Blanka Dyduch załoga - lekarz
5.Mariusz Kosiński załoga - bosman

Tomek strzelił grafik i kuk czyli Ela krążyła wokół kuchni. To był męczący, pracowity dzień. Przejrzeliśmy mapy i inne pomoce nawigacyjne, dobry armator wie że na tym się nie oszczędza , mapy Chorwackie mieliśmy, szczegółowe i dwie generalki, locję morza śródziemnego dla statków też, ale Dalmacja to tysiące wysp z malutkimi porcikami i jakieś plany przydały by się bardzo. Z ostatnich żagli wiedziałam, że można kupić locję specjalnie dla żeglarzy w pięciu językach, do wyboru. Pojechaliśmy do mariny w Punacie, kupiłam ostatni egzemplarz locji w j. angielskim. To był strzał w dziesiątkę, opłynęliśmy na tej locji pół Chorwacji. Wieczorem armator naprawiał silnik a my przy dźwiękach odpalanej i gaszonej maszyny imprezowaliśmy. Rum Kapitan Morgan cieszył się powodzeniem. Grubo po dwunastej naprawa silnika została wstrzymana i mogliśmy zakończyć imprezę i pójść spać. Stojąc na falochronie żegnałam się z migającymi światłami nocnej Rijeki. Za dnia miasta nie było widać a nocą podeszło tak blisko, na wyciągnięcie dłoni.

skocz do góry

Dzień drugi zmagań z silnikiem.

O dziewiątej byliśmy umówieni na dopieszczanie silnika. Ferenc wpadł tuż po śniadaniu zabrał dokumenty, załatwiał formalności potrzebne do wypłynięcia. Były jakieś przepychanki w kapitanacie, okazało się, że formalnie UKŻ nie powinien czarterować jachtów. Nie wnikam ale chciałabym na przyszłość nie mieć styczności z jakimkolwiek przejawem działalności UKŻ-tu. Skończyło się tak, że Ferenc musiał się wpisać na listę załogi jako kapitan aby zadość uczynić przepisom chorwackim o użyczaniu jachtu niezarobkowym. Trochę mnie to wkurzyło ale ważna jest rzeczywistość a nie papierki, odpuściłam kwestię. Poprawienie zamocowania cięgła trwało chwilę. Wyszliśmy za główki na przetestowanie silnika. Podczas próby spisywał się nieźle, jacht bardzo ładnie chodził na wstecznym. Tylko mocy mu brakło, dwanaście KM to dawno miniona przeszłość. Jacht jest sprawny i gotów do wypłynięcia, przed nami najnieprzyjemniejsza część - wyegzekwowanie stosownej rekompensaty za stracony czas. Niesmakiem napełnia mnie wspomnienie targu jaki odbył się na łódce o należne odszkodowanie za stracony dzień. Zdaniem Ferenca było to pół dnia a właściwie i tak nie moglibyśmy wypłynąć wcześniej bo nie mieliśmy listy załogi potwierdzonej przez kapitanat portu więc właściwie wszystko jest o.k. Ustaliliśmy że jednak nie jest, straciliśmy dobę od 1200 w poniedziałek do 1400 we wtorek jacht tkwił w porcie bez możliwości wypłynięcia. Należała nam się zgodnie z umową podwójna stawka czarterowa 250 DM. Ferenc zaproponował połowę 125 DM - za poniedziałek, stwierdził, że we wtorek mogliśmy skoro świt wypłynąć. A silnik skończono naprawiać po północy więc we wtorek był już sprawny. Gładko przemilczał fakt, że owszem silnik był złożony ale trzeba go było jeszcze przetestować na wodzie. Ferenc wił się jak piskorz, raz nawet teatralnie zgarnął wszystkie papiery ze stołu mówiąc że może nie przekazywać jachtu. Bez reakcji z naszej strony, dlaczego w tym momencie nie podziękowaliśmy za współpracę i nie zarządaliśmy zwrotu kasy za czarter nie wiem. Może wypakowanie załadowanego jachtu i szukanie nowej łódki wymagało kolejnej nieprzespanej nocy, może byliśmy po prostu zmęczeni a może tak zatkała nas bezczelność tego typa, w sumie nie wiem która z możliwości zaważyła. Byłam tak wkurzona, że nie potrafiłam jasno sformuować podłości sytuacji. Michałek prowadził negocjacje spokojnie z uśmiechem. Po ostatniej propozycji armatora 150 DM i nieustępliwych żądaniach Michała 250 DM, widząc że dalsze nasze starania będą zmuszały do brnięcia w bagno w którym Ferenc tkwił po uszy, ucięłam targowanie zostało przy 200DM. Dalej rozmowa potoczyła się spokojnie niemalże w przyjacielskiej atmosferze ale powietrze było zepsute i tylko zniknięcie Ferenca mogło oczyścić atmosferę. Nie mogłam się doczekać oddania cum, poganiałam towarzystwo energicznie. Spuszczanie powietrza z pontonu trochę trwało. Dzień był mglisty, niebo mówiło uważaj na razie nie pada ale w każdej chwili może pokropić. Pierwszy hals do waypointa omijającego cypel Krku. Przed wypłynięciem wstukałam rutę na Rab do GPS-a, Tomek sprawdził czy się nie pomyliłam we współrzędnych. Niestety wypłynęliśmy późno i musieliśmy spłynąć gdzieś po drodze aby nie włóczyć się po nocy między wyspami. Już od samego początku sieci przecinały trasę. Trzeba było omijać pływaki z chorągiewkami. Techniki połowu są tu zupełnie inne niż na Bałtyku. Zauważyliśmy dwa rodzaje sieci. Pierwszy długie sznury opadające na dno, drugi druciane klatki - jedna nad drugą podczepione do bojki. Zaraz po minięciu cypla zameldował się opad atmosferyczny niezbyt intensywny na szczęście. Punat leży w zatoce o bardzo wąskim przejściu i bardzo płytkim. Podczas podchodzenia tkwiłam na dziobie sprawdzając głębokość sondą ręczną - do echosondy jeszcze nie miałam zaufania. Sunęliśmy bardzo wolno tak jak zalecała locja trzymając się prawej strony w odległości ok. 10m od zielonych znaków. Rzuciliśmy kotwicę za wysepką. Ponieważ był to pierwszy postój na kotwicy zarządziłam wywiezienie jeszcze jednej kotwicy. Przesiadłam się na ponton, Michał podał pługowe maleństwo i zaczęłam nierówną walkę z materią, która wiadomo powszechnie, lubi stawiać opór. Mam wrażenie, że jeżeli chodzi o dowolną pływającą rzecz która ma dwa wiosła to materia lubi stawiać przynajmniej podwójny opór w stosunku do mojej osoby. Ta materia od wioseł już tak ma i nic na to nie poradzę. Przeszłam 15-minutowy kurs oswajania z pontonem. Przymierzanie do wyrzucenia kotwicy trwało tak długo, że wiatr zdmuchnął ponton z powrotem do jachtu. I bardzo dobrze jak się za chwilę okazało, lina kotwiczna splątała się z pontonem i wywalając żelastwo nie wiadomo czy nie wywaliłabym pontonu dnem do góry. Drugie podejście znacznie spokojniejsze i bardziej udane zaowocowało prawidłowym opuszczeniem kotwicy. Staliśmy na dwóch kotwicach. Jacht łagodnie łukował.
Rozmawialiśmy o interpretacji kolorów przekazywanych przez oko do mózgu. Wtedy bardzo dokładnie uświadomiłam sobie że świat który oglądam tak naprawdę jest tylko mój. I jest to oczywiście jakieś - lepsze lub gorsze zależnie od nastroju albo predyspozycji osobnika - przybliżenie rzeczywistości. Impreza trwała do 2400 pozostały czas rozdzieliliśmy na wachty kotwiczne po godzinie na osobę. Wybrałam ostatnią. Zanim poszliśmy spać podziwialiśmy nocne światła Punatu, oglądaliśmy to co się nagrało podczas drogi do Chorwacji. Michał zagrał hejnał na harmonijce ustnej drażniąc tych na dziobie - za zamkniętymi drzwiami usiłowano spać.

skocz do góry

Nareszcie w drodze

Z samego rana na dzień dobry wachty kotwicznej przywitał mnie piękny poranek. Tomek poszedł spać, w uszach dudniła cisza przerywana dzwonkami owiec albo kóz przemykających zboczami gór na pastwiska i śpiew ptaków. Wstawało słońce, strasznie śpiące jeszcze, skrywało się za zasłoną wełnistych cumulusków do ostatniej sekundy chcąc wykorzystać puchową pierzynę chmur. A była to nie byle jaka pierzyna, puszysta rozszczepiona w delikatny róż promieniami światła. Tafla wody marszczyła się delikatnie pod dłonią Zefira tak samo niechętnie jak słońce wstając po nocnym bezruchu. Zapowiadał się piękny dzień. Harmonię wcześnie rozpoczętego poranka zburzyła motorówka. Oderwała się od przystani w marinie i pruła w naszą stronę. Poczułam się nieswojo. Może zakotwiczyliśmy za blisko obszaru na którym nie można stawać. Pewnie wymyśliłabym jeszcze kilka innych powodów dla których ci z mariny (wtedy jeszcze nie mieliśmy na pieńku z ACI) chcieliby wedrzeć się na pokład gdyby nie to że motorówka odchyliła kurs i zakopała się na przeciwległym brzegu wystawiając wędkę - ktoś wypłynął na ryby. Owce albo kozy od czasu do czasu dawały znać trącając dzwonki. Dźwięk wędrował w dół zbocza i wpadał na taflę morza odbijając się od niej jak kaczka. Jak tam było spokojnie. Zabrałam się za kompletowanie notatek zerkając co chwila znad papieru na zmieniające się niebo. O szóstej zrobiło się nudno. O wpół do siódmej nie mogłam wytrzymać w jednym miejscu. Wyciągnęłam pompkę, dopompowałam ponton i powiosłowałam na wyspę. Cisza, żywej duszy wokół. Obeszłam połać lądu dookoła i wróciłam na jacht. Ela wstała, zabrała aparat i już we dwie płynęłyśmy na wyspę. Tym razem zapuściłyśmy się dalej. XII wieczny klasztor franciszkanów otoczony ogrodem i murem, furtka przymknięta - jakoś się sama otworzyła i wpuściła do środka. Ogród wypełniony chyba oliwkami i innym drzewami. Od strony morza rzadki, gęstniejący w miarę posuwania w głąb lądu. Kamienny labirynt ze stacjami drogi krzyżowej, nad głową gąszcz ciemnej zieleni. Wstrzymujemy oddech i prawie na palcach penetrujemy kamienny dziedziniec klasztoru. Wokół cisza dzwoniąca w uszach. Półmrok w starej kaplicy o wysokim sklepieniu, zza ściany dochodzą poranne śpiewy zakonników. Wrażenie niesamowite, wszystkie żywe dusze zgromadziły się daleko, do nas dochodzą tylko słabe odgłosy porannej modlitwy. Na palcach opuszczamy gmach wychodząc na dziedziniec zbudowany na planie kwadratu. Boki zadaszone na środku snop światła ciągnący do studni, wykutej w skale. Pod ścianą małe muzeum w przeszklonych gablotach leżą okazy wyłowione z morskich głębin, muszle jakieś niesamowite ryby i inne żyjątka. Wciąż jeszcze wstrzymując oddech opuszczamy dziedziniec. W ogródku warzywnym ktoś się krząta. Opuszczamy teren zakonu doprowadzając furtkę która się sama otworzyła do stanu pierwotnego czyli zamkniętego. W malutkim przyklasztornym porcie dwie motorówki św. Franciszek i św. Andrzej. Kamienistym brzegiem wracamy do pontonu. Na jachcie ożywienie wszyscy wstali i rzucają w nas harpunem. Wersja oficjalna aby szybciej ściągnąć jedyny środek komunikacji z lądem, nieoficjalna coś upolować niekoniecznie na śniadanie. Reszta ekipy ładuje się na żółty ponton i udaje się z kolejną wizytą na wyspę. Mają więcej szczęścia, pora jest bardziej cywilizowana, spotykają żywych i oglądają muzeum etnograficzne. Michał z Tomkiem wracają. Raz jeszcze wsiadam do pontonu - tym razem z oficjalną wizytą, muszę wykupić załogę. Wiadomo Polak potrafi. Ciołki jedne do muzeum się wepchali a kasy nie wzieli. Zakonnik natrzaskał się dziobem a jak przyszło do zapłaty - nie ma. Wzięłam jachtową kasę i Elę - ktoś musi wiosłować. Zakładnicy Blanka i Mariusz pozostawieni samym sobie, opalają się w porciku. Ucieszyli się że ktoś ma zamiar ich wykupić. No tak weź tu człowieku i nie wykup a kto będzie gotował. Zaprowadzili mnie do środka wręczyłam kasę zaskoczonemu zakonnikowi pokazując że to za tych tu rozrabiaczy. Muzeum jest niewielkie, parę sprzętów z chałup rybackich, ubrań, mebli. Urządzenie do splatania lin i sieci. Ekspozycja banknotów - widać któryś braciszek kolekcjonuje - z wszystkich państw świata, cała ściana obłożona pieniążkami. Druga mniejsza sala z malarstwem, rzeźbą, kilkoma kopiami rękopisów i map. Niestety zakonnik się śpieszy, przelotnie oglądamy obrazy i kończymy wycieczkę po tajemniczej wyspie. Zrobiło się późno, rozplątujemy liny obu kotwic, wyrywamy i powolutku kierujemy się w stronę wyjścia. Bardzo tu płytko, dno widać jak na dłoni. Gdyby nie to że wskazania sondy potwierdzam ręcznymi pomiarami nie uwierzyłabym że pod kilem ponad dwa metry. Wychodzimy na otwartą przestrzeń, słabe podmuchy i słońce wróżą prawdziwie tropikalne pływanie - wiadomo na ciepłych południowych morzach człowiek wyleguje się na pokładzie a steward donosi drinki z parasolkami. Przymierzam kostium kąpielowy i żółtą dmuchaną poduszkę pod głowę. Jest mi wygodnie. Michał zrzuca ponton do wody i wyskakuje za burtę zabezpieczony liną. Chwilę się kąpie a potem opala. Zapalamy silnik aby nie namieszać w regatach i przedostać się na drugą stronę toru wyścigowego. Kierujemy się do portu Rab. Studiuję locję, to będzie moje stałe zajęcie przed jakimkolwiek zacumowaniem. Skalisty przesmyk skrywa podejście do miasta. Składamy się prawą burtą. Michał wykonuje skok na pirs, cumy podane, tak stoimy. Desant skakał z za dużej odległości, biorę Michałka na bok i proszę aby mi więcej nie robił takich numerów.
Miasteczko jest przepiękne. Stoimy u stóp starówki, parę metrów dalej knajpa z olbrzymimi palmami i piwem. Wieczorem wspólny wypad na ląd. Wąskie, kręte uliczki z zaskakującym zakończeniem . Kościół, ruiny klasztoru i cmentarz na wzgórzu. Skarpa zwieńczona murem, spadająca w dół morza. Wszystko oświetlone i tętniące życiem. Zakończyliśmy wycieczkę w knajpie. Tomek z Michałem od razu wrócili na jacht, Ela z Blanką później. Zostałam z Mariuszem, wiedliśmy filozoficzne dyskusje o życiu. Ciepły wiatr szeleścił gęstymi tropikalnymi palmami, gdzieś z boku dobiegały odgłosy rozbawionych Niemców, piwo wolno płynęło po ściankach szklanego kufla z fregatą ...

skocz do góry

Ciepłe południowe morza to tu.

Raz jeszcze wypad na ląd, słońce dopisuje, parę aparatów i kamera poszły zbierać dokumentację. Z trudem ale się zbieramy, przestawiamy się pod stację z paliwem. Oleju brak będzie za godzinę. Obok cumuje jakiś olbrzym, załoga wprawnym, wyćwiczonym ruchem zarzuca cumy na polery. Jeszcze ze dwa lata zawodowego pływania i też będziemy tak cumowali. Upał, straszna patelnia. Zostawiamy Sawickich na jachcie i zmykamy do parku. O jak bardzo tęskniłam wtedy za chłodem północnych morz. Odbierało chęć do życia i żwawszego poruszania się. Patrzyliśmy na dzieciaki biegające po parku jak na dziwolągi - skąd biorą energię. Spacer ocienionym zboczem parku nad brzegiem morza pozwolił ożywić się. Soczysta zieleń w połączeniu z lazurem wody przechodzącym w turkus na przybrzeżnych płyciznach. Jakie tu morze ma kolory, choćby człowiek myślał cały dzień to i tak nie wymyśli ładniejszych. Powoli przebijamy się do góry na miejsce widokowe i co widzimy i nic nie widzimy. Nie ma jachtu. Tym razem droga powrotna do stacji paliwowej minęła błyskawicznie. Co Sawickie wyprawiają dlaczego nie czekają na nas. Pierrot krąży po marinie, wskakujemy z kei na pokład. ACI w czerwonej koszulce zgrzyta zębami .
Przywieźli paliwo na stację, zatankowany jacht musiał odpłynąć aby nie blokować miejsca. Przybija do kei w marinie i okazuje się że aby zacumować trzeba być gościem, aby być gościem trzeba oddać dokumenty wtedy ACI kasuje na jakieś 50-80 DM i już jest się gościem - trochę kosztowne jak na 10 minut postoju. Nawet Michał nie potrafił wytłumaczyć że nie chcemy być gośćmi tylko zabierzemy załogę i odpływamy.
Przestawiamy się na drugą stronę portu w gościnniejsze rejony, tankujemy wodę i opuszczamy Rab - miasto i wyspę. Kurs na otwarte morze. Przebijamy się cały dzień pomiędzy wyspami, w nocy osiągamy granicę wysp. Budzę się parę razy aby popatrzeć na gwiazdy, skontrolować oficerów i ... porozmawiać z silnikiem. Gaśnie, bardzo nieładnie z jego strony, zasysa powietrze i dławi się. Jak się w porę nie dopompuje paliwa zalega niepokojąca cisza. Walczymy z Tomkiem ze dwa razy w ciągu nocy z maszyną.

skocz do góry

Za granicą wysp.

Ze snu wyrywa mnie Michał : BeBe, BeBe płyną na nas, takie wielkie z płetwami. Pobiłam rekord w porannym zrywaniu się, jak kończył zdanie byłam na pokładzie. I co widzę, nic nie widzę. W oddali delfiny, para. Skacze sobie beztrosko ale ładnie skacze, zapominam o niezbyt delikatnej pobudce. Wabimy skoczki, pochylam się nad dziobem wybijając rytm na kadłubie. No proszę jest, jeden delfin melduje się przy jachcie, prześlizguje się pod dziobem i znika w oddali. Te sympatyczne zwierzątka wywołały taki szum że pobudziło wszystkich. Płyniemy sobie na silniku, po lewej archipelag wysp, po prawej pełne morze, widok przedni. Po południu wcisnęliśmy się miedzy wysepki Parku Narodowego na Kornacie. Stanęliśmy na kotwicy, pontonem wysztrandowaliśmy na schowaną na uboczu platformę i pognaliśmy na rozpoznanie wyspy. Była mała i kamienista, sanitariaty przyzwoite były i draby w czerwonych koszulkach też. Szukaliśmy mapy, te które mieliśmy na jachcie kończyły się na Zadarze. Chcieliśmy popłynąć trochę dalej do Sibenika.
Pierwsze lądowanie na wyspie minęło spokojnie, drugie poprawione i uzupełnione skończyło się klęską. Jak trafiliśmy sanitariaty ze słodką wodą dostaliśmy oczopląsu i biegiem do pontonu na jacht po ręczniki i z powrotem. Przy platformie czekał na nas komitet powitalny w czerwonych koszulkach. Zaczęli fatalnie - po niemiecku, na nasze kamienne miny - w psim języku nie rozmawiamy przeszli na angielski. Nie możemy tu przybić, możemy przybić do pomostu w porcie, gdzie po oddaniu dokumentów będziemy mogli wyjść na ląd. Kilkuminutowa dyskusja zakończyła się bezowocnie nie mieliśmy ochoty być gośćmi w ACI. Niech się wypchają wyspą, czerwonymi koszulkami i czym tylko chcą.
Dno wokół jachtu było widać jak na wyciągnięcie dłoni, kryształowa ale słona woda, kotwica leżała spokojnie wczepiona jednym pazurem w skały. Tam spotkaliśmy to coś z TAKIMI oczami. Właściwie to tylko Ela i Michał widzieli TO ale jak zaczęli krzyczeć i uciekać to inni nawiewali równo z nimi. Pamiętam płynęłam z jachtu do pontonu, jak usłyszałam że takie z wielkimi oczami goni to błyskawicznie znalazłam się przy "łodzi ratunkowej" walcząc z innymi wdrapującymi się o przestrzeń potrzebną na dostanie się na ponton. Gdy już szczęśliwie bez strat w ludziach udało się ulokować w pontonie zażądaliśmy wyjaśnień - kto, co i dlaczego. Ela i Michał przekrzykiwali się opisując potwora. Miał takie wielkie oczy i łapy schowane do tyłu a właściwie to oczy były tak wielkie że nic więcej nie było widać. Prawdopodobnie kałamarnica wielkości pięści z oczami wytrzeszczonymi ze strachu wprawiła w popłoch pół tuzina ludzi. Po tych atrakcjach nikt nie miał ochoty na przybrzeżne polowania na jeżyki. Zaczynało rozwiewać się. Wcisnęliśmy się w cieśninę i zakotwiczyliśmy w zatoce przy osadzie Lavsa. Dwie łódki, jedna rybacka druga turystyczna. Gościnni tubylcy kierują nasz jacht w głąb zatoczki. Na brzegu trzy domki, trzy pirsy usypane z kamieni i podmurowane. Zapada mrok, wciskam Żubrówkę do kieszeni sztormiaka zbieram obsadę pontona, ruszamy na ląd na poszukiwanie mapy. Lunęło nagle i obficie. Stoimy jak młotki przy żaglowcu i pytamy o mapy, zero odzewu. Towarzystwo mieszane chorwacko-niemieckie, zamykają szybki sterówki zostawiając nas na deszczu. Chyba nie znają żeglarskiego obyczaju pomocy w potrzebie, a jeżeli znają to na pohybel im psim synom. Zabieramy się i próbujemy u rybaków. Imprezują w ostatniej chałupie. Na nasze wołanie wychodzą na próg i zapraszają do środka. Zdejmujemy kaptury i pytamy o mapę. Jeden z nich poleciał na krypę reszta przygląda się ciekawie. Dostajemy po szklance wódki. Pytają o kapitana wskazując jednocześnie swojego - stary rybak z twarzą gęsto pooraną zmarszczkami, spalony na brąz, prawdziwy ojciec chrzestny z włoskiej mafii. Mój wizerunek wywołuje uśmiechy. Stary przepija do mnie, podnoszę szklankę do góry, odpowiadam. W podziękowaniu za poczęstunek wyjmuję Żubrówkę. Atmosfera wyraźnie rozjaśnia się. Siadamy do stołu. Rozmowa toczy się w trzech językach : chorwackim, angielskim i polskim. Dowiadujemy się sporo ciekawych rzeczy o Chorwacji. Mariusz pyta o technologię pędzenia rakiji i dostaje wyczerpującą odpowiedź. Mapa jest ale niezupełnie taka o jaką nam chodziło, mają kardynalną jeszcze bardziej zniszczoną niż nasza. Trudno poradzimy sobie bez. Blanka szturcha mnie - wracajmy na łódkę, Tomek i Ela pewnie się denerwują. Trochę się ociągam, tu jest tak sympatycznie i nie pada. Ale ma rację, trzeba ludziom dać spokój. Oni płyną rano do pracy a my możemy odespać. Przed snem jeszcze łyk rakiji na bolący ząb Mariusza.

skocz do góry

Powoli wpadamy w rutynę.

Odespać nie odespaliśmy. O piątej obudziłam Tomka wyciągnęliśmy kotwice i na katarynie opuściliśmy gościnną zatoczkę. Lawirowaliśmy wśród wysepek do Sibenika. Na szczęście nie mieliśmy tylko kawałka mapy. Podejście i kanał wzięliśmy z locji. Miasto leży za osłoną wysp. Aby tam dopłynąć trzeba przebyć kręty wąwóz wydrążony w białej skale. Wrażenie jest niesamowite bo do samego niemalże końca nie widać wlotu kanału i płynie się na skały. Po drugiej stronie wyłania się zatoka. Miasto schodzi z gór do wody, czerwone dachy i białe kamienne ściany tworzą malowniczą mozaikę. Przy podejściu do stacji paliwa silnik zrobił kawał, zgasł. Kończymy podejście na żaglach. Tak dalej być nie może, jak gaśnie na środku morza to pal go licho ale w porcie to już poważna sprawa. Filtru paliwa i kawałka przewodu brakowało do szczęścia. Niestety w sobotę sklepy zamykają wcześnie. Obejrzeliśmy miasto szukając czynnego motoryzacyjnego składu. Nic z tego. Wracamy na jacht i przebijamy się dalej krętymi wąwozami w głąb lądu. Dla odmiany wieczorem cumujemy w odnodze jeziora. Namierzaliśmy się na inną miejscówkę ale podpłynął rybak i prosił żebyśmy stanęli dalej bo tu ma sieci. Ach jak ulga woda ciepła i tylko lekko słona, można spokojnie bez szczękościsku popływać. Z dobrodziejstwa kąpieli korzysta cała załoga. Normalnie na morzu kąpie się tylko Michał reszta zadowala się jachtowym prysznicem. Jeszcze przed nadejściem mroku Tomek kamerą uwiecznia okolicę.

skocz do góry

Wyprawa do wodospadów.

Zbocze Przy którym staliśmy było porośnięte chaszczami - przypominającymi wrzos. Na górze kupa kamieni i rozległy widok na świat, słońce zaczynało przypiekać, zapowiadał się ładny dzień.
I znów krętymi wąwozami przebijamy się w górę rzeki. Zatrzymuje nas most i pracownik ACI na motorówce. Ten dla odmiany jest uprzejmy. Informuje, że przed mostem jest zakaz kotwiczenia - to już wiemy z locji i ze znaków na brzegach. Pytamy ile będzie kosztowała przyjemność bycia gośćmi mariny. Za sześć godzin cena jest przystępna. Decydujemy się zostać. Facet odbiera od nas cumy, nie pozwalając zejść na ląd, zabiera listę załogi i priawę - od tej chwili jesteśmy gośćmi. W pośpiechu pakujemy ekwipunek na wyprawę do Parku Narodowego, zabieramy ponton, aparaty, kamerę i dobry humor. W górę rzeki płyniemy statkiem wycieczkowym. Po opłaceniu wstępu zagłębiamy się w gęstą, prawie tropikalną roślinność porastającą teren wodospadów. Stojąc na dole na moście ma się przed sobą w całej okazałości kilka pięter spadającej wody koloru mleczno-niebieskiego, wtopionych w soczystą zieleń drzew. I szum, szumi ładnie. Na górze rzeka rozdzielona jest na mniejsze odnogi, pomosty przerzucone nad nimi prowadzą przez tropikalną dżunglę z palmami, lianami i gęstymi chaszczami. Pochylam się nad jednym z wodospadów, plecaczek niebezpiecznie przechyla się przez ramię o włos a wszystkie dokumenty, paszporty spłynęłyby w dół i po pewnym czasie być może dotarłyby do głębin morskich ale bez nas - właścicieli. Na szczęście wszystko dobrze się kończy, upycham czarny foliowy worek głębiej i zapinam plecak. Zwiedzamy jaskinię wymytą przez wodę spływającą wnętrzem gór. W środku jest żaba, bardzo mała jak się okazuje po podświetleniu ale coś co się rusza, wydaje dziwne odgłosy i czego nie widać może odrobinkę zdezorientować, oj może. Jaskinia jest ciasna, ciemna i kapie z góry na głowę, wycofujemy się. Jesteśmy bardzo zmęczeni a to dopiero połowa atrakcji. Opuszczamy Park w pełnej konspiracji - w worku z pontonem przemycamy dwie deski, całkiem poręczne akurat na wiosła których - nie będę wytykała palcami kto - zapomniał. Już samo pompowanie pontonu na pomoście wzbudza sensację. Wycieczki wymieniające się na wycieczkowcu przyglądają się naszej gromadce. Zabezpieczamy wszystkie wartościowe rzeczy przed ewentualnym kontaktem z wodą rozbieramy się do kostiumów kąpielowych i opuszczamy pomost. To co się działo dalej jest tematem na osobną historię.
Ponton ledwo dyszał, Michał z Mariuszem wiosłowali dechami. Wyprawa pontonem w dół rzeki ma w sobie coś z karuzeli. Przyplątał się drugi ponton z potężnym silnikiem i falą. Zaczęliśmy drżeć o swoje skóry. Operator jednostki pływającej na szczęście nie był dowcipnisiem i udało się go spławić na bezpieczną odległość, nie daliśmy się namówić na hol. Pojęcia nie miałam ile niebezpieczeństw czycha na delikatną powłokę pontonu. Ostre skały, zwalone pnie, zafalowanie od statku wycieczkowego, który zdążył zrobić ze trzy kursy i za każdym razem gdy nas mijał pozdrawiał machaniem ręki. Szło nieźle, płynęliśmy w dół rzeki robiąc co jakiś czas honorowe kółko wokół osi, skrzętnie wykorzystywane przez kamerzystę na złapanie panoramy. Wiosłowi wymieniali często uwagi w stylu : teraz ty wiosłuj bo nas znosi na skały. Za zakrętem zaczęły się schody, wiatr był na tyle silny że cofał ponton, trzeba było ruszyć z krzyża wiosłami. Zmienialiśmy się co raz częściej przy deskach. Co większe fale albo głębsze chybotnięcia podtapiały ponton wywołując serię pisków, okrzyków i dźwięk głośno wciąganego powietrza. Aby do mostu a właściwie pływającej tamy otwartej na środku. Schwytaliśmy łapczywie coś w miarę stałego, Mariusz wyskoczył i puścił dymka. Palenie to jednak straszny nałóg. Nadciągał rozłam, podnosiły się głosy gardłujące za dokończeniem podróży drogą lądową. Michał jak mógł odpierał ataki i zbijał argumenty za - my nie dopłyniemy, MY nie dopłyniemy. Cóż było robić chcąc nie chcąc na taki honorowy argument wcisnęliśmy dechy w dłoń i do przodu pod szkwalący wiatr. Końcówka była mordercza, zmienialiśmy się na wiosłach co sto pociągnięć. Następny odpoczynek przy portowym murku do jachtu jeszcze kawałek. Michał ponownie łamie opozycję gardłującą za skończeniem wycieczki. Zdobywamy się na jeszcze jeden wysiłek i z pieśnią na ustach - niech Szwaby wiedzą że nie byle kto płynie - dociągamy do jachtu. Uff, mokre szmaty na reling i pod prysznic. Gorący, bez ograniczeń czasowych. A potem, a potem była Tawerna, czarna rybacka dziura z rządkiem butelczyn rakiji i połami baranich wędzonych udźców pod powałą. Wstąpiliśmy na "jednego". Po opuszczeniu mariny humory mieliśmy kozackie. Honorowa rundka przy porcie na pełnych obrotach nim odwróciliśmy się rufą i znikliśmy za horyzontem. W skalistym wąwozie powiewało. Halsowaliśmy pod wiatr. Momentami robiliśmy zwrot tuż przy skalnej ścianie. Sonda pikała a Michałek świetnie się bawił podpływając coraz bliżej do brzegu. Raz nawet chwyciłam spinaker bom bo wydawało się że tym razem utkniemy, prawie musnęliśmy skały bomem. Lawirując dopłynęliśmy do mostu. Sternik robił najazd, ponieważ most był w kształcie łuku zaniepokoiłam się czy nie wjedzie w przęsło. Nie wjechał. Po lewej stronie wyłoniło się miasto. Znajome czerwone dachówki na wzgórzu. Zacumowaliśmy pod starówką. Nocna wyprawa krętymi wąskimi uliczkami na szczyt do zamku. Chcieliśmy obejrzeć gmach od środka ale nie było wejścia. Nie było nic co by przypominało wejście. Obeszliśmy mury dookoła bez efektu. Ale idąc do zamku tradycyjnie zbłądziliśmy na cmentarz. Każde większe miasto które odwiedzaliśmy prowadziło nas na cmentarz, najwyraźniej coś nas tam ciągnęło tylko co.
Sibenik byl opustoszały, tu turyści jeszcze nie napłynęli. Poza garstką przypadkowych przechodniów uliczki świeciły pustkami. Mijaliśmy jedną głośniejszą imprezę chorwacką. Wysoko nad posadzką chodnika przez otwarte okna uderzała w spokój nocy głośna muzyka i chóralne śpiewy. Miasto nie miało tego klimatu co Rab, było za duże i za bardzo cywilizowane. Powłóczyliśmy się jeszcze po portowych dzielnicach próbując wytropić sklep z pieczywem i winem - na rano. Im dalej od reprezentacyjnej części portu tym obskurniejsze budynki pojawiały się. Do dzielnicy lumpów i włóczęgów nie doszliśmy. Wcześniej z wody widzieliśmy kartonowe baraki, szmaty i góry rupieci. Głupotą byłoby zapuszczanie się tam w środku nocy, zresztą nawet nie mieliśmy takiego zamiaru.

skocz do góry

Miejscówka wykuta w skale.

Paskudna pogoda, leje z samego rana i nie chce przestać. Morze rozbujane. Rozbiegamy się w poszukiwaniu sklepu z filtrem do paliwa, map, pieczywa. Dziś jest dobry dzień, wszystko udaje się kupić. Na akcesoria silnikowe bierzemy rachunek - prezent dla armatora. Mapy dostajemy w biurze przy kapitanacie portu, świeżutkie z najnowszymi korektami. Sawiccy kupują mapę jeziora i wodospadów - zamierzają powrócić w te okolice słynną Prosperiną Venus. Jacht ten wprawiłby w kompleksy najlepiej wyposażoną łajbę. Wszystko czego nam brakowało na Pierrocie było na Venusce. Pieczywo i wino (to brzmi prawie jak z rzymskich igrzysk) kupiliśmy w przyportowym sklepiku. Tuż przy kasie na ladzie stał olbrzymi udziec wędzony skrojony do połowy. Pani na życzenie preparowała kanapkę z mięchem. Popatrzyliśmy na siebie - może innym razem. A że będzie inny raz nie wątpię, bardzo mi się tu podoba. Powrót kanałem wyrzeźbionym w skałach raz jeszcze pozwolił podziwiać piękno krajobrazu zamkniętego w górskie zbocza. Na morzu falka - w porównaniu z Bałtykiem nic specjalnego ale tutaj spotyka nas pierwszy raz. Przebijamy się pomiędzy wyspami, kupione mapy chowamy zabezpieczając starannie aby się nie zniszczyły. Teraz nie potrzebujemy informacji na nich zawartej, GPS nas prowadzi po way pointach. Urządzenie jest pomocne ale trzeba uważać, za duży zakres błędu wprowadzony do setapu sprawia że GPS omija jeden way point i skraca drogę kierując jacht w środek wyspy. Na szczęście jest jasno i ślepy kurs jest od razu skasowany. Wbijamy się poprzez wąską cieśninę pomiędzy wysepki szukając kotwicowiska. Przejście jest płytkie a żeglowny pas wąski, pomysłowo zrobione nabierzniki przeprowadzają bezpiecznie jacht. Robi się ciemno a miejsca dogodnego do rzucenia kotwicy nie ma. Niestety przy 40 metrowej linie kotwicznej i głębokości rzędu 50-60 metrów 15 m od brzegu trzeba się nieźle nagimnastykować. Na poszukiwaniach łapie nas noc. Już po ciemku wpływamy do odnogi wyciętej w zboczach górskich, powoli zagłębiamy się w parów. Kotwica rzucona z dziobu robi za spławik. Podchodzimy bliżej do skał i jest miejscówka przy skale specjalnie dla nas. Polery zatopione w beton. Przy świetle reflektora białe skały wznoszące się dookoła pionowo w górę sprawiają niesamowite wrażenie, człowiek czuje się tu jak w studni. Przytulamy się jachtem do "pirsu" wycieczki po wyspie odkładamy, jest ciemno a wąski 10 cm gzyms prowadzący wzdłuż skały do mniej stromych zboczy wygląda niezbyt solidnie. Zwierzątka nie próżnują czy cokolwiek to jest. Zauważyliśmy dziwne zjawisko. Zawsze gdy stajemy przy pirsie, kamiennym, betonowym z wody dochodzi dźwięk korozji. To tak jakby coś chciało zjeść skorupę jachtu albo inne skojarzenie bąbelki powietrza wędrujące na powierzchnię i uderzające o jacht.

skocz do góry

Mordercza włóczęga przez chaszcze i kamienie Długiego Otoku.

Wysepka jest kamienista, porośnięta chaszczami i krzakami. Ze szczytu roztacza się przepiękny widok na morze i inne wyspy rozsiane dookoła. No i przede wszystkim jest bezludna. Stojąc tam wysoko, widząc granatową linię horyzontu i malutkie jachciki przemykające od wyspy do wyspy, mam wrażenie jakbym stała na czubku świata. Do południa łaziliśmy, potem cześć miała zajęcia rekreacyjne z pontonem i wodą a część z silnikiem i ropą. Dziś silnik ma przegląd generalny. Drań się zapowietrza, tkwiliśmy w ciasnej klatce zwanej maszynownią i walczyliśmy. Wymieniliśmy filtr paliwa na nowiutki, ułożyliśmy przewody w rozsądnej kolejności (zbiornik, pompa ręczna, odstojnik, filtr, pompa wtryskowa jako ciekawostkę przytoczę układ jaki zastaliśmy : zbiornik, filtr paliwa, pompka ręczna - w tym przypadku pracująca na podciśnieniu a to nie jest chyba to co pompki lubią najbardziej, odstojnik - no tak odstojnik oczyszczający paliwo z większych frakcji zanieczyszczeń jest tak ważny że trzeba go chronić precyzyjnym filtrem do drobnych zanieczyszczeń, pompa wtryskowa.) odpowietrzyliśmy układ paliwowy i... mieliśmy dosyć silników na dziś w zupełności. Strasznie rozwlekł się ten dzień. Robimy imponującą trasę do przeciwległego krańca wysepki na którym jest jezioro Mir. Ymmmm to lubię, rzucamy kotwicę a nawet dwie w lazurowej zatoczce, woda nieprzyzwoicie błękitna na płyciznach a zbrodniczo granatowa na głębinach, widać dno, widać kotwice, widać wszystko. Całą szóstką ładujemy się do czteroosobowego pontonu i osiadamy na płaskiej prawie poziomej skale. Maskujemy żółty ponton odwracając go "na czarne plecy", cumkę owijamy wokół kamienia i skokami przesuwamy się dookoła zatoczki ku przełęczy. Brzeg jest powycinany i poorany w najróżniejsze fantastyczne wzory. Momentami pojawiają się ostre jak brzytwy lub podziurawione jak ser skały. Pocięłam podeszwy tenisówek o krawędzie. Zachaszczona przełęcz okazała się całkiem niewysoka. Jezioro Mir nie wzbudziło żadnych wzruszeń estetycznych. Mętna, lekko słona woda z wałami brudnej piany na brzegach nie wyglądała ładnie. Zniechęciłam się do kąpieli. Miałam dosyć chaszczy i łażenia po kamieniach, wróciłam na jacht a reszta wycieczki poszła dalej oglądać klifowy brzeg. Tam gdzie wyspa spada do morza. Widziałam ujęcia nakręcone amatorską kamerą, całkiem ładny kawałek skały i piękny widok.
Oni podziwiali piękny widok a ja przedzierałam się przez chaszcze. Wymyśliłam, że skrócę drogę powrotną. Wdrapałam się na grzbiet góry i udało mi się wyjść na zatoczkę z jachtem ale nie polecam nikomu takich wycieczek. Podłoże usypane z głazów i kamieni, pełne dziur zamaskowane gęstym zielskiem pod którym przemykały jakieś żywe stworzenia nawet nie chcę wiedzieć jakie. Dopóki większe głazy wystawały znad chaszczy dało się wytrzymać, metodą konika polnego po kamieniach zrobiłam pół trasy ale później zaczęły się schody z rozrzewnieniem wspominałam wędrówkę brzegiem morza jak tam było przyjemnie, nic nie rosło, kamienie nie osuwały się zdradziecko spod nóg. Droga w dół była gęsto zarośnięta, rzadko wyłaniała się biała płaszczyzna skały. Brnęłam w chaszczach i klęłam i obiecałam sobie - nigdy więcej najmniejszej nawet wycieczki w chorwackie góry, jak załoga będzie chciała iść to niech idzie a ja popilnuję morza i jachtu. Zmęczyłam się kluczeniem wsród zarośli, kolce podrapały nogi a ostra krawędź skały rozorała rękę podczas awaryjnego lądowania gdy kamień umknął stopie. Gdy w końcu ujrzałam błękit wody prześwitujący przez gałęzie odetchnęłam bo ta droga ciągnęła się tak jak gdyby nie miała zamiaru się skończyć. Na jachcie było cicho, czysto i tylko kleszcze zabrane z gór przypominały mi o chaszczach. Won z kleszczami za burtę - czyli humanitarny sposób pozbycia się pasożytów, zabić nie zabiję a jak się utopią to na własną odpowiedzialność (a po co nie umieją pływać). Drugi wrócił Mariusz. Podczas przeprawy przebił ponton, jedną komorę wypornościową. Jak się pojawiła reszta najszybciej jak to możliwe wypłynęliśmy. Było po 1600 a więc na dłuższą trasę nie mieliśmy szans. Pływanie nocne wśród tysiąca wysepek nie jest najbezpieczniejszym zajęciem. Przecisnęliśmy się wąskim przesmykiem pomiędzy Lavdara i Lavdara Mala. Do sąsiedniej wyspy Pasman było niedaleko 12 Mm. Rzuciliśmy kotwicę w wąskiej odnodze wcinającej się w ląd zwanej Lamjana Mala w poprzedniej odnodze Lamiana Vela była jakaś platforma wiertnicza, świeciła jak choinka. Tradycyjnie światło kotwiczne na achtersztag i budzik na 0200, z wachtami kotwicznymi nie wygłupialiśmy się spokojnie było ale... kontrolne rzucenie okiem na to coś czym jacht jest przymocowany do dna nie zaszkodzi.

skocz do góry

Mali Losinj.

0505 uruchomiono silnik kotwica ­ silnik pół naprzód KPL, 0531 KK=300 - tak wygląda lakoniczny opis w dzienniku a w rzeczywistości: Na dźwięk budzika zerwałam się z koi na baczność, zerknęłam w grafik kto ma wachtę. Na szczęście Tomek, tego budzić długo nie trzeba. Mariusz też się szybko wyłonił na pokład. Po namyśle zaczęłam rwać tą lżejszą kotwicę. Opornie szło, pomyślałam dobrze że to lżejsza bo cięższej nie dałabym rady. Jak podciągnęłam bydle do burty to się zdziwiłam to była ta większa ze dwadzieścia kilo żywej wagi. W tym momencie panowie pojawili się na pokładzie, Tomek odpalił silnik a Mariusz pomógł zrobić porządek z kotwicami. Woda dymiła. Gdy wyszliśmy z zatoczki słońce usiadło na krawędzi gór. Wokół było cicho i spokojnie, ciepło tylko rybak wyruszający na połów i nasz jachcik na wodzie. Wiało nędznie, pyłki na wodzie leniwie przesuwały się do tyłu bez przekonania. Dopiero przy wrotach na pełne morze (Molat i Dugi Otok) dmuchnęło. Polecieliśmy. Siedem węzłów na żaglach to chyba rekordowy osiąg jachtu (aż policzyłam, no tak zgadza się). Genua i fok szczelnie zasłaniały horyzont. Trochę głupio człowiek idzie na dziób i ani kawałka nieba. Chcieliśmy obejrzeć wyspę Susak interesującą z etnograficznego punktu widzenia (wg locji) mieszkańcy żyją w izolacji ich dialekt, zwyczaje, ubiór różnią się od tego co można znaleźć na sąsiednich wyspach. Ruiny monasteru Benedyktynów z 11 wieku i kościół św.Nikolasa z 1770r. Niestety może następnym razem, obieramy kurs na wejście do Mali Lośnj. Cumujemy w portowej Marinie. Miasteczko jest urocze. Już zapełniające się turystami. Tradycyjna wycieczka po wąskich uliczkach kończy się na cmentarzu. Wracamy do portu. W nadbrzeżnej cukierence zamawiamy lody. Jakie słodkie, po połowie wysiadłam. Michał był mocny, zjadł swoją porcję i dokończył moją. Piwo Mariusza cieszyło się olbrzymim powodzeniem neutralizowało 200% słodycz lodów. W porcie przypętali się Niemcy potem Francuz, zaciekawiła ich polska bandera. Pytali jak tu trafiliśmy, myśleli że przypłynęliśmy z Bałtyku. Wyprowadzamy towarzystwo z błędnego mniemania, wymieniamy kurtuazyjne żeglarskie pozdrowienia. A delfiny z fontanny pięknie plują wodą. Sam port jest sympatyczny, żeglarsko - rybacki. Przy płytszych miejscówach stoją małe kutry i łodzie z sieciami na pokładzie. Wzdłuż kamiennego pirsu czekają wycieczkowe „kolosy" żaglowce z nazwy. Podnoszą jeden albo dwa żagle tylko przy sprzyjającej pogodzie i na życzenie klientów. W portowych kafejkach trochę ludzi, miejscowych i turystów, życie toczy się wolno, ciepła letnia noc nie sprzyja pośpiechowi. Człowiek się rozleniwia i zapomina o zgiełku, tępie zostawionym gdzieś tam wśród północnych miast.

skocz do góry

Czarna seria, a w końcu do Puli.

Mieliśmy trochę spraw do załatwienia. Nabić butlę gazem, kupić klej do pontonu, zatankować wodę i paliwo, uzupełnić zapasy żywności. Kleju szukałam z Mariuszem przez dwie godziny. Chodziliśmy od sklepiku do sklepiku i nic. Nie mieli nic do gumy. W spożywczym poszło lepiej, chleb, wino, sok i parę drobiazgów kupiło się błyskawicznie. Stacja paliwowa była zamknięta. Michała wysłałam z butlą do gazu. Przy odchodzeniu pech. Lina przewleczona w poprzek kei, służąca za cumę mimo prowadzenia ręką i specjalnego uważania wkręca się w śrubę. Tomek nurkuje i uwalnia wał. Odrzucamy daleko felerną linę (przed nami Niemcy bawili się w ten sam sposób, z małą poprawką nas wiatr odpychał od kei ich spychał na inne jachty). We wszystkich portach chorwackich praktykuje się liny biegnące po dnie. Po przycumowaniu do kei wybiera się taką linę i mocuje na jachcie, doskonały substytut kotwicznej. I nigdzie nie ma z tymi linami kłopotu dopiero tu. Zdaje się że obsługa portowa zaoszczędziła na porządnych linach i dosztukowała jakimś badziewiem które nie tonęło. Znudzony Michał czekał po drugiej stronie. Udało się po małych przeprawach z silnikiem (gasł, drań gasł bez uprzedzenia) stajemy przy pirsie i tankujemy wodę. Po pięciu minutach napełniania rufowego zbiornika zdziwiłam się ale nic nie wzbudziło podejrzeń - widocznie był pusty pomyślałam i wróciłam do rozmowy z Tomkiem. Gdyby nie Michał który zszedł na dół zrobić drinki napełnilibyśmy jacht do pełna wodą. Na krzyk leje się, wskoczyłam do kabiny i zajrzałam do silnika. Maszyna była do połowy zalana wodą przez boczne otwory obudowy strużka leciała do messy, kambuza i nawigacyjnej. Bardzo szybko odbiliśmy od nadbrzeża. Gdy port został za rufą pompka elektryczna wypluła bardzo brzydką oleistą, długą plamę. Silnik nie był najmocniejszą stroną jachtu, w maszynowni regularnie zbierała się kałuża ropy. W czasie tego całego bałaganu Blanka zgubiła miskę. Zastopowałam Michała, trochę się zagalopował i chciał skakać misce na ratunek. To była porządna miska, nie tonęła. Wyłowiliśmy ją w trybie normalnym. Usuwanie ropy z wodą szło opornie, raz za razem coś wyrywało mnie na pokład. Fał grota zaklinował się podczas stawiania żagli. Michała wyraźnie rozpierała energia, polazł na maszt i naprawił usterkę. Zastanawiałam się co jeszcze tego dnia się wydarzy. Na szczęście końcówka była dużo spokojniejsza. Podsumowując o mało nie zatopiliśmy jachtu w porcie przy pirsie. Morze było kudłate, dmuchało spokojną piąteczką. Jak wydostaliśmy się zza osłony Susak w środku wszystko zatańczyło. Załoga dzielnie znosiła podskoki jachtu na niedużych przecież falach (jacht może i był regatowy ale do rejsów pełnomorskich trochę się nie nadawał) tylko Blanka niedomagała. Półwysep Istria wyłonił się zza horyzontu około 1600. W Puli byliśmy o 2100, udało się przed nocą. Pracownik Mariny już pokazywał gdzie mamy stanąć, przepłynęliśmy mu koło nosa kierując się do basenu miejskiego. Wcisnęliśmy się jachtem pomiędzy wycieczkowce. Nocna wyprawa do miasta. Koloseum w całej okazałości, dziedziniec muzeum archeologicznego, dwa łuki triumfalne, wszystko stare i doskonale zachowane. Tam naprawdę jest co podziwiać. Zrobiłam sobie prywatną wycieczkę, zawędrowałam na rynek otoczony kamieniczkami z widokiem na kawałek architektury w stylu greckim. Miasto spało, ulice były ciche, okna ciemne. Wśród sterty kamiennych zabytkowych budowli było pusto.

skocz do góry

Pula - Cres.

Do południa oglądaliśmy miasto w świetle dziennym niestety bez słońca. Padał deszcz w powietrzu wisiała mgiełka. Gdyby nie zbliżający się koniec rejsu chętnie zostalibyśmy na jeszcze jeden dzień. Opuściliśmy gościnną zatokę. Yugo wzburzył morze, halsowaliśmy aby wydostać się zza Istri. Blanka zaległa na koi o obiedzie nie było mowy. Dożywialiśmy się sucharkami i nutellą. To był mój debiut na tak małym jachcie, nieźle rzucało na falach, 2 - 3 metrowych, bardziej stromych niż na Bałtyku. Uspokoiło się gdy schowaliśmy się za wyspą Cres. Zmierzaliśmy do portu o tej samej nazwie. Wejście poprzedzone wąskim kanałem. Zbocza gór porośnięte drzewami, prawdziwymi soczyście zielonymi drzewami. Szczyty osnute mgłą wędrującą ławicami na dół. Właściwie przez góry przelewała się szara zasłona dymna, schodziła w doliny kilkoma odnogami zwężającymi się na końcu. Porcik jest mały. Do wewnętrznego basenu nie mamy szans się dostać, ciasno, pełno łodzi rybackich, nieliczne jachty stoją na środku na bojkach. Stajemy przy zewnętrznym pirsie. Tu dla odmiany po pustej Puli niesamowity klimat. Miasto wybitnie rybackie. Domki z białego kamienia, wąskie uliczki to już znamy. Na rynku targ, mają ryby ale kto wie czy jadalne. Jakieś czerwone nakrapiane, dziwne. Lepiej nie eksperymentujmy. Nocna wycieczka w kamienne labirynty. Dziwne chodząc wśród tych wszystkich miast i miasteczek nigdzie nie natrafiliśmy na ślady zamieszek wojennych, albo Chorwaci szybko usunęli ślady albo w północnej części kraju było spokojniej.

skocz do góry

Powrót do Malińskiej.

Od rana niespodzianka - słońce. Miasteczko nabiera innego wyrazu, jasnego, po białych ścianach gonią słoneczne refleksy. W morzu druga niespodzianka - delfiny, trzy pary. Przez piętnaście minut idą równolegle z nami. Wyciągamy stroje kąpielowe i okupujemy pokład. Załoga próbuje naciągnąć mnie na kąpiel pod malowniczą skałą ale jestem twarda nie daję się. Zresztą wariuje tam już jedna motorówa a my i oni to stanowczo za dużo jak na małą zatoczkę. Mijamy północny kraniec Cresu jeszcze dwie godziny i na horyzoncie wyłania się Malinska. Stajemy dokładnie w tym samym miejscu z którego wyruszaliśmy dwa tygodnie temu. Krótkie podsumowanie przebiega mi przez głowę - załoga cała, jacht cały, rejs udany. Jest dobrze. Wieczorem we czwórkę wypłynęliśmy pontonem namówieni przez Michała na kąpielisko. Tam było zimno i słono i były fale. Zrezygnowaliśmy. Obejrzeliśmy kartę dań w restauracji. Nie mogliśmy się zdecydować. Wróciłam na jacht piechotą a oni pontonem. Na wszelki wypadek, wolałam nie kusić losu. Michałowi głupie pomysły przychodzą do głowy. Zachciało mu się wykąpać kapitana. Zwiałam czym prędzej. Ostatnia impreza. Światełka pływające w misce z wodą robiły nastrój. Pieczołowicie otwierana ostatnia butelka wina - z całą pompą i zapleczem technicznym. Nie mieliśmy korkociągu. Śruba, nasadka, bocianki (kąbinerki z wąskimi i długimi szczypcami przypominającymi dziób bociana) podkładka, kamera. Toasty, trochę gitary, rozluźnienie. Raz jeszcze światła nocnej Rijeki na falochronie...

skocz do góry

Oddać w końcu komuś ten jacht.

Na oddanie jachtu byliśmy umówieni o 1000. Wysprzątaliśmy wnętrze, pokład, kingston i inne zakamarki. I czekamy. A człowieka nie ma. Po godzinie zaczęłam dzwonić, nikt nie odbiera. Pojechaliśmy z Tomkiem do siedziby Ziców. Nikogo nie ma w domu. Siedzieliśmy w samochodach i wściekaliśmy się. Czas ucieka a nam się śpieszy. O 1200 pojawił się Lucjan Zic. Przekazywanie jachtu wyglądało komicznie. Musiałam tłumaczyć Chorwatowi co jest co. Po kolei przerobiliśmy listę osprzętu. Nieźle się nagimnastykowałam. Na koniec pogawędka o Chorwacji, gość ma namiary na miejscowe jachty w stanie o niebo lepszym niż Pierrot, zaprasza za rok. Otrzymuję kaucję, ostatni rzut oka na port i w drogę.

skocz do góry

Białystok, sierpień 1998 r.  Beata Bogdanowicz