[morze] [zdjęcia]
Sukosan
Zbliżając się do portu w Sukosanie razem ze słońcem podnoszącym się nad horyzontem, oglądałam charakterystyczny dla tego rejonu krajobraz. Zielone gaje, malutki kościółek z białego kamienia za niskim również białym murem, otoczony cmentarnymi nagrobkami. Całość - biel i zieleń przecięta szarym pasem po którym mknęliśmy.
Zatrzymaliśmy się tuż przy brzegu płytkiej zatoki przed mariną. Na wprost główki portu - blady granat morza przechodzący w błękit nieba. Tak spokojnie, niemal bezszelestnie trwały: woda, powietrze, ląd zamknięty w kamienne obramowania brzegów. Nic dziwnego, pojawiliśmy się w Sukosanie bladym świtem, kiedy wszystko jeszcze spało - nawet morze...
Było zimno, przenikające na wskroś uczucie chłodu zniechęcało do dalszej obserwacji. Zmęczenie po 20 godzinnej jeździe - fizyczne i psychiczne sprawiało, że wróciliśmy do samochodów. Otuleni ciszą i śpiworami zasnęliśmy - pomimo ciasnoty i niewygody.
Słońce, gorąco, ciasno, uff wygrzebać się z auta - taka myśl pchała do przodu, choć pod powiekami piasek. Potężna dawka zmęczenia jeszcze nie wywietrzała z organizmu.
Tym razem dokładniej przywitałam się z wodą w zatoczce, nieprawdopodobnie przejrzysta, pieruńsko słona i wcale nie zimna. Tyle powiedziały oczy, dłonie i twarz. Słoneczne refleksy przemykające po leniwie kołyszącej się tafli strzelają po oczach.
Reszta też się wygrzebuje na powierzchnię, koniec ciszy - hałaśliwa gromadka. Spacer po marinie dobrze nam robi. Rozległe tereny wokół portu sprawiają, że przejście z jednej strony na przeciwną zajmuje ponad pół godziny. Rudniarz wyciąga plan dostarczony przez armatora, oglądamy jachty przy dwóch sąsiednich pomostach, nie widać żadnych SAS'ów (SAS 39 typ jachtu), może jeszcze nie przypłynęły? Odbiór łódki zaczyna się o 1700 więc bez pośpiechu. Po przeciwnej stronie chodnika okrążającego pirs są parkingi, budynki licznych firm czarterowych i sanitariaty.
Potem jedziemy zobaczyć stare miasto Zadaru, biały labirynt. Na targu miejskim uzupełniamy brakujący prowiant, warzywa, owoce. Po południu sadowimy się w knajpie tuż obok mariny. Zamawiamy obiad. Jedni rzucają się na egzotyczne chorwackie potrawy, inni wręcz przeciwnie - proszą o pizzę albo spaghetti. W trakcie posiłku zjawia się załoga sąsiedniej łódki: Michał, Ania, Ela i Darek. Niedawno pojawili się w Sukosanie i już zdążyli odwiedzić plażę. Takim to dobrze, myśmy przyjechali z zamiarem pływania, zwiedzania i odpoczywania, a oni mieli odpoczywać, zwiedzać i pływać.
O 1600 zaczęliśmy przejmować jacht - s/y Oblak typ SAS 39 od Adriatic Charter z Sukosanu. Łódka wyglądała sympatycznie ale opiekuna miała fatalnego. Ale nie uprzedzając faktów, zaczęło się spokojnie. Sprawdzanie wyposażenia z listą w ręku. Żagle - genua w porządku, grot coś nie chce iść (na rolerze, chowany do masztu). Okazało się, że trzeba ręcznie pociągnąć za róg żagla, wtedy pokazał się cały, nawet ładny.
Prosimy o wyjaśnienie do czego służą kolejne liny przy knagach zaciskowych. Te do grota, tamte do genuy a reszty nie używajcie, nie potrzebujecie ich. Słowem: słuchajcie głupole co mówię i nie zadawajcie niepotrzebnych pytań. Tak to mniej więcej odebraliśmy. Potem był pokaz działania windy kotwicznej, na nasze życzenie - w Grecji mieliśmy same kłopoty z windą. No i powtórka z rozrywki. Pracownik ACI tłumaczy nam, że do opuszczania kotwicy nie potrzebujemy windy elektrycznej - można to zrobić ręcznie. Brak prowadnicy łańcucha powoduje problemy z wydawaniem ogniw, przy ruchu przeciwnym jest w porządku. Jakoś przełknęliśmy ten feler. Silnik w porządku chodzi. Kolejna pozycja na liście - GPS, z ujmującym uśmiechem ACI tłumaczy, że GPS'ów już nie ma. We wstępnych ustaleniach było, że firma na życzenie zapewnia GPS'a. Miałam prywatnego ale powoli zaczynała nas ogarniać wściekłość... Kolejny punkt: czerwone rakiety sygnałowe - przeterminowane. I znowu tłumaczenia, nie ma innych rakiet. Tym razem nie dajemy się tak łatwo zbyć, prowadzimy dyskusję. W końcu zatroskany ACI mówi żebyśmy się tak tym nie martwili. W razie jakiejś kontroli to jest ich zmartwienie, że rakiety nie są ważne. Traktuje nas jak idiotów. Rudniarz nie wytrzymał i wypalił: nic nas nie obchodzi kontrola, potrzebujemy ważnych rakiet dla własnego bezpieczeństwa, gdyby się coś stało to co wystrzelimy?! Flagi MKS - brak, próbuję wyegzekwować obecność flag na pokładzie - bezskutecznie - nie ma. U Michała trochę inna atmosfera na jachcie, też mają trochę usterek ale opiekun jachtu przyjemniejszy, nie taki olewus jak u nas.
Zaczynamy od nowa, przyciskamy tą naszą glizdę do muru, tak aby nie mogła się wykręcić i wyciskamy: ważne rakiety, GPS'a. Flag MKS'u nie udaje się zdobyć ale nie są znowu tak ważne. Sprawdzamy wanty - jedna jest niezabezpieczona, pozostałe są zabezpieczone sznurem przed rozkręceniem. Na naszą prośbę zabezpieczenia wanty glizda stwierdza, że nie potrzebujemy tego. Machnęliśmy ręką, to akurat możemy zrobić sami.
Potem długa i męcząca seria wydobywania różnych drobnych rzeczy: krawatów, baterii do pławki świetlnej. Juzingu i igły nie udało się wydobyć. Na szczęście glizda gdzieś znika i pojawia się inny pracownik z którym współpraca jest łatwiejsza, po prostu donosi brakujące rzeczy. Przejmowanie jachtu wspominam bardzo nieprzyjemnie, firma Adriatic Charter bardzo dużo straciła w moich oczach przez owego pracownika. Z perspektywy widzę, że trzeba było od razu poprosić o innego człowieka.
Pierwszy młyn za nami. Jacht nie jest najgorszy, trochę przechodzony ale ma 8 lat więc to normalne. Kilka drobnych usterek, do usunięcia, jak najbardziej, tylko reprezentacja osobowa ACI wątpliwej jakości, mocno trącąca leniem i brakiem solidności - takie zgniłe jajo. Słyszałam wcześniej, że firma nie jest najlepsza, mówił o tym polski pośrednik załatwiający czarter i znajomy pływający przed nami. I faktycznie nie jest ale nam się trafił skrajny przypadek, słowem nie polecam Adriatic Charter z Sukosanu.
Noc mija spokojnie, zmęczeni podróżą i przejmowaniem jachtu i przeładowywaniem bagażu, zasypiamy kamiennym snem.
W niedzielę rano kończymy sprawdzanie jachtu i odkrywamy rozchwianie kosza dziobowego, przy okazji samodzielnej próby windy kotwicznej. Wołamy pracownika (innego, tego 'naszego' unikamy jak ognia) i raz jeszcze pytamy o windę i o kosz. Windę można naprawić, kosz też ale nie dzisiaj. Dziś jest niedziela i już zamykają warsztat. Jeżeli chcemy możemy poczekać do jutra, na pytanie ile to potrwa i kiedy zaczną naprawę, kręcenie głową - może do południa, może trochę wcześniej, trudno powiedzieć. Przeprowadzamy naradę wojenną, kosz jest tak rozchwiany, że desant (potoczna nazwa osoby wyskakującej na keję podczas cumowania jachtu) nie będzie mógł go używać. W Chorwacji "parkuje" się głównie rufą - w marinach i longsaid w portach miejskich. Przy małej ilości miejsca podczas podchodzenia longsaid, trzeba najeżdżać dziobem i z kosza dziobowego musi skakać desant, a jak tu skakać skoro brak pewnego punktu podparcia. Decydujemy się na przeprowadzenie naprawy. W tym momencie mamy dzień do tyłu bo musimy w Sukosanie być w poniedziałek rano.
Czym prędzej ruszamy na wodę jeżeli nie możemy ruszyć na szlak to chociaż popływamy, pokręcimy się w okolicy. Przed nami główki portu minął s/y Yugo z zaprzyjaźnioną załogą, oni ruszają na południe, żegnamy się i obiecujemy jutro dołączyć do nich. Płyniemy na północ "pod wiatr". Halsujemy w górę kanału Zadarskiego, wieje ładna czwóreczka, oswajamy się z jachtem i jego możliwościami. Mijamy Zadar, jeszcze parę zwrotów i odpadamy na kurs powrotny. Zaczyna zmierzchać jak mijamy główki i stajemy przy kei. Nie jesteśmy sami, obok trzy inne SAS'y - czyżby też z usterkami?
Sukosan - Tijat
O 0830 zaczynamy się niepokoić, czy ktoś wreszcie przyjdzie, czy nie przeciągną naprawy tak, że drugi dzień też będziemy mieć zmarnowany? Zaraz potem pojawiają się fachowcy, najpierw naprawiają windę, dokręcają prowadnicę łańcucha i wszystko pięknie chodzi. Na kosz zaczaili się ze spawarką, przyspawali prawe mocowanie, kosz dalej chodzi, już nie tak strasznie jak poprzednio ale dobry to on nie jest. Potem wypatrzyliśmy przyczynę - pęknięcie schowane za drewniana ławeczką. Pluję sobie w brodę - trzeba było dokładnie sprawdzić. Wyłapać wszystkie pęknięcia, pokazać palcem to może naprawa byłaby skuteczniejsza. Coraz gorsze zdanie mam o tamtejszych "fachowcach". Odwalają chałturę że hej! A myślałam, że to tylko w Polsce w dawnych czasach, odwalało się chałtury. A nie o proszę, w takiej Chorwacji też to potrafią, a przynajmniej w Adriatic Charter z Sukosanu.
Przynajmniej windę kotwiczna mamy sprawną, nie żal tak zmarnowanego dnia. O 1100 ruszamy na szlak, na południe - gonimy Michała. Gonimy to duże słowo bo wieje 2 Beauforta w porywach. Słońce, piękne błękitne niebo, spokojne oleistogranatowe morze i kawałek ciekawego przejścia: cieśninki pomiędzy archipelagiem wysp. Gdy wychodzimy na szersze wody zaczyna się rozdmuchiwać. Klaruje się bardzo ładna żeglarska pogoda, cztery w porywach do pięciu, fale i pierwsze oznaki choroby morskiej. Daria mięknie i po paru chwilach mamy panią prezes. Lila jest zadowolona, jej na razie nie rusza. Reszta znosi takie umiarkowane falowanie dobrze. Daria też się otrząsa i zaczyna przejawiać oznaki życia. Na początku nieśmiałe, później rozbestwia się coraz bardziej i żąda sucharka! Pierwsze lody przełamane.
A widoki wokół naprawdę ciekawe. Z morza wyrastają kolejne wysepki Kornatów, kamieniste, pokryte wełnistą poskręcaną roślinnością, szarość miesza się z zielenią i zdecydowanie odcina od granatu. Powietrze jest przejrzyste i pachnie słońcem. Na pokładzie sielanka, sypialnia, czytelnia, jadalnia. Kontaktujemy się z Michałem, zatrzymał się w zatoczce na wyspie Tijat. Dopływamy tam ze zmierzchem.
Kotwiczymy obok, manewry kończą się podaniem cum na s/y Yugo. Mamy teraz zwiększoną powierzchnię spacerową. I działa UKF-ka, jeżeli jesteśmy w zasięgu wzroku to możemy porozmawiać za pośrednictwem radia w innym przypadku nic z tego. Przez cały rejs próbowałam odebrać prognozę pogody, na próżno.
Wieczorem u nas przyjmujemy gości. Moja załoga dostaje głupawki, zachowują się hałaśliwie i głośno. Tak bardzo zajęci są sobą, że nie dają dojść do słowa załodze z sąsiedniej łódki. Trochę mi się nieswojo zrobiło, nawet nie przestali rozrabiać gdy Ela zaczęła grać na gitarze.
Odmienne klimaty, Michał miał na pokładzie dziecko a ja miałam przedszkole. Zdaje się, że wspólne biesiady nie mają sensu. Zresztą i tak nie będziemy pływać razem bo Michał nie chce forsować załogi, namawia mnie na zwolnienie tępa i poruszanie się żabimi skokami razem z nim. Jak organizowaliśmy rejs umawialiśmy się na wspólne pływanie. Ale dla mnie pływanie to przede wszystkim pływanie, potem zwiedzanie. A odpoczywać i leniuchować stojąc w zatoczkach to nie jest to co niedźwiedzie lubią najbardziej. Ustalamy że każdy płynie swoim tempem a w drodze powrotnej zdzwonimy się i spotkamy.
Tijat - Solta
Jeszcze przed świtem budzę Rudniarza i Lilę - wachtę służbową, oddajemy cumy, wybieramy kotwicę. Machamy na pożegnanie Eli wylegujacej się w kokpicie i Majce wystawiającej głowę przez luk, ze swojej małżeńskiej enklawy w kabinie dziobowej.
Słońce wstaje gdy opuszczamy zatokę. Mijamy jakieś pancerne statki śpieszące na NATO'wskie ćwiczenia na Adriatyku, śmigłowce. Na szczęście poruszamy się poza obszarem ćwiczeń , dostaliśmy współrzędne terenu zamkniętego na parę dni wraz z prognozą pogody jeszcze w marinie. Kierujemy się na południe, ok. 1700 cumujemy w małym porcie na wyspie... Podczas manewrów nieprzyjemny zgrzyt, pracownik portu - pewnie dzierżawca, przeciąga nasze cumy chcąc nas ustawić na stanowisku obok. Bardzo mi się to nie podoba, jacht niemal uderza w nabrzeże. Zwracam mu uwagę aby nie szarpał naszych cum, sami przestawimy jacht. Wywołuje to serię szybko wyrzucanych po sobie zdań. Sens ogólny jest mniej więcej taki: to mój port i ja tu rządzę. Postanawiamy wynieść się jak najszybciej. Na wiadomość, że stanęliśmy tylko dla uzupełnienia zapasów wody "szef portu" robi się jeszcze bardziej nieprzyjemny. Daje nam godzinę na wyniesienie się.
Jedni tankują wodę, inni uzupełniają zapasy żywności w sklepiku - drogo jak to na wyspach. Przed 1800 opuszczamy niegościnny port - pierwszy raz zdarzyło mi się spotkać nieprzyjemnego tubylca, zdaje się, że magia pieniądza dotarła i tu. Traktowanie żeglarzy jak skarbonki z pieniędzmi, które należy jak najściślej poupychać aby jak największa ilość zmieściła się w porcie dotychczas zdarzało się w niektórych marinach, nigdy w portach miejskich. Może dlatego, że te porty stanowiły własność miasta i pracownik obsługujący nie miał bezpośredniej korzyści z przypływających...
Planujemy nocny przelot, obieramy kurs na Korculę, niestety spokojny stały wiatr wzmaga się i przychodzą serie mocniejszych podmuchów, morze się kudłaci. Daria zaczyna chorować, płyniemy ostrymi kursami, zastanawiam się czy płynąć dalej czy zawrócić i stanąć w jakiejś zacisznej zatoczce. Zwycięża asekuranctwo, nie chce mi się dyżurować przez całą noc, nie mam także aktualnej prognozy pogody, UKF-ka jest do niczego. Zawracamy, na mapie wyszukujemy najbliższą zatoczkę o takim ukształtowaniu, że zapewni częściową osłonę przed wiatrem. Zmrok zapada szybko, robi się ciemno. Zanim osiągamy brzeg jest czarno. Kierujemy się według waypointów ustawionych w GPS-ie, gdyby nie zminimalizowanie różnicy przekłamania z ok. 100 m do 10 m, nasze przedsięwzięcie byłoby szaleństwem - i tak czuję dreszczyk emocji na karku. Ta zatoczka nie jest za duża, po wejściu w gardziel lądu GPS wariuje i wskazuje sprzeczne kierunki. Poruszamy się powoli do przodu oświetlając latarkami otoczenie. Jak bardzo brakuje mi potężnego szperacza (podczas pierwszego rejsu po Adriatyku - północna i środkowa Chorwacja mieliśmy taki na pokładzie), latarki są cienkie i rzucają słabiutki snop światła na odległość góra 5 - 10 m.
Udaje się szczęśliwie wpłynąć w wąską odnogę zatoki. Skały wspinają się pionowo. Stajemy na dwóch kotwicach: jedna z dziobu druga z rufy, ustala to trochę jacht. Myszkowanie pod wpływem przedzierających się górą podmuchów mogłoby skończyć się niebezpiecznie, skały są zaledwie 10 - 15 m od obu burt.
Noc jest spokojna, trzymamy kolejno wachty kotwiczne. Moja wypada tuż przed świtem. Pięknie grają cykady. Wrażenie jest niesamowite, dźwięk wznosi się z różnych poziomów i krzyżuje nad głową. Owady zasiadły w tej skalnej szczelinie jak w operze - od góry do dołu i koncertują. Jeden okaz przedostał się nawet na jacht i przez cały rejs nadawał nocami.
Solta - Korcula
Razem ze świtem opuszczamy schronienie, wiatr nie zmienił kierunku, ostro suniemy do zewnętrznych wysp archipelagu. Pogoda wymarzona - słońce, wiatr i kilka chmurek. Morze pofalowane, jacht podskakuje w rytm biegnących fal. Siedzę na śródokręciu oparta o maszt plecami i obserwuję baby sztag trzymający się na włosku - dzień wcześniej odkryłam, że śruby mocujące go do pokładu są zniszczone, jedna ścięta, druga poważnie nadwyrężona. Kwestią czasu jest zerwanie ostatnich więzów. Trafił nam się jacht z mnóstwem usterek, których wyłapanie z samego początku jest prawie niemożliwe, widać, że opiekun nie dba o niego zupełnie.
Wiatr gaśnie pod koniec dnia i zmienia kierunek na NW - czysty fordewind. Rozpinamy genuę na spinakerbomie. Przy okazji jeszcze raz mogę podkreślić przydatność tego bezużytecznego żelastwa - po co nam spinakerbom bez spinakera??? na takie pytania załogi zatroskanej o wolną przestrzeń pokładu podczas przejmowania jachtu, odpowiadałam, że przyda się podczas rejsu.
Za rufą modelowy zachód słońca - zapowiada się spokojna i leniwa noc, Zefir przynosi coraz lżejsze podmuchy.
Wykorzystując idealne warunki ćwiczymy określanie pozycji obserwowanej, z dwóch jednoczesnych namiarów na dwa punkty, z dwóch różnych namiarów na jeden punkt. Atmosfera robi się senna.
Wstaję na rekonesans nocny, Jacek pyta czy to normalne, że zgasło światło na rufie. Zaczynam się szybciej ruszać, wyciągam Rudniarza z nawigacyjnej gdzie odbiera wachtę od Tomka. Próbujemy zlokalizować usterkę.
Na instalacji jest zwarcie, światło dziobowe to jeden wielki bubel. Pod wpływem przegrzania wytopił się plastik z oprawki powodując zwarcie. Męczymy się z tym ponad pół godziny. Rudniarz mocuje zastępczą izolację, wypowiadając przy tym bardzo niepochlebne opinie o producencie i armatorze. Po przygodzie ze światełkami znowu robi się leniwie. Jacek bierze drugą wachtę pod rząd za Lilę, prosi żeby porozmawiać z nim bo boi się, że zaśnie. Rudniarz gimnastykuje się nad mapą a my prowadzimy interesującą rozmowę na różne tematy.
Przed świtem wyłażę na pokład, Grześ domaga się odpalenia silnika i ruszenia do przodu. Totalna flauta wokół, czekamy na słońce, nie chcę zakłócać warkotem disel'a tego cudownego, bezwietrznego i tak nierealnego przez to poranka. Z szaro - pastelowych smug wyłaniają się ostro spadziste brzegi wysp, nad nami skała. Mam nadzieję, że pokaże się zza niej choć skrawek ognistego kręgu. Nic z tego coraz przejrzyściej a słońca nie widać. Odpalamy silnik i wypływamy z chłodnego cienia na słoneczną równinę.
Około 0900 dopływamy do cypla na którym usadowiła się Korcula. Stajemy w marinie. Miasteczko jest przepiękne. Przeznaczamy cały dzień i noc na zwiedzanie. Pływanie poza sezonem ma swoje niewątpliwe zalety: brak tłoku w marinach, nie ma chmary turystów na uliczkach miast, upał nie jest tak dokuczliwy jak w środku lata, no i ceny łagodnieją.
Korcula to rodzinne miasto Marco Polo. Podczas spaceru starówką odwiedzamy dom słynnego podróżnika. Generalnie nic ciekawego, parę rycin bynajmniej nie zabytkowych, krótki opis dziejów Marco Polo, puste zagruzowane wnętrze budynku bez dachu i wieża z której można obejrzeć panoramę miasteczka. Ale całość sprawia sympatyczne wrażenie dzięki słonecznej pogodzie. Obchodzimy dookoła starówkę podziwiając charakterystyczne białe budynki, uliczki, zieleń drzew i krzewów na tle morskiego granatu.
Nieopodal w parku jest stara wieża, wykorzystywana obecnie przez operatorów telefonii komórkowej - takie rozpoznanie uczynił Robcio fachowiec przecież w tej branży. Ze szczytu widok przepiękny, na cały cypel i okoliczne małe wysepki.
Przedobiadek na świeżym powietrzu, rozpoznajemy lokalną kuchnię, głównie mięsa przyrządzone na tutejszy sposób z frytkami i surówkami do tego wino stołowe. Potem lampka wina albo kufel piwa - zależnie od preferencji w kafejce tuż przy portowym nabrzeżu. Dobrze jest czasami poleniuchować.
Nocą miasteczko przepięknie oświetlone. Zupełnie odmienne wrażenie, półmrok i ostre cienie w zaułkach dodają tajemniczości temu przepięknemu miejscu - naprawdę warto tam zajrzeć.
Korcula - Hvar
Z poranną szarówką ruszamy dalej. Małe potkniecie podczas manewrów portowych, za późno oddana tonąca lina na dziobie sprawia, że z przerażeniem obserwuje za rufą linę pod kadłubem tuż przy sterze. Mam uraz na tym punkcie. Kiedyś zaplątaliśmy się w takie świństwo, lina nie tonęła i mimo uważnego prowadzenia i odrzucenia wkręciła nam się w śrubę. Chciałabym uniknąć takich przygód dlatego szczególny nacisk położyłam na wytłumaczenie wagi odpowiedniego zwolnienia liny na dziobie. Coś tam jednak nie wyszło - tak to bywa, na szczęście natychmiastowe wrzucenie luzu pozwala uniknąć zaplątania się liny w śrubę.
Wiatr wieje z południa, zamierzamy opłynąć wyspę od pełnego morza, ostro halsujemy w przesmyku. Po nabraniu wysokości odkładamy się na właściwy kurs, płyniemy wzdłuż brzegu.
Rozwiewa się jugo, jachtem rzuca na wszystkie strony, taki urok baksztagowych kursów. Lila choruje, reszta jakoś się trzyma. Skończył się nam gaz w butli... nie będzie ciepłego posiłku. Pod wieczór osiągamy port Hvar. Mimo osłony z południowego-zachodu do potru wchodzi nieprzyjemna fala przybojowa. Ustawiamy się longsaid przy pirsie ale duża amplituda skoków jachtu staje się niebezpieczna. Przestawiamy jacht cumując rufą na kotwicy z dziobu. Dokładamy jeszcze drugą kotwicę z dziobu i odsuwamy się od kamiennego nabrzeża. Fala za bardzo wozi jachtem, boję się, że możemy uszkodzić rufę przy takim rozkołysie. Oczywiście natychmiast seria kpin i docinków, że trzeba po cumie skakać na ląd. Zdążyłam się do tego przyzwyczaić - taki klimat, ja muszę dbać o bezpieczeństwo jachtu a załoga chce jak najbardziej komfortowo dostać się na ląd.
Dopytujemy się o prognozy w biurze turystycznym, nie mają dokładnej, wskazują nam kapitanat portu po drugiej stronie basenu. Nie do wiary, kapitanat nie ma prognozy, usiłujemy tłumaczyć, że mamy zepsutą UKF-kę i potrzebujemy prognozy na jutro. Jakiś taki mało kontaktowy funkcjonariusz, świeżo po szkole, przeprasza ale nie ma prognozy. Oni też nie maja radia a prognozę dostają telefonicznie. Bardzo dziwne - pierwszy raz słyszę, żeby w kapitanacie portu nie mieli prognozy a tym bardziej radia...
Zostawiamy tą sprawę, spróbujemy rano. Trafiamy do sympatycznej tawerny. Zajmujemy miejsca w pierwszej sali, która sprawia dziwne wrażenie, dopiero po chwili odkrywamy że nie ma dachu, widać mur sąsiedniego budynku i kawałek nieba. Zamawiamy pizze, różnego rodzaju i piwo beczkowe w oszronionych kuflach oraz inne napoje niealkoholowe. Nareszcie coś ciepłego, organizm przyjemnie się odpręża, tylko ostre podmuchy wdzierające się w przestrzeń pomiędzy budynkami - wysokimi, przecież trochę niepokoją. Noc jest ciepła i cicha przynajmniej wśród budynków. W porcie zza gór spadają ostre podmuchy, jachtem kiwa jak na rodeo, rozbrykane fale robią za byka. Luzujemy cumy odstawiając jacht bezpiecznie daleko od brzegu, na środku jest trochę spokojniej. Obserwuję rybackie łódki, układające się ukośnie do fali wędrującej wzdłuż nabrzeża, stoją na dwóch dziobowych i dwóch rufowych cumach, odstawione od brzegu na bezpieczną odległość.
Nasz jacht układa się podobnie, pomagam odpowiednim ułożeniem cum osiągnąć ten sam kąt. Po drugiej stronie portu jakiś jacht ma problemy, odrywają się od nabrzeża i kotwiczą na środku. Spokojna noc to to nie jest, rzuca okrutnie.
Hvar - Split
Rano czekamy na prognozę pogody, chcę jak najszybciej zwiać z tego portu. Jak przyjdzie sztorm to będziemy uziemieni tutaj, bez gazu jesteśmy skazani na żywienie w knajpach. Dzwonimy ponownie do mariny ACI, jest prognoza, prędkość wiatru ma osiągać do 33 węzłów. Szybko zwijamy się i wychodzimy zza wyspy. Morze jest szare i pofalowane, co jak co ale 33 węzły to to na pewno nie jest, wieje 8 w porywach do 9 stopni Beauforta. Znaczy sztorm. Na szczęście przy kursie do Splitu mamy wiatr od rufy - baksztag. Jak już siedzieć w porcie to przynajmniej w dużym, no i gaz do butli. Suniemy na kawałeczku grota i skrawku foka.
Szybko dochodzimy do Splitu. Jest naprawdę paskudnie, ciemne chmury, szare poorane morze, wzmagające się podmuchy wiatru, co żyje ciągnie do portu.
Po wjechaniu w głóki portu, falowanie trochę ucichło i wiatr zelżał. Stanęliśmy w marinie ACI, po zawietrznej. Podwójne solidne cumy wyprężały się w takt bujanego przez wiatr jachtu (staliśmy przy ostatnim od falochronu pirsie). Na falochronie niesamowity widok, fale zalewające główki, silny wiatr i rozkołysany morski żywioł. Przyjemnie popatrzeć zwłaszcza, że ze stałego lądu a nie ze środka kipieli. Prognozy podawały, że siła wiatru dochodziła do 55 węzłów. Trafiła się taka trzydniówka. Na szczęście w Splicie jest co oglądać, nie marnowaliśmy czasu, kiwając się w malutkim porciku. Wspaniałe Stare Miasto, kompleks kościelny, pałac Dioklecjana.
Wyprawa po gaz do butli to osobna historia. Odnalezienie dworca autobusowego zajęło sporo czasu, potem podróż autobusem. Plin - potężne państwowe zakłady były już nieczynne. Czekamy na powrotny autobus, wysiadamy po drodze przy stacji widząć napis PLIN (to po Chorwacku gaz) może na stacji można nabić butlę - niestety to nie Polska, tam się butle nabija tylko w odpowiednich zakładach. Następny autobus - konduktor poznaje nas z kursu w tamtą stronę. Nieopatrznie spytaliśmy gdzie należy wysiąść aby trafic do zakładu z gazem i odmawia wpuszczenia do autobusu pokazując na butlę. Niech to wszystko... żeby ona była chociaż pełna, nie chce słuchać naszych wyjaśnień, że mamy pustą butlę. No robię się naprawdę zła. Wędrujemy pieszo do następnego przystanku, kolejny autobus nie przyjeżdża przez 40 minut. Zaczynamy się zastanawiać czy jeszcze coś jeździ bo na przystanku brak informacji, rozkładu jazdy i czy to jest przystanek. Wygląda jak przystanek ale poprzednie miejsca, w których zatrzymywał się autobus wcale nie były oznaczone, po prostu stawał na rogu ulicy i wypuszczał ludzi... Bardzo nam się to nie podoba.
Wracamy do mariny już po zmroku. W tawernie pełno, reszta naszej załogi pałaszuje obiad. Zdobywamy dodatkowe dwa krzesła i zamawiamy małe co-nie-co.
W porcie upiorna atmosfera. Wiatr gwiżdże i zawodzi, bomy i różne części jachtów wydają dźwięk podobny do pomruku pokutujących w piekle dusz. Las masztów wznoszący się wokoło, dodatkowo podkreśla wrażenie jakiegoś wymarłego cmentarzyska z krzyżami albo upiornego cmentarzyska zeschłych bezlistnych kikutów drzew.
Na morzu szaleje sztorm, w porcie zawodzenie, na główkach przelewające się bałwany morskich fal. Na starówce całkiem odmienne klimaty. Stare Miasto osłonięte jest murami zewnętrznych budynków od portu i od morza. Wśród labiryntu uliczek jest cicho, ciepło, miasto tętni życiem. Turyści przelewają się wesołymi falami przez rynek i deptak. W wąskich uliczkach mam wrażenie, że trafiłam do mrowiska.
Lokujemy się w bardzo dostojnie wyglądającej restauracji, jedzenie jest smaczne a wino doskonałe. Wszystko w umiarkowanych cenach, zupełnie nie pasujących do takiego miejsca. Ciężkie drewniane stoły, białe obrusy, kratka z leżakującym winem.
Jedyny minus tego wszystkiego to duża odległość, którą trzeba pokonać do mariny na jacht - do 30 minut. Po drodze wzdłuż basenu portowego deptak z ławeczkami. Trzeba być czujnym bo co raz, bardziej energiczna fala wbiega na stromy brzeg i bryzgami przedostaje się dalej, aż do siedzących. Wydaje się, że woda w osłoniętym przecież porcie powinna być spokojniejsza. W szerokie główki z rozpędem wjeżdżają fale, pędzone wiatrem aż do krańców portu. W marinie odwrotnie, falochron uspokaja wodę ale wprost znad morza wpadają podmuchy wiatru zawodząc, jak gdyby ktoś grał na upiornych piszczałkach nagich masztów... Nastrój niesamowitego, wymarłego lasu, wynurzający się z półmroku skąpo rozstawionych latarni.
Z trudem można otworzyć drzwi do przyportowej knajpy, umieszczonej tuż przy falochronie. Wyjście na murek w głąb morza, tam gdzie na zielono błyska latarnia jest bardzo wyrazistym przeżyciem. Po pierwsze wiatr zdmuchuje wszystko, fale przelewają się przez wysoki na parę metrów beton. Tam na końcu to już jest całkiem ciemno. Z pewnym dreszczykiem myślę co by było gdyby zdmuchnęło kogoś. Bez szans, zostałby rozsmarowany na falochronie.
Split - Trogir
Dziś chcemy wyjść z portu, tęskno nam do morza, które uspokoiło się znacznie. Niestety wciąż wisi sprawa nie załatwionego gazu do butli. Rudniarz z Tomkiem ruszają jeszcze raz do zakładu gazowniczego na peryferie miasta. Nie do wiary, że tyle problemu można mieć z tak prostą sprawą jak nabicie butli. Parę lat temu w Mali Losinij - małym przecież porcie w porównaniu ze Splitem, nie mieliśmy takich problemów. Do 1400 musimy wypłynąć bo zapłacimy kolejną opłatę portową.
Na szczęście oswojona już trasa po gaz tym razem daje efekty. Około 1300 ruszamy w morze. Obieramy kurs na niedaleki Trogir. Wiaterek wieje ładnie 4 do 5 stopni Beauforta. Trasa jest krótka, mamy czas, po drodze ćwiczymy różne manewry. Każdy może spróbować podejścia do człowieka za burtą. Ładnie wychodzi manewr monachijski, czyli po wypadnięciu człowieka ustawia się jacht w dryf i dryfując dochodzi do człowieka. Wyławiamy z morza przy okazji, parę plastikowych butelek i reklamówek. Zaczyna zmierzchać kiedy kończymy halsówkę w głębi zatoki. Cumujemy na chwilę przed zapadnięciem ciemności. Zwyczajowe kłopoty z podłączeniem do prądu, mamy jakąś nietypową wtyczkę, nie pod względem kształtu bo pasuje idealnie. Ale nie w każdym porcie chce ładować.
Trogir jest uroczym miasteczkiem, Starówka umieszczona na wysepce pomiędzy dwoma połaciami lądu, sprawia sympatyczne wrażenie. Taka gęsto zabudowana przestrzeń powycinana wąskimi uliczkami, gładkie białe kamienie wyślizgane licznymi stopami odbijają żółtawe światło latarń. Co kilkanaście metrów restauracje, tawerny i kelnerzy zachwalający lokale. Całkiem jak w Atenach na Place.
Trogir - Komiża
Nad ranem spadła ulewa. Zamknęliśmy szczelnie wszystkie luki i zejściówki. Dobrze było w koi spokojnie i sucho a za jachtem prawdziwy potop. Skoro świt jeszcze rzut oka na Trogir i katedrę. Dla pozostałych na jachcie śpiochów kupujemy świeże pączki - jeszcze cieplutkie, prosto z ciastkarni. Ruszamy razem z szybko wschodzącym słońcem, na morze. Po wyjściu z paszczy zatoki kierujemy się na Bisewo - malutką skalistą wysepkę, kryjącą w swoim wnętrzu jaskinię. Podobno jeżeli wpłynie się do niej przed południem, morze odbija słoneczne refleksy po ścianach, prawdziwe widowisko. Piszę podobno bo nie udało się, może następnym razem.
Oczywiście jachtem wpłynąć do niej nie można - jacht trzeba zostawić na kotwicowisku opodal i przesiąść się na ponton.
Niebo było podzielone na paskudnie zachmurzone i całkiem letnie, błękitne z delikatnymi cirruskami. A granica podziału przebiegała nad naszymi głowami, mniej więcej. Spoglądaliśmy w górę, zastanawiając się w którą stronę powędrują chmurzyska. Niestety powędrowały nie w tą. Zamykając słoneczny, letni Adriatyk pod ołowianym kloszem. Wyspa Brac, Hvar były spowite mglistymi oparami. Od czasu do czasu przemykał się w ich pobliżu biały a raczej szarawy żagielek. Tego dnia po niebie przebiegło całe stado różnej maści chmur. Zaczęło się rozwiewać. W oddali zza wysp coś ciągnęło. Jakiś Newerin (czyli popularnie szkwały burzowe). Rudniarz spytał czy będzie mocniej wiało, pokiwałam głową. Zarefowaliśmy żagle. Po raz pierwszy nałożyłam komplet sztormiaka - spodnie, kurtkę i kaloszki. Akurat nadeszła zmiana wacht, zostałam z Rudniarzem i Lilą na pokładzie, reszta schowała się w środku. Wrażenie było niesamowite, daleko na horyzoncie pojawiło się jaśniejsze pasmo na morzu i zbliżało się w naszą stronę. Ocho, będzie wiało i lało - pomyślałam. Trwało to niedługo, szybko szło, cokolwiek to było. U nas burzowe chmury potrafią i z pół godziny nadciągać. W jednej chwili fale zostały dosłownie zdmuchnięte, wypłaszczone, jacht pochylił się pod naporem wiatru, zredukowana powierzchnia żagli sprawiła, że odbyło się to całkiem spokojnie, jakby nas coś przygięło do wody i tak trzymało, po prostu. Za wiatrem pojawił się deszcz. Morze wokół z szaro-burego stało się jasno-zielone, taką spłowiałą odrobinę świetlistą zielenią. Cały czas zastanawiam się jak to się stało, że nagle zgasły fale, nie były jakieś specjalnie duże, ot 1,5 m zaledwie. I momentalnie morze wypłaszczyło się, jacht przestał kiwać się, pochylił się pod naporem wiatru i tyle.
Trwało to może 20 - 25 minut. Zaraz za tym jaśniejszym pasmem morza i deszczu przyszło słońce, na chwilę zdechło zupełnie. Potem znowu zaczęło się rozdmuchiwać i falować. Mimo, że byliśmy niedaleko od Bisewa - zmieniliśmy plany. Było już grubo po południu, fale stawały się coraz większe. I wiało SE czyli dokładnie z kierunku w którym szliśmy. Obraliśmy kurs na sąsiednią wyspę Vis i port Komiża. Wiało 6 do 7 i z tym wiaterkiem powinniśmy ładnie doskoczyć do wyspy, niestety spiętrzona fala, która wchodziła z otwartego morza skutecznie utrudniała nam zadanie. Halsowaliśmy i halsowaliśmy, wiaterek wzmagał się, fale wchodziły na pokład zlewając wszystko paskudnie słoną wodą. No nijak się nie dało płynąć ostro na wiatr. Cięliśmy morze jak te oracze, przez głębokie bruzdy. W środku jachtu pojawił się nieprzyjemny odgłos pudła rezonansowego, cały kadłub trzeszczał i drgał uderzany taranem fal.
Jak ja tego nie lubię, czuję się wtedy jak w środku gitary. Poprawiłam strategię halsową Rudniarza, pochylonego nad mapą. Hals niekorzystny czyli ciągnący w otwarte morze trzymać jak najkrócej a skupić się na halsie przybliżającym nas do lądu. Piotrek miał okazję do nauki na tym rejsie, funkcja I oficera pozwalała zająć się strategią i manewrowaniem. A ponieważ według mojej oceny Rudniarz to dobry materiał na skippera, starałam się pozostawiać mu jak najwięcej swobody. Uważam, że prowadząc taki rejs należy dać szansę - w miarę możliwości oczywiście - ludziom, którzy mają ku temu chęci i zdolności na zdobycie doświadczenia. A doświadczenie tak naprawdę zdobywa się podejmując samodzielne decyzje i ponosząc konsekwencje tychże decyzji. Do pewnego stopnia mogłam na to pozwolić, i korzystałam z owej możliwości.
Zmierzchało już jak udało nam się po ciężkich zmaganiach wejść do zatoki. Wiatr stężał i pomimo wysokich zboczy gór osłaniających wodę dawał się we znaki. Dopiero znaczne zbliżenie w kierunku lądu uciszyło wiatr. Wchodziliśmy nocą do portu, pirs był tak zapchany, że myśleliśmy już o kotwicowisku, ale znalazła się wolna przestrzeń akurat dla nas. Pomiędzy łodzią rybacką i jachtem. Cumowaliśmy rufą do kei i kotwicą z dziobu. Po przycumowaniu okazało się, że jest dla nas jeszcze jedna wolna lina więc wymieniliśmy kotwicę na ową linę.
Mimo wysokiego falochronu do portu wchodziła fala przybojowa, należało odsunąć jacht od nabrzeża. A te było wyjątkowo wysokie. Mimo protestów załogi odsunęliśmy się na odległość pontonu. I właśnie ponton służył jako pomost. Ale ile było radości, ponton podskakiwał na fali a żeby wyjść na ląd, należało chwycić jedną ręką koło z cumą rufową, postawić nogę na wierzchu pontonu i wyczekać odpowiedniego momentu wspinając się na wysokie nabrzeże. Najzabawniej wchodził Grześ, to było już po kolacji zakrapianej winem (a moja załoga ćwiczyła abstynencję i odwykła od %). Grześ po paru energicznych figurach tanecznych w pontonie, zawisł na stalowym kółku z cumą u betonowego murka. Nogi przebierały w powietrzu a plecaczek mókł w wodzie - niestety słonej. Dlaczego niestety - o tym później. Nie wiem jak wygramolił się na ląd, chyba mu ktoś pomógł. Płakaliśmy ze śmiechu, co może był niezbyt ładne bo przecież to nasz kolega się tam męczył, ale nie do opanowania.
Komiża ciekawa za bardzo nie jest, ot zwyczajne miasteczko Chorwackie, z białych kamieni. Nie było co robić na lądzie, toaleta miejska nie należała do najporządniejszych. O prysznicu można zapomnieć. Prysznic to tylko w marinach. Porty miejskie w Chorwacji oferują, miejsce do zacumowania, hydrant z wodą i wszystko.
Komiża - Sibenik
Na wyjściu z zatoki przy rozwijaniu grota spostrzegam, że puściły szwy i grot jest do użycia w ograniczonym zakresie. Trochę to śmiesznie wygląda bo wieje tak sobie do 4 stopni Beauforta, a grot jest zarefowany. Nie chcemy przeprowadzać naprawy na wodzie, żeby zapobiec dalszemu pruciu rozwijamy żagiel tak aby dziura była w maszcie.
Kierujemy się do stałego lądu. Po południu gaśnie tak, że odpalamy katarynę i przemykamy się pomiędzy wysepkami prowadzącymi do Sibenika. Raz jeszcze podziwiam kanał św. Ante. Jeżeli zbliżamy się z kierunku SW czyli wychodzimy z "Sibenska vrata" pomiędzy wyspami: Zlarin i Lupac. Do ostatniej chwili nie widać wejścia. Tylko potężne skalne ściany i betonowe główki - o których dopiero po odsłonięciu wejścia można powiedzieć główki. Trochę skracamy podejście oznakowane dla dużych jednostek, głębokości poza szlakiem są wystarczające dla naszego jachtu. Kanał prowadzący do Sibenika jest niezwykle malowniczy, wysokie, strome skały, porośnięte z rzadka skąpą roślinnością i drzewkami. Potem wyłania się zatoka i z daleka widoczny Sibenik schodzący czerwonymi dachami wprost do morza.
Cumujemy longside nieopodal miejsca, w którym staliśmy dwa lata temu - podczas pierwszego rejsu po Adriatyku. Niedługo po nas zjawia się zaprzyjaźniony s/y Yugo.
Wymieniamy wrażenia z podróży. Michał ze swoją załogą chce jeszcze przeskoczyć na jezioro Prukljansko - ciągnie ich możliwość kąpieli w słodkiej wodzie. Moja załoga nie przepada za urokami natury, woli paskudne miasto, knajpy. Wszystko tylko nie kotwicowisko, bo jak stoimy na kotwicy, to są wachty kotwiczne i nie można uraczyć się piwkiem, albo winkiem, albo rakiją... Za bardzo zdyscyplinowani to oni nie są, wolę trzymać wszystko w ryzach coby się towarzystwo nie rozlazło i rozbisurmaniło. Morze to morze, dobrze jak dobrze, ale jak coś raptem spadnie trzeba być gotowym i czujnym, to nie Mazury...
Zostajemy w mieście i w nagrodę spędzamy wieczór nad piwkiem, w kafejce dwa metry od jachtu.
Sibenik - Murter(Hramina)
O 0700 naprawiamy grota, trzeba wjechać na maszt i dyndając w powietrzu - na szczęście promy za często nie pływają, zacerować. To tylko stare szwy przetarły się i puściły bryty. Niestety w powietrzu nie da się tego ładnie spasować i przeszyć ale jak na prowizoryczną naprawę może być. W sumie jeszcze tylko dziś i jutro pływamy, zbliża się koniec rejsu.
O 7030 manewry portowe, podchodzimy do stacji benzynowej aby uzupełnić zbiorniki wody. Coś niemrawo wypada manewr. Wobec tego zarządzam manewry portowe. Po paru razach ludzie ruszają się już sprawniej, cumy lecą wtedy kiedy należy. Tak się rozpuścili bo zwykle podchodziliśmy tyłem do nabrzeża i trzeba było podać tylko cumę rufową, a tu proszę - longside i jeszcze podwiewa. Wysiadam na keję i teraz Rudniarz ćwiczy podejście. Bardzo ostrożnie podchodzi - podoba mi się, że nie szarżuje. Ano zrobimy dzień ćwiczeń. Odchodzi Grześ, tym razem już w morze. A właściwie jeszcze nie w morze, jeszcze Rudniarz chce obejrzeć most łączący półwysep z lądem jakieś trzy mile za miastem. Przepływamy pod mostem, wszyscy wylegli na pokład, nawet kuk i zadarli głowy do góry - czy aby się zmieścimy. Zmieściliśmy się. Robimy nawrót i tym razem już ku morzu. Słońce przedziera się przez wełniste chmurki, będzie ładny dzień.
Powolutku przesuwamy się do przodu, wieje niespecjalnie. Po południu rzucamy kotwicę w zatoczce Tijat w której staliśmy na początku rejsu. Urządzamy godzinną kąpiel i leniuchowanie. Woda jest wspaniała, prócz tego , że słona. W ramach akcji doszkalania, kolejni załoganci przejmują dowodzenie i przez wachtę mogą samodzielnie poprowadzić jacht. Wydaje się, że jest to frajda dla osób które pierwszy raz na morzu mogą użyć do czegoś owej nawigacji, locji, wkuwanej przed egzaminami na j.st. Opracowują strategię trasy, ślęczą nad mapą i wyszukują najdogodniejsze przejścia pomiędzy wysepkami. Oficerowie ich nadzorują, a ja mogę w końcu oderwać się od tego, idę do kambuza - nawet nie przypuszczałam, że kiedyś dobrowolnie tam wejdę. Przyrządzam kisiel na deser a potem błyskawiczne zupki koreańskie. Rudniarz się trochę burzy, jak to kapitan w kuchni. Bardzo sympatyczny i spokojny dzień. Po drodze odnajdujemy Michała i resztę na s/y Yugo, pogoda robi się nieciekawa w ciągu 15 minut ze spokojnej i leniwej robi się szkwalista. Rzucamy kotwicę tuż obok zaprzyjaźnionego jachtu. Zza górzystej wysepki przedzierają się podmuchy wiatru, może być niefajnie jak się tak pod koniec dnia gwałtownie rozwiewa. Robimy naradę - załoga nie chce stać na kotwicowisku, trzeba będzie trzymać wachty kotwiczne a wszyscy chcą się wyspać. Jestem za, nie lubię stać na kotwicy, nie mam zaufania do takiego niepewnego jak dla mnie sposobu zamocowania jachtu. Nawet jak jest pogoda spokojna to budzę się co jakiś czas i wyglądam czy wszystko jest ok.
Parę miesięcy wcześniej w czerwcu byłam na rejsie po północnym Adriatyku, staliśmy w porcie. Kotwica z dziobu, cumy rufowe do pirsu. Szła burza, błyskało się na pół widnokręgu. W środku nocy przyszedł szkwał burzowy i przestawił jacht o 1800. Nie było czuć żadnego szarpania, zerwania. Kotwica, która wydawało się, trzyma pewnie po prostu została przeciągnięta po dnie. Znaleźliśmy się w główkach. Trzymały nas cumy rufowe. Na szczęście nic się nie stało, jakieś drobne zarysowanie na burcie. Nie chciałabym czegoś takiego przeżywać, dla tamtego kapitana skończyło się na skoku adrenaliny i strachu, ale mogło skończyć się o wiele gorzej.
Rozmawiam z Tomkiem I oficerem na s/y Yugo (skipper popłynął na pontonie obejrzeć okolicę), zdecydowaliśmy się przestawić do Mariny. Idziemy powoli wąskim przejściem pomiędzy wyspami, jest płytko, wg mapy momentami bardzo. Sonda nie działa, jak zwykle. Rudniarz tkwi na dziobie wypatrując płycizn a ja sunę za jeszcze świeżym śladem rybola uciekającego do portu. Jaki diabeł, rybacy dziwnie szybko zwiewają ku brzegom czyżby coś wiedzieli? Żadnych ostrzeżeń przez UKF-kę nie było, przynajmniej Tomek z s/y Yugo o niczym specjalnym nie meldował, bo nasza UKF-ka to z serii jak cię widzę to cię słyszę... Za chwilę będziemy w porcie. Cumujemy w Marinie Hramina. Jakaś taka dziwna ta marina, tylko po niemiecku tu gadają, angielskiego ani w ząb.
Po zmroku Michał też zdecydował się schować do mariny. Trochę dmuchało i nawet taki luzak jak Michał stwierdził konieczność wacht kotwicznych, a że nie chciał uprzykrzać życia przyjaciołom ruszył do nas. Grzecznie wykrzykujemy, że za nami jest wolne miejsce. Naszego optymizmu nie podziela pracownik Mariny, w nocy się nie wpływa do portu, tutaj nie można stawać. I takie tam, zupełnie inne obyczaje, u nas nie mamy oporów przed nocnym pływaniem, oni chyba tak. A z drugiej strony może mają taki przykaz, licho wie, może się boją że po ciemku. W każdym razie Marina to miejsce gdzie zgarnia się kasę, a reszta to tylko przykrywka.
Ale udaje się, s/y Yugo staje niedaleko nas, dostajemy burę od pracownika mariny, dlaczego powiedzieliśmy naszym przyjaciołom, że tu są wolne miejsca... Dlaczego ja tak nie lubię tych pracowników ACI, gdyby nie to, że udało mi się spotkać całkiem porządne jednostki w czerwonych koszulkach, to chyba ugruntowałabym swój pogląd a tak ciągle się waham. Nic to! Przejściowe kłopoty, które udało się pokonać należy zapamiętać jako naukę na przyszłość.
Dobra kolacja w restauracji Mariny. Niestety nie było w okolicy tawerny z ciemnym drewnem olbrzymich, pod sufit beczek z winem, i udźcami wędzonymi pod powałą...
Złączyliśmy stoliki - bo razem s/y Oblak i s/y Yugo to prawe 2 dziesiątki luda. I trochę sobie pobiesiadowaliśmy. Różne dziwne rzeczy zamawiali ludzie do jedzenia, ośmiornice, krewetki i takie tam paskudztwa - jestem głęboko uprzedzona do wszelakich wytworów typu "frutti di mare". Ale nie będę uparta następnym razem spróbuję, przełamię się. W końcu oliwki po paru latach też zaczęłam akceptować. Na koniec nieprzyjemny zgrzyt, cygara w kokpicie - okropnie śmierdzące cygara. Jak powiedział ładnie Rudniarz: Tomek to pachnie jak kozie bobki. Nie cierpię zapachu papierochów, mam uraz do palaczy i na jachcie panuje oficjalny zakaz kopcenia.
Murter(Hramina) - Sukosan
Poranek był obficie zakrapiany... krwią. Grześ po raz kolejny przywalił głową w koniec bomu, zakończony kanciastymi szynami. W dwie minuty cały łeb miał czerwony. Wyglądał jak Kmicic po pojedynku z Wołodyjowskim. Posadziliśmy go na nabrzerzu - inaczej cały kokpit spływałby czerwienią, i polewamy wodą. Ania z s/y Yugo patrzy z przerażeniem co też u nas się wyprawia, a potem biegnie do Michała: znowu pobili Grzesia.
Na szczęście wyglądało to dużo groźniej niż w rzeczywistości. III oficer miał tuż nad czołem trzy równoległe, któtkie cięcia... bomem. Krzepliwość krwi zrobiła swoje, można było płynąć dalej.
Dziś ostatni dzień, przed oddaniem jachtu. Ciąg dalszy wdrażania załogi w prowadzenie jachtu. Lila wychodzi, planuje trasę pomiędzy wyspami.
Fajnie popatrzeć jak ludzie się starają, nagle wszystkie znaki na mapie i wodzie nabierają sensu. Jest to trafiona decyzja. Postaram się zawsze pod koniec rejsu, o ile będą chętni takie wprawki urządzać.
Po drodze zatrzymujemy się na kotwicowisku, spuszczamy ponton na wodę i po raz pierwszy odpalamy silniczek - wypada go choć raz użyć. Zwiedzamy wysepkę, jest tam jakaś pustelnia i pomnik pustelnika. Bardzo sympatyczne miejsce. Każdy po kolei wsiada do pontonu i szaleje - w slizg co prawda nie da się wejść, za mało KM, ale zarzuca fajnie. Jeszcze tylko kąpiel, w bardzo słonej wodzie i kurs na północ.
Postanowiliśmy przepłynąć pod mostkiem - Prolaz Zdrelac tak to się nazywa z prześwitem 16,5m. Gorączkowo próbujemy znaleźć sposób na obliczenie wysokości naszego jachtu. W dokumentach nie ma takiej informacji. Obliczenie z funkcji trygonometrycznych nie jest za bardzo wiarygodne, za duży błąd. W końcu znajdujemy wiarygodną metodę pomiarową, mierzymy fał uzyskując wysokość masztu. Jeszcze pół metra na antenkę, plus wysokość kadłuba nad linią wodną. Wychodzi nam 16m - mamy pół metra zapasu. Zobaczymy pod mostem co warte są nasze wyliczenia. Zbliżamy się powoli, na górze charakterystyczne wgniecenia masztem na znaku informującym , że prześwit mostu wynosi 16,5m. Widać nie wszyscy mieli takie skrupuły jak my. Powolutku wpływamy pod most, nawet antenką nie zahaczamy. Przy rozbujanym morzu byłoby nieciekawie.
Za przejściem widać już wejście do Mariny. Na koniec szkoleniowo robimy namiary do wyznaczenia tabeli dewiacji naszego kompasu.
Wchodzimy do portu, tankujemy paliwo po drodze na keję. Stajemy. Na prawo i na lewo cumują inne SAS'y.
Sukosan- koniec
Rano zwijamy się szybko, do 0900 trzeba wypakować bagaże i przekazać jacht. Pojawia się nasz wciskacz kitu i z zupełnie innym podejściem zaczyna sprawdzać jacht. Liczy odbijacze i za chwilę słyszymy, że brakuje jednego. Rudniarz pokazuje na rufę zabezpieczoną tuż przy linii wodnej owym brakującym odbijaczem - tego? Chwila konsternacji, ale tu jest inny odbijacz nie od kompletu, - taki dostaliśmy od was.
Pomyślałam - teraz się zacznie, będą się czepiać do każdej pierdoły. O dziwo wyjaśnienie zostało przyjęte. Potem problemy z paliwem, zbiornik był zatankowany do pełna ale pod korkiem było powietrze. Mała rada, przy tankowaniu na stacji trzeba chwilę poczekać, aż olej się ułoży w zbiorniku, popukać w ścianki i dotankować, wtedy nie powinno być problemu. Umyślny poleciał do stacji i przytargał 5 l w kanisterku. Wlaliśmy tego trochę do baku, resztę oddaliśmy na sąsiedni jacht. Potem pokazałam przerdzewiały baby sztag, który nam poszedł 4 dnia rejsu. Nie mogąc się oprzeć rzuciłam złośliwie, że tego też pewnie nie potrzebowaliśmy. Gość się zdenerwował, ale należało mu się jak mało komu. Silnik był w stanie prawidłowym, wymagał tylko trochę regulacji bo zaczął wpadać w wibracje na luzie. Przetarty ścieg na grocie, który zabezpieczyliśmy prowizorycznie przed dalszym zrywaniem, został zauważony czujnym okiem i grot powędrował do przeszycia. Podobało mi się, że tak od razu zajmowali się wszystkim - szkoda, że jak przejmowaliśmy jacht zabrakło owej staranności...
I tyle, żadnego więcej czepiania się, wypełniłam ankietę, zdjęta odruchem litości zaznaczyłam opcję: może będę czarterowała od Adriatic Charter jacht w przyszłości. Do wyboru było jeszcze: będę czarterowała i nie będę.
Podpisałam protokół końcowy, w biurze odebraliśmy kaucję - w całości. Raczej nie polecam tej firmy, w basenie Sukosanu jest mnóstwo innych firm. Ta się popsuła, brak staranności i dbałości o klienta. Sąsiedzi pływający na Bawarii albo na czymś innym mieli awarię silnika, siadła im elektryka. Firma Adriatic Charter skasowała im połowę kaucji. Po interwencji agenta z Punta kaucja została oddana w całości. Jak widać firma jest chętna do obciążania klienta wszelkimi kosztami napraw, za usterki zawinione bądź też nie.
Jak to kończę pisać już jest 2001 i wybieram się w kolejny rejs, tym razem czarteruję jacht za pośrednictwem tej samej agencji ale od innej firmy - Way Point z Trogiru - ano zobaczymy.
Białystok, 2001 r. Beata Bogdanowicz
|