[morze] [zdjęcia]
I
W niedzielny ranek pociąg zawitał na stację Szczecin Dąbie. Wyładowaliśmy nasze bagaże i prowiant. Razem tworzyły imponującą górę. Zapakowaliśmy się do trzech taksówek. Po kilkuminutowej jeździe keja Jacht Klubu AZS Szczecin została zawalona tobołkami. "Smuga Cienia " obłożona mumiami w śpiworach cumowała przy pirsie. Załoga, która skończyła rejs ucinała sobie drzemkę na pokładzie. Postanowiliśmy, że nie będziemy ich budzić jak słoneczko przypiecze sami wstaną. Rzeczywiście ok. 1000 na pokładzie zaobserwowaliśmy pierwsze nieśmiałe ruchy. Jeszcze w zwolnionym tempie przebierali łapkami jak mrówki w miodzie. A nasze towarzystwo ułożyło się pod wielkim drzewem i czekało. Drewnorośl była imponująca. Miała fenomenalną gałąź boczną. Idealnie pozioma, szeroka, na rozsądnej wysokości. Mogłam jej zarzucić tylko to, że nie jest płaska albo lekko wklęsła. Popatrzyłam na resztę, nikt się nią nie zainteresował wobec czego objęłam gałąź w dzierżawę.
Okazało się, że tamci mieli same katastrofy: silnik im się zepsuł, jacht ciekł, mało pływali. Nakreślili nam przygnębiający obraz naszej przyszłości na tym jachcie. Nastroje były nienajlepsze. Kapitan z I-szym zastanawiali się czy nie zrezygnować z tego jachtu. Plany były okropne. Część załogi przerzucić na Cartera a cześć odesłać do domu. Na szczęście czarne chmury powoli rozwiały się. Przejęliśmy jacht. Dorota porozmawiała sobie z II-gim oficerem ja z III-cim. Obejrzałam cały jacht, silnik, żagle, narzędzia. Jacht przejęty, zaczynamy się nań ładować. Powoli wracają nam humory, bezczynność i niepewność jutra wpływa destrukcyjnie na ludzi. Armator zabrał silnik do naprawy. W końcu wszystko zostało zasztauowane. Pierwszy wspólny posiłek, zaokrętowanie załogi, rozdzielenie do wacht. Pełniłam obowiązki III-go oficera. Do wachty dostałam Sławka Zielińskiego i Pawła Budziszewskiego. Sympatyczne chłopaki. Sławek tknięty przeczuciem spytał czy może do innej wachty bo z tymi technicznymi sprawami nie czuje się najlepiej. Niestety Kapitan stwierdził, że jako elektryk ( student wydziału elektrycznego) jest niezbędny w III-ciej. Sławek nie chorował na fali, dzielnie obijał się w kambuzie, porządny marynarz. Obiad był zawsze na czas i co najważniejsze był. Bo były takie dni gdy kiwało ostro, kambuz miały inne wachty i obiadu nie było. Paweł chorował, na pokładzie było wszystko ok. ale jak schodził na dół to robiło mu się niedobrze. W sumie miałam najlepszych załogantów, obaj rwali się do steru. Sławek nieźle dawał sobie radę z nawigacją i czasami pozwalałam mu nawigować. Obaj byli biedni bo cały czas wynajdowałam im zajęcia: a to podstawka pod kotwicę urwała się, greting połamał, pompka zepsuła, zwarcie w instalacji. Trzeba było ładować akumulatory i wybierać olej z silnika.
Z tym silnikiem to mieliśmy kabaret, drań mieszał wodę chłodzącą z olejem silnikowym i wytwarzał z tego szarą gęstą maź. Po każdej pracy silnika trzeba było wybrać nadmiar owej mieszanki średnio 3-4 litry, oraz uzupełnić poziom oleju. Wyglądało to interesująco Sławek wchodził "do silnika". Pod nosem miał wiaderko ze szprycą ( mosiężną pompką do płynów ) i plastikową butlą. Wyjmował wskaźnik poziomu oleju i zasysał za pomocą szprycy gluta. Tak ,tak takie obrzydliwe, szare, gęste, gorące i śmierdzące silnikiem. Po dwudziestu pompkach wyglądał jak czeladnik kowala. Pot spływał po czole kapiąc z nosa na mokry tors. Ręce uwalane w oleistej mazi. I rytmiczne ufff, któremu po piętach deptało puuu. To były ukryte pompki III-ciej wachty. Kapitan nie marudził czy były wybierane tylko III-ci stał nad głową i mówił wybierać! Gdyby szyto proporce dla wacht na drzewcu trzeciej powiewałaby szmata z cynkowym wiadrem, mosiężną szprycą i plastikową butlą wypełnioną szarą mazią. I jeszcze jedno skojarzenie z silnikiem - komenda: panowie pijemy wodę. Opróżnić butelkę do dna. Praca silnika wołała o kolejne pojemniki na jego wydzieliny.
Dorota też miała cholernie sympatycznych załogantów, zwłaszcza w drugim tygodniu pływania. W pierwszym w skład jej wachty wchodzili : Marek i Paweł. Ten drugi taki jakiś nijaki, migał się od pracy - zakamuflowany leser. Wyjechał po tygodniu, na jego miejsce Dorota wybrała sobie z wachty I-szego ( Witek był zły gdy się o tym dowiedział) najfajniejszego z załogi Mateusza. Mateusz był cholernie wesołym chłopakiem z fenomenalnym dowcipem. Żartował ze stresowych sytuacji rozładowując przy tym atmosferę. Po prostu rzucał celne zdanie, które naświetlało ów palący problem z innej strony i wszyscy się śmieli. Pozostaje jeszcze szkic załogantów I-szego oficera - Witka. Jak już wspomniałam przez tydzień miał w wachcie Mateusza i Grzesia. Grześ pozostał do końca w słynnej I-szej specjalizującej się w nieróbstwie. Wzięło się to z tego, iż Witek - totalny leniwiec poza uczestniczeniem w prowadzeniu jachtu podczas swoich wacht nie robił kompletnie nic. Który to stan nieróbstwa rozciągał się na jego "podwładnych" Grzesia i Mateusza. A oni głośno obnosili się ze swoim błogim brakiem zajęcia. Co działało jak czerwona płachta na moją wachtę, która zasuwała jak małe samochodziki po pokładzie. Grześ był bardzo miłym, cichym i spokojnym załogantem. Raczej małomówny ale od czasu do czasu rzucał celną uwagę albo wartościowy dowcip. Pod pojęciem wartościowy rozumiem własną interpretację czyli to co do tego dowcipu doda się od siebie. nie marudził gdy dawałam mu jakieś zadanie do wykonania. Rzetelnie się do niego zabierał i spokojnie, systematycznie bez trzaskania dziobem naprawiał. O, jak mi się to podobało dostawał zadanie i nie było go słychać nim nie skończył . Natomiast w drugim tygodniu Witek dostał do swojej wachty Ewę. Nowy nabytek, który dołączył do nas i przez który mieliśmy masę problemów, ale o tym później. Ewa była znajomą Kapitana i pracownikiem Studium Wf-u. Chorowała już na całkiem małej fali. Praktycznie nie było z niej pożytku na morzu - taki pasażer jak powiedział Witek. W porcie zajmowała się kambuzem. W każdym razie człowieka morza z niej nie będzie Powiedziała, że to nie dla niej i wraca do Mazur.
A teraz przyjrzyjmy się - Witkowi. W sumie był sympatyczny poza momentami napuszenia i nieróbstwa. Miał bardzo wysokie mniemanie o sobie. Wygłaszał opinie i sądy takim tonem jakby były ostateczne. Prócz tego strasznie pieprzył podejścia do kei. Podchodził na takim szwungu, że przy tej załodze ( wszyscy pierwszy raz na morzu ) i przy niezbyt konkretnie wydawanych komendach nie miał szans na bezkontaktowe zaparkowanie. Doszło do tego, że załoga wpadała w panikę gdy mieliśmy cumować a ja z Dorotą rzucałyśmy znaczące pełne dezaprobaty i politowania spojrzenia. Strasznie mnie intrygował kamienny spokój Kapitana w takich sytuacjach. Nie mogłam go rozgryźć. Witek partaczy kolejne podejście a on nic. Przez cały pierwszy tydzień jakby go nie było na pokładzie. Oficerowie nawigowali, prowadzili jacht a jego było za mało. Natomiast w drugim tygodniu zaczął wtrącać się do wszystkiego. Wprowadzał chaos wszędzie tam gdzie dotarł. Irytował mnie strasznie nie wspomnę jak działał na Dorotę. Mało brakowało a weszłabym na wojenna ścieżkę. W każdym razie parokrotnie podyskutowałam sobie z nim zbijając jego zalecenia i argumenty. Słowem Kapitan to jedna z nielicznych rzeczy, która nie bardzo nam się udała. Podsumowując rejs od strony personalnej - jestem zadowolona. Atmosfera była wspaniała, załoga zintegrowana, mieliśmy wspólne tematy i zainteresowania. Porozmawiałam sobie nawet o literaturze S-F z moim załogantem - Pawłem.
Nazywaliśmy Pawła - Indianinem. Bo miał długie włosy , które spinał w kucyk i wspaniale grał na harmonijce. Z tym kucykiem to była śmieszna sytuacja. Marek pewnego ranka zawiedzionym głosem powiedział : to ty też masz taką kitkę ? A ja myślałem, że to Dorota przyszła do nas spać na dziób.
II
Wypłynęliśmy na " szerokie wody " czyli w kanał prowadzący do Zalewu Szczecińskiego w poniedziałkowy poranek. Trochę inaczej wyglądało to pływanie od tej drugiej strony - oficerskiej. Jak masz wachtę to podejmujesz decyzje. Czułam się trochę dziwnie na początku ale szybko wskoczyłam w " tryby". W drodze do Świnoujścia zatrzymaliśmy się w Trzebieży czyli w COŻ PZŻ ( Centr.Ośrodku Żeglarstwa Polskiego Związku Żeglarskiego). Zatankowaliśmy paliwo. Z tym miałam trochę kłopotu, Kapitan spytał ile litrów mamy zatankować. Wpadłam w popłoch - skąd mogłam wiedzieć ile ten silnik pali, ile czasu będziemy pływali na silniku i sprawa najważniejsza jaką do cholery ma pojemność ten zbiornik . Nie mogłam tego znaleźć w żadnej dokumentacji technicznej na jachcie (nauczka na przyszłość - dowiedzieć się dokładnie o pojemność zbiorników ). W końcu pomyślałam, że najlepiej byłoby do pełna i strzeliłam ze 60 litrów. Strzał okazał się trafny paliwa nam nie zabrakło a to co zostało opchnęłam kolejnej załodze za 300 tysięcy. W sumie zapłaciliśmy 900 - 300 = ok. 600 tysięcy, co daje 67 tysięcy na łebka - całkiem nieźle. W Trzebieży przywitałyśmy się z naszym poprzednim Kapitanem Jerzym Wilkiem. W nocy dobiliśmy do Świnoujścia z odprawą nie mieliśmy problemów. " Cumy z polera na wodę dziób..." główki - nareszcie morze, wciągnęłam do płuc potężny łyk morskiego powietrza. Fala była ładna dochodziła momentami do 2m. Zmieniamy foka - padła komenda, kadra oficerska (czyli ja i Dorota) rzuciła się na dziób świecąc przykładem. Załoganci osłupieli i z kokpitu przyglądali się jak we dwie na wędrującym jak winda góra-dół dziobie zmieniamy żagle. To był odlot. Tak długo czekałam na to. Na poprzednim rejsie nie miałam szans na coś takiego. Po prostu nie puszczali mnie na dziób do takich czynności. No ale na tym rejsie odbiłam sobie za wszystkie czasy . Szczęśliwe i mokre zmieniłyśmy żagle i wróciłyśmy do kokpitu. Zdobywając sobie uznanie załogi. Stwierdzili, że się nadajemy na swoje "stanowiska". Przyszła moja wachta reszta zeszła pod pokład a ja ze Sławkiem i Pawłem zostałam. Kurs na Bornholm. Wiatr był pomyślny E. I wszystko byłoby dobrze gdyby nie odkręciło na SE. Nie wyszliśmy jeszcze z paszczy lądu ( Świnoujście położone jest na dnie zatoki) i musiałam halsować się baksztagami. Trochę się pieniłam bo gdy oddałam Sławkowi ster zrobił niekontrolowaną rufę przejeżdżając mi bomem po głowie. Sterowałam sama. Był tylko jeden minus nie mogłam prowadzić nawigacji Halsowałam się w pobliżu toru wodnego ( w nocy jest widoczny pod postacią zielono - czerwonych punkcików ). Moja załoga stwierdziła, że mam obsesję bo koniecznie chcę wiedzieć gdzie w danym momencie znajduję się (na mapie). W czasie drogi wysiadło nam oświetlenie kompasu. Przez jakiś czas płynęłam na "księżyc". Sławek zabrał się do naprawiania lampki używając do tego celu m. in. latarki, której światłem dawał mi po oczach co jakiś czas. O co głośno protestowałam i wyrażałam oburzenie. Zaczęli także konwersować co doprowadziło mnie do białej gorączki. Odnoszę wrażenie, że jak się rozmawia w trakcie jakiejś czynności to rozmowa rozprasza, dekoncentruje i wpływa na złe wykonywanie powierzonego zadania. Kazałam im zamknąć się. Oboje głośno zaprotestowali a Sławek spytał czy mogą śpiewać. Śpiewać - warknęłam. Nie powiem śpiewali ładnie i wolałam to niż trzaskanie dziobem, zwłaszcza Pawła. Zbliżał się kres mojej pierwszej samodzielnej wachty. Koniec. Można iść spać. Oceniam ten pierwszy raz jako kompletny chaos. Kolejne wachty zostawiły po sobie znacznie przyjemniejsze i bardziej uporządkowane wspomnienia. Dodam, że mieliśmy dodatkowe atrakcje podczas tej pierwszej wachty w postaci efektów akustycznych. Na szczęście optyczne zostały nam oszczędzone przez litościwą noc i dobry wiatr. Okazało się, że Mateusz, Marek, Grześ, Paweł chorują. Dwie zwłoki leżały w kokpicie, przyniosłam pasy bezpieczeństwa i kazałam się przypiąć aby nie wypadli. Cały pokład był zawymiotowany prócz neutralnego terenu wokół steru . Jak mówiłam zzzwrot! moi panowie strasznie klęli. Okazało się, że szoty grota i foka nie oparły się atakom chorujących i były przesiąknięte... nie będę kończyć czym. Zdałam Witkowi wachtę ustaliliśmy że mamy korzystniejszy wiatr w kierunku Niemiec więc płyniemy do Sassnitz.
III
Po południu ok. 1600 wpłynęliśmy do portu. Witek wspólnie z Kapitanem stanął w pierwszym możliwym miejscu tuż za falochronem. Jacht był oddalony o ponad dwie mile od portu jachtowego i sanitariatów. Bardzo brzydko myślałam o I-szym przemierzając kilometry nadbrzeża aby się dostać pod prysznic. W czym nie byłam odosobniona reszta załogi podzielała moje zdanie. W tym Sassnitz to nie ma kompletnie nic ciekawego . Wielki port, zero klimatu żeglarskiego, nieciekawe miasteczko. Jedynie wspaniałe klifowe wybrzeże usprawiedliwia zawijanie do tego miejsca. Wieczorem po orzeźwiającym prysznicu wspólny wypad na molo. Głęboka czerń z migającymi w oddali światłami, latarniami i promami z jednej strony. I widowiskowo podświetlony hotel na brzegu z drugiej strony. Podziwialiśmy układ gwiazd na niebie. Z emocjami obserwowaliśmy zbliżanie dwóch promów. Z naszego punktu wyglądało to tak jak gdyby oba szły w linii prostej na zderzenie czołowe. Szacowaliśmy odległość i czekaliśmy. Już, już ... wpadają na siebie. Pudło minęły się. Położyłam się na plecach na kratce, która stanowiła z pozoru niepewną podłogę molo. Zapatrzyłam się w ciemność, pogrążyłam w ciszy - zupełnie inny świat . Towarzystwo zaczęło się zbierać na jacht żartując z wszystkiego naokoło. Atmosfera raz za razem wybuchała śmiechem prowokowana dowcipami i powiedzonkami Mateusza. Na jachcie cisza jak makiem zasiał. Kapitan z I-szym śpią. Dorota dała się namówić i wyciągnęła pudło. Słuchałam jej na pograniczu snu, oczy miałam przymknięte, odpływałam. Z tego stanu wyrwał mnie ruch-panowie zbierają się do snu. Część nocuje na deku. Ja również. Wydostałam śpiwór przy okazji senność uleciała więc poszłam jej szukać na falochronie. Spacer na główki, daleko wysunięte w morze. Ze wzrokiem utkwionym w tą hipnotyzującą głębię. Gdzieś tam, gdzie niebo wtapia się w morze. Rozbudził mnie zupełnie. Powoli z ociąganiem skierowałam się w stronę jachtu. Wszyscy spali, rzuciłam okiem na czarno - zieloną mumię, też śpi. Po cichu wsunęłam się do śpiwora, naciągnęłam go na oczy (zaparkowaliśmy tuż pod latarnią - dlaczego nie).
Rano - pierwsza myśl po przebudzeniu - pod prysznic. Nie wiadomo kiedy mnie czeka następny. Wracając z sanitariatów z mokrymi włosami i w wyśmienitych humorach omawiałyśmy kwestię śniadania . Dziś kambuzowała moja wachta. Miał być standard czyli kanapki, herbata i... musli. Zbulwersowana nie dałam biednej Dorocie skończyć. Napadłam na nią. Stwierdziłam, że moja wachta zawsze ma pracochłonne posiłki ( uwaga nieuzasadniona bo mieli dopiero jeden co prawda były to schabowe, ziemniaki, surówka i jakaś zupa ). Wyobraziłam sobie gotowanie kipiącego mleka, tony musli przelewających się przez krawędź garnków. I solidarnie stanęłam w obronie mojej wachty. Dorota powiedziała, że musli będą z jogurtem i niczego nie trzeba będzie gotować. Poburczałam jeszcze trochę dla zasady . Głupio było tak od razu oddawać dopiero co obwarowane pozycje. Poza tym jeszcze nie zblakł w moim umyśle obraz biednej uciśnionej wachty III-ciej . Z miną męczenników snującej się po kambuzie. Dalsza droga przebiegała w milczeniu analizowałam to z innego punktu widzenia W końcu stwierdziłam, że obie strony mają swoje racje, zarzuty zostały obalone. Jeszcze przez godzinę czułam się nieswojo za ten napad. Śniadanie przebiegało w kwitnącej atmosferze, stół był zastawiony na full, musli z jogurtem wyśmienite ( muszę się przyznać, że właśnie teraz praktykuję ową potrawę siedzę w pracy piszę i w przerwach chrupię musli z jogurtem). głów tryskały pomysły na dalszą trasę.
IV
Po śniadaniu dziób na wodę i kurs na Bornholm. Złapała nas flauta. Przez dwa dni mieliśmy iście sielankowy rejs . Słońce , gładka tafla morza , meduzy i kryształowo czysta woda. Byłam szczęśliwa. Skakałam do wody, wdrapywałam się na jacht i skakałam. I tak aż do zmęczenia aż zabrakło tchu. Posunęłam się o krok w mojej ewolucji delfina. To był cenny krok bo nie pamiętam już ostatniego. Chlapaliśmy się w wodzie, aparaty pstrykały i gdyby nie ten upał byłoby o.k.
Noc, moja wachta, zaczyna się rozwiewać. Do północy zostało parę minut wg czasu pokładowego czyli zegarka Kapitana w nawigacyjnej. Z szelmowskim uśmiechem wyciągam z torby małe pudełeczko opakowane w niebieskawy papier. Jeszcze raz potrząsam, słucham dźwięku jaki wydaje i domyślnie uśmiecham się do siebie. Zaraz sprawdzę czy to rzeczywiście to o czym myślę. Nachylam się Dorocie przez ramię i jeszcze raz sprawdzam czas, za dwie minuty północ. Wychodzę na pokład wciągam do płuc rześkie nocne powietrze, patrzę na Księżyc i odbicie ciągnące się przez morze . Otwieram prezent - przecież to moje urodziny, kolejny raz na wodzie - ciekawa i niecierpliwa czekałam na ten moment. Jest, drumla, miałam rację - wspaniale Ela trafiła. Schodzę do nawigacyjnej gdzie Dorota kończy nanoszenie pozycji i za chwilę przekaże mi wachtę. Wiem gdzie teoretycznie jesteśmy - przejmuję jacht. Sławek steruje Paweł na dziobie obserwuje horyzont. Zanurzam się pod pokład. Z boku ktoś się gramoli, Dorota. Wręcza mi prezent mówiąc, że nie jest pewna czy nie mam tych pozycji. Potem zabiera się do życzeń mrucząc - wiesz, że ja nie umiem składać życzeń, wszystkiego najlepszego, wielu wspaniałych rejsów a resztę sobie dośpiewaj. Rozbroiła mnie tymi życzeniami. Rozpakowałam papier wyjmując dwie książki Orsona Scotta Carda "Czerwonego Proroka" - na którego czekałam ponad dwa lata i "Glizdawce". Wspaniały prezent. Byłam okropna bo domagałam się dedykacji, zmusiłam biedną z zasady niepiśmienną ( w takich sytuacjach ) Dorotę do wysiłku. Wróciłam na dek. Siedziałam w ciszy i spokoju, chłonęłam noc. Moja trzaskająca dziobem załoga - Paweł - była milcząca.
V
Nad ranem ok.0400 zbudziłam Witka przekazałam mu wachtę. Lunatykując dotarłam do koi - spać! Wstałam na śniadanie jacht wolno dryfował a w koło panowała cisza, leniwe z rzadka falujące morze i słońce. Po posiłku ogólna kąpiel . Długo stałam na tratwie ratunkowej i balansowałam wewnętrznie. Obrzydzenie do meduz mocowało się z chęcią skoku do wody. Parę razy już , już miałam skoczyć ale wyobraźnia podsuwała wizję białych galaret oblepiających mnie - brrr. Dość! skacz odezwała się żywiołowa część mojej natury tłumiąc niezdecydowanie . Faktycznie skoczyłam ale dopiero w wodzie rozpłynął się obraz obrzydliwych, lepkich meduz . Biedactwa uciekały gdzie pieprz rośnie podkurczając i prostując kapelusze . Kąpiel na środku Bałtyku to jest to . Wygramoliłam się na dek , rozklapciałam na drewnianych klepkach .
Ze środka wynurzył się Kapitan i woła - wszyscy na pokład. Myślałam , że mamy jakąś odprawę . Zaczął uroczyście : - zebraliśmy się tu bo mamy dziś itd. . krótko mówiąc urodziny .Podchodzi składa życzenia. Chwyta za ramiona , Sławek z drugiej strony łapie moje kostki. Zawisam w powietrzu na dwóch wątpliwych punktach podparcia . Niczym dźwig wystawili mnie za burtę i zwolnili chwyt . Żadnego bujania, rozhuśtywania po prostu bum - do wody. Wypłynęłam trochę zła . Piekielnie nie lubię wchodzić do wody w sposób inny niż skok na główkę . Wydmuchałam fontannę wody z nosa . Znacząco pomachałam Dorocie prawą ręką zaciśniętą w pięść . Kapitan powiedział, że dziś zrobią wszystko czego sobie życzę i zaproponował skoki z bomu. Byłam zachwycona. Marynarze wystawili grota za burtę, usztywnili szotem i kontraszotem. Skakało się wspaniale . Lustro wody było oddalone o 2.5 - 3 metry. Na początku musiałam złapać wyczucie odległości. Parę pierwszych skoków nie było zbyt poprawnych. Kolejne wyglądały lepiej. Skończyłam jak już nie mogłam złapać oddechu a stopy miałam obtarte linami, po których wdrapywałam się na jacht. Myślałam, że panowie także rzucą się na tą prowizoryczną trampolinę ale nie Grześ skusił się tylko na jeden raz. Widać na tym jachcie nie było skoczków poza jednym pseudo - skoczkiem, mną.
Siedząc na deku powiedziałam do Doroty - może jakąś imprezę zrobić , bo głupio tak , bez niczego . W normalnych warunkach już dawno byłoby ustalone i zaklepane , że 18-stego wieczorem opijamy . Ale na tym rejsie panowała jedna wielka niewiadoma. Od początku woziliśmy w barku cztery flaszki, butelkę rumu i trzy szampany - wszystko nietknięte w pierwotnym stanie. Kapitan wszelkie aluzje typu :" a może byśmy się tak napili" pozostawał bez odpowiedzi. II-gi oficer odrzucił zasady, że jej nie wypada jako delikatnej , kruchej istocie proponować pijaństwa. I prawdopodobnie przycisnął Kapitana bo uzyskał zgodę na imprezę. Pomyślałby kto tyle zachodu o jakąś tam imprezę , ale byliśmy na środku morza a jak wiadomo na wodzie się nie pije. Ucieszyłam się z pozwolenia i zatarłam ręce przynajmniej szampany pójdą.
Po kolacji kuki zaczęły się krzątać uprzątając stół . Dorota bezczelnie wyciągnęła świeczki ignorując moje oburzone spojrzenia i ze śmiechem znosząc śmiertelny chwyt za szyję. Ha, jednej świeczki brakowało . Moja triumfalna mina zrzedła gdy II-gi oficer przeciął jedną świeczkę na pół mówiąc-teraz są wszystkie. Ponieważ sprzątanie się przeciągnęło większa część załogi wypełzła na dek. Przebrałam się w cywilizowane ubranie i dołączyłam do nich. Słońce zachodziło, dźwięk harmonijki, morze, czerwony półmrok i ci wszyscy ludzie. Na ten krótki czas byliśmy prawie jak rodzina. Pomyślałam, ta chwila jest idealna . I pewnie zaczęłabym się bać gdybym nie wiedziała, że takie chwile mijają szybko. Z czwartego wymiaru wyrwała mnie krzątanina na dole. Zerknęłam przez forluk . Płomień świecy rzucał ciepłe blaski na mesę. Kraciasta serweta , czekolada najeżona świecami , Dorota jak satelita pojawiająca się w polu widzenia z kolejnymi produktami . Gotowe , schodzimy na dół. Chóralne sto lat, świeczki. Musiałam dmuchać dwa razy. Dorota zagrała parę piosenek . Pamiętam , że bardzo śmieszyły mnie usilne próby Marka aby zaśpiewać jakąś popularniejszą szantę z akompaniamentem gitary. Wyglądało to komicznie bo nie znał tekstu i momentami nie nadążał z " czytaniem" za melodią i cudownie łamał mu się głos . Fałszerstwo doskonałe . Był bardzo wytrwały, kilkakrotnie próbował, każąc Dorocie grać kolejne szanty. Wyjrzałam raz na dek dla przyzwoitości - miałam wachtę . Kapitan i moi załoganci powiedzieli, że poprowadzą jacht za mnie. Bardzo miło z ich strony . Próbuję przypomnieć co było dalej ale tamta noc nie za mocno utkwiła mi w głowie. Pamiętam tylko, że Marek przyniósł wino z winogron w kartonie. Dla kloszardów jak powiedział Mateusz, nabyte w ALDIK-u w Sassnitz. Oraz to, że moja wachta dobiegła końca. Paweł i Sławek zeszli do nas . Paweł trochę przygrywał na harmonijce a Sławek dołączył do wyczynów wokalnych Marka znacznie poprawiając ich jakość . Zgromadzenie wygasło naturalnie, towarzystwo powoli wymiękło i poszliśmy spać.
VI
Kolejny dzień, na kursie Kołobrzeg. Straszny tłok panował u główek portu. O wejście dobijał się statek pasażerski , kuter , pogłębiarka i my . Z zaciekawieniem obserwowałam główki polskiego portu. Poza Świnoujściem nie zawijałam do żadnego. Mogę powiedzieć, że jest to port na ładną pogodę. Przy silnym porywistym wietrze i dużej fali trzeba niesamowitego fartu aby trafić jachtem między główki a nie na falochron. Po lewej stronie mijaliśmy latarnię morską. Było to coś co cieszyło oko czyli dość ładny kawałek architektury. Zawinęliśmy do małego jachtowego portu przeżywając w trakcie drogi odprawę czyli najazd celników.
Mieliśmy masę spraw do załatwienia. Musiałam dorwać olej silnikowy a Dorota uzupełnić prowiant i wodę pitną. W keję dziobem walnęliśmy widowiskowo. Na miejscu Ewy, która na nas czekała odwróciłabym się na pięcie i uciekała na koniec świata. Ale ona twardo wytrwała do końca parkowania. Może myślała, że tak powinno wyglądać prawidłowe podejście do kei.
W składzie czteroosobowym: II-gi i III-ci oficer oraz Marek i Sławek plus kilka wielkich, pustych toreb udaliśmy się do miasta. Dorota była wybitnie niekontaktowa. Starałam się omijać ją z daleka i powstrzymywać potok słów cisnących się na usta. Widać było, że usiłuje skoncentrować się i uczynić prawidłowe zakupy. Chwała jej za to, chociaż dżemu nie chciała nabyć-Paskuda. Mało mnie z nóg nie ścięło gdy powiedziała: dżemu nie będzie. Nie zmiękła pod wpływem próśb Marka - także amatora dżemu. Odbyliśmy naradę wojenną pod hotelem. Dorota nieświadoma spisku usiłowała wymienić złotówki na korony duńskie. Postanowiłam podejść ją od strony humorystycznej. Bo wiadomo wszelkie nakazy i prośby tylko pogłębiają opór w jej przypadku. A jeszcze można przy tym oberwać. Po paru minutach narady pod hotelem czekał na Dorotę komitet strajkowy czyli Młode Wilki rządne dżemu. Na komendę zawyliśmy: Auuuu... dżemuuuu. Nie wytrzymała, śmiech obalił niezłomne postanowienie i...hurrra! kupimy dżem. Dostałam bardzo odpowiedzialną funkcję czyli 30-ci jaj do niesienia. Zaklinałam się, że ja tych jaj nie doniosę na jacht. Domagałam się zmiany. Nic z tego. Dożywotnio przydzielili mnie do tej funkcji i nie chcieli słyszeć o zmianie. Postanowiłam zaprotestować czynnie (nie nie, nie tłukłam po jednym jaju pytając czy zmienili zdanie - chociaż taka myśl przemknęła chyłkiem przez pokrętne zakamarki umysłu) a raczej biernie. Zboczyłam z trasy powrotnej na jacht usiadłam przy źródełku słonej wody i odczekałam. W pierwszym odruchu postanowiłam zbuntować się zupełnie i nie wracać na jacht. Na szczęście opamiętałam się szybko. Takie bunty wprowadzałam we wczesnym dzieciństwie. Po serii głębokich przemyśleń, pracy nad sobą i swoim charakterem zdołałam ujarzmić tą buntowniczą część natury i nawet ucywilizować ją trochę. Zerknęłam do przodu i zobaczyłam, że zatrzymali się przy przejściu i czekają na mnie. Trochę mnie to zawstydziło porwałam karton z tymi nieszczęsnymi jajami i ruszyłam do nich. W miarę zbliżania się zwalniając kroku aby zaakcentować niezależność. Zmienili mnie przy jajach. Oddałam je Markowi i zarzuciłam zgrzewkę mineralnej na ramię. W doskonałych humorach wróciliśmy na jacht. Sławek żartował, że Marek jest w tej chwili facetem o największej ilości jaj. Zasztauowaliśmy prowiant. Panowie poszli jeszcze raz do miasta aby kupić olej silnikowy i brakujący prowiant. A trio czyli Dorota, ja i Paweł (z pustymi butelkami po piwie, których żal wyrzucać) wyruszyło na poszukiwanie waluty czyli DKK - na horyzoncie była Kopenhaga. Niestety polskie kantory są kantorami jedynie z nazwy. One nie wymieniają pieniędzy, tylko skupują. Zrezygnowaliśmy z poszukiwań waluty. Zwabieni zapachem i apetycznym wyglądem racuchów trafiliśmy do małej cukierenki. Zamówiliśmy po mniejszej porcji z bitą śmietaną i jagodami. Pycha! Dziś na to wspomnienie łykam ślinkę. Słodkości trochę zacerowały rozdarty humor.
Potem powrót na jacht i pod prysznic. Sanitariaty nie miały klamki musiałam sposobem dostać się do środka. Woda była przenikliwie zimna. Gdy pierwsze krople spadły na moją skórę chciałam uciekać. Były takie zimne, że aż parzyły . Postanowiłam myć się etapami . Dorota śmiała się słuchając dźwięków jakie z siebie wydawałam . Poczekaj pomyślałam , zobaczymy jak przyjdzie twoja kolej. Faktycznie komentarze do zimnej wody leciały także z jej kabiny. Po kilkunastu minutach zaczęło wracać czucie i krążenie. Ta woda była naprawdę piekielnie zimna. Do 2300 był czas wolny. Panowie poszli do tawerny. Nie wierzyłam, że odcumujemy o jedenastej. A jednak udało się. Popłynęliśmy pyr, pyr na silniku. Stanęliśmy w obskurnym miejscu i czekamy na celników. Przyszli wbili pieczątki do paszportów a później stwierdzili, że jacht zarejestrowany jest na dziewięć osób (wypływa dziesięć).
No i zaczęło się. Powiedzieli, że jak Bosman portu zezwoli na dziesięć to nas odprawią. Bosman powiedział nie! Panowie celnicy wrócili na jacht i przekreślili stemple wpisując anulowano. Przemili ludzie. Miny zrzedły , humory mieliśmy wisielcze. Zapadło postanowienie czekać do jutra na Kapitana portu - może on nas wypuści. Niestety człowiek ów miał wolne i nie zjawił się. Bosman zdania nie zmienił. Wyskoczyłyśmy do sklepu. Trochę zdziwiło nas ogrodzenie i strzeżone wyjście. Na posterunku stał sympatyczny facet przepuścił nas bez dokumentów, które zostały na jachcie. Zakupy nie udały się - niedziela. Powrót tą samą trasą, ten sam celnik. Na jachcie bez zmian. Ogólne zniechęcenie i przygnębienie. Czekamy. Tylko na co ...
VII
We trzy wyrwałyśmy się na plażę. Od tej strony morza nie oglądałam parę lat. Woda była słona, zimna. Chociaż do temperatury wody z prysznica było jej daleko. Dorota ćwiczyła cios, był to specyficzny wykop, który w normalnych warunkach wymagał super szybkości. Natomiast przy zwolnionych ruchach w wodzie wychodził bez "chyba" dużego wysiłku. Ewa wychodząc z wody spytała jakim cudem wytrzymałyśmy tam tak długo. Przyjemnie było rozklapciać się na plaży i leniuchować. Ale powyżej dwóch dni coś takiego byłoby nie do wytrzymania. Godzina minęła, słoną wodę osuszył wiatr, można było nałożyć ubrania i ruszyć na przechadzkę po plaży. Obowiązkowo zjadłyśmy po porcji racuchów z bitą śmietaną i jagodami. Zrobiłam zdjęcie latarni morskiej.
Na jachcie. Pytamy czy Stary coś załatwił - nie. Obiad, całkiem niezły w porównaniu z tym co serwuje kambuz na pełnym morzu. Narada wojenna. Dowództwo portu uparło się nie popłyniemy w dziesięć osób. Ktoś musi drogą lądową pojechać do Świnoujścia, może tam nas wypuszczą. Mateusz zgłasza się na ochotnika. Pojedzie. Marek zgłosił się na towarzysza podróży. Poszli na dworzec. Mają dwa autobusy jeden za 15 minut, drugi 1745. Mateusz spytał kto będzie musiał zrezygnować z rejsu jeżeli tam nas też nie puszczą, bo nie chciałby jechać do Świnoujścia aby dowiedzieć się, że wysiada. Kapitan zabrał głos: któraś z osób deklarujących pływanie na tydzień. Na spotkaniach przedrejsowych część osób zapisała się na dwa tygodnie a trzy na tydzień, potem zmienili zdanie. Okazało się, że niedoszli podróżnicy Mateusz i Marek rekrutowali się z tych trzech jednostek. Sytuacja zrobiła się dramatyczna. Powiedziałam Dorocie - choć pojedziemy za nich. Skinęła głową. My pojedziemy krzyknęłam i nie zważając na protesty: dwie dziewczyny - a jak się coś stanie ? Zbiegłam pod pokład zabrałam sweter , dokumenty i kasę. Dorota spakowała worek. Zeszłyśmy na ląd. Oczywiście na wcześniejszy autobus nie zdążyłyśmy. Plątałyśmy się po parku . Dorota nabyła kasetę z sympatyczną muzyką w wykonaniu indiańskiej rodziny . Natknęłyśmy się na smażalnię ryb gdzie oferowano porcję rekina. Kuszące danie. Niestety autobus do Świnoujścia był tuż, tuż.
VIII
Podróż drogą lądową trwa kilkakrotnie szybciej i jest stanowczo mniej przyjemna od podróży drogą wodną. O 1900 wysiadłyśmy przy promie. Poszłyśmy drogą wakacyjnych wspomnień Doroty sprzed kilkunastu lat. Na końcu stał domek z ogródkiem. Całkiem niepozorny dla mnie ale Dorotę przyciągał niczym magnes. Obejrzała go z wszystkich stron, okna były zamknięte, ogródek pusty. Stała tam i nie mogła zdecydować czy wejść do środka. W końcu podjęła decyzję, wracamy. Łatwo powiedzieć. Idziemy a ona myk głowa do tyłu, ogląda się i tak co parę kroków. Nie wytrzymałam :widzę że cię tam ciągnie szoruj z powrotem. Nie posłuchała , może to na co spoglądała wydarzyło się w innym czasie i już się do tego nie wróci, nie wiem.
Przeprawa na Uznam trwała parę minut. Spacer uliczkami pełnymi wspomnień z ubiegłego roku (w końcu coś znajomego dla mnie) był miły. Nawet z prysznica w tym samym obskurnym hotelu byłam zadowolona. Co prawda kąpiel była nie planowana. Nie wzięłyśmy ręczników ale potrzeba matką wynalazków. Dorota w celach osuszania zaadoptowała na ręcznik jedną ze swoich licznych koszulek. Miałam większy problem. Nie zabrałam zapasowych rzeczy. Wszystko po jednej sztuce plus sweter. Postanowiłam wytrzeć się chusteczkami higienicznymi. Zmieściłam się w jednej paczce. Ale nikomu nie polecam tego sposobu wycierania. Strasznie niepraktyczny , chusteczki szybko nasiąkają wodą. Cel uświęca środki. Wspaniałe samopoczucie po prysznicu wynagrodziło niedogodności podczas. Dorota obśmiała mnie. Zamiast współczucia w związku z trudnymi warunkami kąpieli spotkała mnie kpina. Głód zaprowadził nas do ulicznej jadłodajni. Kebab był całkiem, całkiem tylko kawał placka na którym potrawa spoczywała był czerstwy . Gdyby nie ta chodnikowa muzyka (tego kto ją wymyślił zdzieliłabym chodnikową płytą) można byłoby spokojnie zjeść. Ale nie , musieli ją puścić. Stwierdzili, że zamykają - czy co i dla odstraszenia klientów włączyli magnetofon. Powrót na prom odbywał się w szybkim tempie. Aby dostać się do GPK-u, miejsca gdzie odprawiane są jachty potrzebna była taksówka. Niestety taryfiarz nie chciał pojechać. Może biedak miał chorobę morską i przerażała go przeprawa promem. Przeprawiłyśmy się na "pieszo". Wobec braku odpowiedniego środka lokomocji próbowałyśmy się dostać w umówione miejsce piechotą. Na portierni stoczni powiedziano, że przejścia nie ma a normalna droga ciągnie się ok.10 km. Nie - żadna nie miała ochoty na taki piechurski wyczyn. W tył zwrot, na poszukiwanie taryfy marsz. Znalazłyśmy jedną zabłąkaną przy dworcu PKP. Taksówkarz, sympatyczny gość zawiózł nas pod sam GPK. Poszłyśmy do budki celnika Dorota spytała czy Smuga Cienia płynąca z Kołobrzegu meldowała się już. Celnik spytał kiedy wypłynęli: o piątej - skierował się do radio - po południu - zawrócił. Jeszcze nie ma ich w zasięgu może rano będą. Czekała nas ciekawa noc. Na pirsie było pusto i spokojnie. Dorota stwierdziła, że tam prześpi się. Dla mnie nocowanie na betonie było poza dyskusją. Głupia nie zabrałam długich spodni i polara. Sweter co prawda grzał ale podmuchy wiatru przewiewały przez ubranie. Zaczęłam poszukiwania od najbliższej okolicy. Miejsce pod drzewkiem Dorota odrzuciła stanowczo. Zniechęciła ją wizja tłumów pędzących tam po postawieniu stopy na ląd w wiadomych celach. Co prawda było to pierwsze drzewo w drodze do lasu i nie zaobserwowałam wokół nic niepokojącego. Ale jej słowa zasiały wątpliwości - może faktycznie ktoś się tu zaplątał i starannie zamaskował ślady działalności. Dorota wróciła na pirs. Szukałam dalej. Znalazłam. Idealne miejsce w połowie drogi między GPK-em a główkami. Wyrównany teren pod młodym rozłożystym drzewkiem, zakryty przed otoczeniem gałęziami ścielącymi się do ziemi. Wróciłam na pirs i poinformowałam Dorotę, że nocuję pod ostatnim drzewkiem w kierunku morza. Obejrzała legowisko nie skrywając swego sceptycznego nastawienia - nie mam zamiaru nocować pod krzakami - głośno myślała. Moja duma własna była odrobinę urażona. Po oględzinach miejsca, któremu nic tym razem nie mogła zarzucić (tak myślę) zapadła decyzja - zostaję . Położyłam się u stóp drzewka i wytrzymałam parę minut. Energia cieplna wywołana ruchem ulatywała z każdą chwilą. Zaczynało mnie telepać. Zerwałam się, trzeba coś wykombinować. Wzięłam Doroty "maleństwo" czyli nóż - mordercę i wycięłam suche pnącza. Nie wiem co to była za roślina ale doskonale chroniła przed zimnem. Obłożyłam się całą górą suszu. Znając wrodzony wstręt Doroty do wszelkiego zielska oraz obserwując totalny brak zainteresowania tym co robię nie odważyłam się zaproponować - a może kołderkę? Trochę się gryzłam, to mój pomysł - jazdy drogą lądową - naraził Dorotę na taką włóczęgowską noc. Bez śpiwora, dachu nad głową. Przecież oni mogli płynąć bardzo długo. Nigdy nie wiadomo co może przydarzyć się na wodzie. W nocy rozwiało się mocniej. Na szczęście byłyśmy osłonięte od wiatru. Noc była ciepła a suche zielsko czyli "kołderka" doskonale trzymało ciepło. Nie powiem żebym się wyspała. Co jakiś czas wybijały mnie ze snu odgłosy ptaków i zwierząt. Śniłam jakieś koszmary. Ale teraz wiem jak nocują włóczędzy.
IX
Raniutko ok. 0700 celnik zbudził nas okrzykiem: Hej! płyną. Zerwałam się na nogi, otrzepałam słomę z ubrania. Poszłyśmy na pirs, Smuga Cienia dobijała. Kamień spadł mi z serca. Są, płyniemy dalej. Kapitan wysłał I-szego i Dorotę z paszportami do celników. Odprawili nas bez problemów. Załoga była w wyśmienitych humorach. Ogarnęła nas euforia - udało się wypuścili nas w 10-tkę. Nie minęło 15 minut a odchodziliśmy od pirsu. Za główkami ładnie wiało, stan morza 3. Wyrwałam na dziób i jak zaczarowana tkwiłam tam nie zważając na przewalające się przez pokład fale i chłonęłam morze. W tym falującym morzu jest jakaś siła, która przyciąga i nie pozwala zapomnieć. Kolejne odpryski smagające twarz sprawiały, że czułam się jak dzieciak rozchlapujący wszystkie napotkane po drodze kałuże. Sławek przyszedł na dziób. Zachowywał się jak pięciolatek, z łobuzerskim uśmiechem mówił kiwa i wystawiał twarz na słone krople z impetem nabytym przy zderzeniu z dziobem wpadające na pokład. Siedzieliśmy tam mokrzy i zadowoleni. To mi się w morzu podoba: wszystkie lądowe problemy gdzieś ulatują. Człowiek odkrywa w sobie tą pierwotną cząstkę natury . Wszystkie naleciałości cywilizacji opadają, nie ma żadnych barier. Nazywam to: chłonąć. To jest coś tak naturalnego, że nie wymaga myślenia, przetwarzania. Po prostu czuje się że to jest to. Jest mi dobrze i chcę więcej. Wzięliśmy kurs na wybrzeże niemieckie. Gdy po lewej w oddali Rugia zaczęła zostawać za trawersem wzięłam kurs na Kopenhagę. Przed zmrokiem ujrzeliśmy brzegi szwedzkie. Kapitan wpadł w panikę, nie rozpoznawał brzegu. Faktycznie wyszliśmy za bardzo w prawo. Jak się ściemniło po charakterystykach świateł doszliśmy że jesteśmy w pobliżu Trelleborga. Chcieliśmy płynąć dalej do Kopenhagi ale Kapitan uparł się - wchodzimy do portu aby sprawdzić gdzie jesteśmy. Więc wpływamy do Trelleborga, cumujemy, wychodzimy na pirs i pytamy gdzie jesteśmy. Idiotyczne. Odniosłam wrażenie, że Kapitan się boi. Ale udało się wyruszyć jeszcze tej nocy do Kopenhagi. Nie mam zbytniego szacunku do Kapitana po tym rejsie. Był dla mnie: za mało konkretny, za mało stanowczy, za mało fachowy. Swoim pojawieniem na pokładzie w czasie trudnych sytuacji wcale nie wywoływał spokoju i zaufania. Tylko większą nerwowość, rozdrażnienie swoimi uwagami, rozkazami. Do niektórych komend odnosiłam się z głęboką rezerwą i ledwo hamowanym buntem. Moja opinia jest wybitnie subiektywna, jeszcze mi nie przeszło.
Pływanie w zasięgu brzegu ma swoje uroki jak też minusy. Mobilizuje do ciągłego napięcia. Pilnowania kiedy przekroczymy sektor światła. Identyfikowania kolejnych świateł ze stoperem. - Przydałoby się zrobić namiar- a więc myk pod pokład, łap za namiernik i szybko jeden po drugim dwa namiary na rożne światła. Od szybkości namiarów (czyli jak najmniejszego odstępu między nimi) oraz precyzji sternika w utrzymywaniu kursu zależy dokładność pozycji otrzymanej z namiarów. Takie pływanie jest bardzo ciekawe i absorbujące. Doping w postaci kolejnych świateł przepędza czatujący w pobliżu sen. Bardzo mile wspominam ten odcinek trasy. Jacht szedł optymalnym kursem, biały sektor latarni przywiódł nas prosto do kanału Falsterbo zwieńczonego ruchomym mostem. Zbliżaliśmy się wolniutko do mostu aby zdążyć zacumować gdyby "wrota" nie podniosły się. Miłym zaskoczeniem było przepuszczenie bez przetrzymywania. Sławek z dumą siedmiolatka powiedział: - Tylko dla nas zatrzymali ruch na drodze i podnieśli most - uśmiechając się przy tym od ucha do ucha. Faktycznie był to miły akcent i bardzo budujący po przykrych doświadczeniach w niegościnnym rodzimym Kołobrzegu, który kojarzy się jako czarny punkt rejsu. Wypełniłam dziennik wpisując ostatnią pozycję i udzieliłam Witkowi informacji o kursie, widocznych światłach itp.
X
Rano. Chyba zostałam obudzona na wschód słońca. Tradycyjnie świtówkę miała Dorota. Te wschody miały być rekompensatą za pozbawienie mnie uroku porannych wacht, które - tak mi się wydaje - byłyby ulubionymi. O ironio w ciągu dwóch pełnomorskich rejsów nie miałam ani jednej wachty od 0400 do 0800. Po ceremonii wstawania słońca znad horyzontu nie wróciłam do koi nie opłacało się. Byliśmy w pobliżu Kopenhagi. Obejrzałam sobie tor wodny do miasta. Wpłynęliśmy do portu jachtowego i przeżyliśmy chwile grozy. Trzeba było wpłynąć między dwie łajby, zacumować dziobem do kei a rufową cumę założyć na boję. Pokazałam Sławkowi jak powinien założyć cumę, Pawła przydzieliłam do odłowienia boi bosakiem - wachta III-cia zajmowała się rufą i poszłam na dziób. Jakoś bardziej ciągnęło mnie tam. Może jest to nawyk z Mazur (bardzo lubię skakać za cumą) a może dlatego, że w tamtej części zawsze działy się najciekawsze rzeczy. Tym razem ciekawie było także na rufie. Mimo złapania boi bosakiem cuma nie została założona. Nie wiem co się stało czy Sławek pokpił sprawę czy I-szy za daleko płynął od boi. Pozostanie to dla mnie tajemnicą. Nie będę opisywała miotania się między dwoma jachtami, keją i boją. Zacumowaliśmy.
Pierwsze kroki do sanitariatów. Tradycyjny zimny prysznic (zimny z powodu braku monet na ciepłą wodę) postawił mnie na nogi. Śniadanie dodało sił. Na spacer po Kopenhadze wybraliśmy się całą ekipą. Na jachcie został Kapitan. Po drodze odmienne cele i zainteresowania przerzedziły naszą gromadkę. Wędrówkę po gąszczu sklepów kontynuowałyśmy w towarzystwie Marka, Sławka i Pawła. Marek wsiąkł w "zabawki", chciał wybrać coś dla synka. A my utknęłyśmy przy stoisku z męskimi koszulami. Dorota marudziła strasznie, chodziła z miną głodnego jamnika i nie mogła zdecydować się na którąś sztukę. Ja również z zainteresowaniem oglądałam męskie koszule, na luzie ponieważ nie zamierzałam nic kupować. Przeszłam do stoiska z butami i odzieżą damską. Przy konfekcji damskiej Dorota stwierdziła, że powinni wywiesić ostrzeżenia przed pochopnym zagłębianiem się w ten rejon. Można doznać szoku i trwałego psychicznego urazu. - No powiedz nałożyłabyś coś takiego?! - Na tak postawione pytanie zachowałam neutralność. Faktycznie niektóre "sztuki" były cokolwiek szkaradowate ale uważam, że wszystko kwestia gustu i osoby. Na człowieku mogło to wyglądać znośnie . Roześmiałam się bardziej z tonu i sposobu postawienia pytania niż z samej treści. Próbowałam odwiedzić jeszcze jeden sklep z damską odzieżą ale pesymistyczne nastawienie Doroty wymusiło szybką ewakuację z owego miejsca. Jakby się ktoś pytał co noszą Dunki odpowiem - nie wiem. Komiczna sytuacja, bawiłam się świetnie. Nie jestem amatorką sklepów raczej antyamatorką i tylko potrzeba czegoś nowego zmusza mnie do wędrówki po nich. Ciekawość nie była zbyt paląca więc aby nie drażnić Doroty opuściłam lokal. Za to przed wystawami z nożami, bronią nie było sprzeczności zainteresowań. Przedłużająca się wędrówka sprawiła, że gdy zobaczyłam miejsce do siedzenia korzystałam z okazji. Obojętnie ławka czy fontanna siadałam i łapałam chwile wytchnienia dla biednych zmordowanych nóg . Wracając na jacht zatrzymaliśmy się nad kanałem. Chłopaki wyczaili całkiem dobre piwo Tuborg Classic. Jedne z nielicznych od których nie wykręca mi twarzy po wypiciu pół butelki. Przysiedliśmy na murku i sączyliśmy Tuborga a słońce uderzało do głowy. To była przyjemna chwila a najbardziej cieszyły się moje biedne wychodzone nogi. Hmm, rzeczy przyjemne kończą się szybko zakupiliśmy jeszcze po piwku i zaczęliśmy odliczać krokami (niestety) drogę powrotną na jacht. Sklepik żeglarski przy porcie był jednym wielkim rozczarowaniem. Myślałam, że wydam korony. Zdaje się, że korony Doroty także miały ochotę na opuszczenie kieszeni. Niestety nic nie wpadło nam w oko.
Uwaga moja czapka domaga się wzmianki. Podczas męczącej wędrówki po sklepach przyciągnęła wzrok i już wiedziałam, że ją kupię. Obeszłam dwa razy sklep zwlekając, przymierzyłam kilka kapeluszy wróciłam do pudła z czapkami i ze stosu podobnych wybrałam właśnie ją. Trójkolorowa nałożona na bakier wygląda trochę zawadiacko. Daj mi spokój, już o tobie napisałam, to jest wspomnienie z rejsu a nie opis czapki. Wracam do sklepu żeglarskiego. Pokręciliśmy się tam parę minut i powlekliśmy się na jacht. Gdy mijałam prysznice po głowie przemknął cień ożywienia. Kąpiel to jest to!
XI
Świeżo wyprana usiadłam do obiadu, jachtowa kuchnio wybacz ale nie pamiętam co jadłam. Rany jak się obijałam na tym rejsie, żadnych kuchennych czynności. Nie musiałam gotować, zmywać, sprzątać, obierać, kroić - z punktu widzenia oficera świat jest wspaniały. I na dodatek nie musiałam pilnować Sławka by obiad był na czas. Biedak był na tyle obowiązkowy, że sam się o to martwił. I po co ? Lepszej opinii niż inni nie miał i PU nie zrobił zabrakło 5 i pół godziny. Po posiłku na stół zabłąkały się butelczyny wypełnione klarownym płynem przezroczystym i słomianym (który tak propaguje Dorota na swoich rejsach). Ja jednak nie nadaję się na Wilka Morskiego, robiłam skuteczne uniki szklaneczką przed owymi płynami wzdychając w myślach za sokiem pomarańczowym. Wesoło było bardzo aczkolwiek wszystkie dowcipy i żarty utrzymane na pewnym poziomie, słownictwo także niemorskie. Pamiętam, że podczas pierwszego rejsu na takich "biesiadach" czułam się cokolwiek zawieszona i rozdarta pomiędzy świadomością przynależności : do załogi oraz płci przeciwnej. W takich momentach czułam podwójne zadowolenie z towarzystwa Doroty, czasami rzucałyśmy porozumiewawcze spojrzenia. Tegoroczny rejs podobał się nieskończenie bardziej.
XII
Zbliżała się 2200 a mieliśmy w planach jeszcze wypad do Tivoli. Na hasło lunapark wyciągnęłyśmy całą załogę . Przed wejściem Sławek i Marek rzekli, że idą szukać atrakcji innego rodzaju w specjalnej dzielnicy. Spotkamy się o północy. Tivoli było równie wspaniałe jak to ze wspomnień ubiegłorocznych. Miejsce to ma w sobie jakiś czar i urok. Czas umyka niespodziewanie. Altany ukryte wśród krzewów, wspaniałe walce i lampiony rzucające rozproszone delikatne światło mogą zakręcić w głowie nie gorzej od symulatora dla pilotów odrzutowców. Na takiej maszynie odbyliśmy kilka lotów. A był to numer1 na naszej liście urządzeń pt: "gdzie najbardziej miota ". Ostatni przelot odbyliśmy gratis dzięki uprzejmości bramkarza.
Z Tivoli prócz zadowolenia pozostało uczucie niedosytu. Chciałabym kiedyś spędzić tam cały dzień. Te marne dwie godziny tylko zaostrzają apetyt. A miejsce godne jest ze wszech miar uwagi zarówno ze względu na mocne wrażenia jak i te całkiem odmienne, przeznaczone dla "człowieka cywilizowanego" (tak nazywam siedzenie w bez - ruchu i podziwianie wytworów rąk ludzkich czy to materialnych czy ulotnych). Na ławce przy fontannie czekałam na Dorotę która uganiała się za jedzeniem. Te powietrzne akrobacje wzmagają jej apetyt, mnie natomiast nie ruszają. Widziałam jak milkną kolejne światła, lampiony , gaśnie woda fontanny. Wyszłam na końcu.
Na zewnątrz czekały dwie zbłąkane owieczki. Oczy im błyszczały pewnie jakieś procenty wskoczyły im do głów. Zaciągnęli nas do knajpy. Była sympatyczna i całkiem w dobrym tonie jak na tą dzielnicę. Na stole pojawiła się cała gama piw Tuborga. Dorota, Marek i Mateusz próbowali rozszyfrować szafę grającą aby złapać bardziej nastrojową muzykę. Wystrój był oryginalny na ścianach w ramkach wisiały banknoty różnych państw. Polskie tysiące też tam trafiły ale banknotów po denominacji nie zauważyliśmy. Nie będę opisywała na jakiej ulicy ów lokal się znajdował . Dominował kolor czerwony zarówno przy szyldach jak i w neonach. Nie wiedzieć czemu panowie stwierdzili, że szczytem ich marzeń jest zdjęcie pod sex-shopem, moim marzeniem owo zdjęcie bynajmniej nie było. Powiedziałam, że nie chcę zdjęcia w tym miejscu. Chyba nie dotarło, wzięli mnie pod ręce i ustawili przy wystawie. Na zdjęciu widać moją pełną politowania minę, którą robię do Doroty. Ta Paskuda jeszcze ich podpuszczała na to zdjęcie. Zdaje się, że nawet usiłowałam jej przyłożyć w drodze powrotnej. Marek próbował nas rozdzielić i od tego czasu z respektem wyrażał się o naszych potyczkach. W sumie był świadkiem tylko dwóch "bójek". Po drodze meldowałam się przy każdym automacie do biletów autobusowych. Spodobały mi się te czerwone guziczki. Niestety nie otrzymałam ani jednego biletu chociaż minęliśmy ich z pięćdziesiąt. Na protesty reszty z przekory nie ominęłam żadnego automatu. Łakomie spoglądałam na szereg białych guziczków od domofonu ale Dorota niestety przypilnowała bym ich nie ruszyła. Chyba opanowała mnie jakaś guzikomania czy co? Normalnie tak się nie zachowuję.
Przy fontannie (Dania w rydwanie z trzema bykami) Dorota postanowiła przespacerować się oślizgłym półkolistym brzegiem tejże fontanny. Gdybym mogła to zakazałabym jej owej przechadzki ale wiedziałam, że to nic nie da. Jeszcze umocni upór więc wyjęłam aparat i pstryknęłam dwie fotki i pognałam do toalety. Wypite piwo dawało znać o sobie. Ostatnie zdjęcie robiłam przestępując z nogi na nogę.
XIII
Na jachcie. Wyniosłam śpiwór na dek zajęłam swoją luksusową miejscówę w kokpicie po lewej stronie steru i odpłynęłam...
Te poranki zjawiały się zbyt szybko, byłam koszmarnie niedospana i musiałam wstawać. Ostatni raz odwiedziłam prysznice w duńskiej stolicy. Z wyjściem nie mieliśmy kłopotów. Pogoda była śliczna tylko trochę w mordę wiało. Halsowaliśmy się między duńskim i szwedzkim brzegiem aż do kanału Falsterbo. Zacumowaliśmy tam na chwilę aby zasięgnąć prognozy pogody. Dowcipni Szwedzi podali dane meteo dokładnie na dwanaście godzin nie wspominając o nadciągającej burzy. Po opuszczeniu Falsterbo wzięliśmy kurs na Bornholm - po raz trzeci w trakcie rejsu. Jak tylko zeszłam pod pokład aby się zdrzemnąć na morzu zaczęły się dziać fascynujące rzeczy. Na szczęście Kapitan zarządził: all hands on deck. Z trzech stron gnała na nas burza. To był niesamowity widok. Na horyzoncie zapalały się pasma światła. Pół widnokręgu błyskało. Zrobiliśmy zwrot i gnaliśmy na silniku do portu Trelleborg. A burza deptała nam po piętach. Już nie pasma ale ściana światła pojawiała się na horyzoncie. Było widać ślady piorunów. Dźwięk niestety nie docierał. Wydawało się , że burza jest tuż, tuż a była jeszcze spory kawał za jachtem. Ale pędziła niesamowicie. Ledwo zdążyliśmy zacumować a przyszedł podmuch. To był jednorazowy silny powiew. Popatrzyłam do góry na ziemię opadały pióra ptaków porwane przez wiatr. Na głowę spadły pierwsze krople. Deszcz. Nasza łajba powinna nazywać się "Sito" tak brała wodę górą i dołem. Kabina wyglądała jak biblijna arka. Przy maszcie stały naczynia zbierające deszczówkę. Woda skapywała dosłownie wszędzie. Gdyby padało dłużej mielibyśmy kłopoty. Smętne miny mówiły nici z Bornholmu, co za pech. Okazało się, że w dzienniku wpisany był ląd docelowy Bornholm. Podniosły się głosy aby zrobić dochodzenie kto zapeszył wpisując cel. Dorota odezwała się: możecie nie robić dochodzenia to ja wypełniłam dziennik. Kapitan uraczył nas opowiastką jak to będąc młodym marynarzem także wpisał cel i dostał niezły OPR. Noc w tej cieknącej balii nie należała do najprzyjemniejszych.
Rankiem Sławek, Dorota i ja ruszyliśmy na poszukiwanie prognozy pogody. Zwiedziliśmy całe doki, biuro odpraw promów, przeszliśmy parę kilometrów i nic. Wiarygodną meteo przepowiednię usłyszeliśmy od duńskiego żeglarza, który cumował obok nas. Kapitanowi nie podaliśmy źródła informacji ale prognoza była solidna. Wiatry sprzyjały nam do samego Bornholmu. Płynęliśmy motylem, łódka sennie kołysała się przepuszczając fale, które gnały gdzieś tam...
XIV
To było prawdziwie relaksacyjne pływanie. Jeden wiatr, jeden kurs, raz ustawione żagle. Wspaniałe słońce, rwące fale popychające nas do celu - sielanka. Dorota grała, wzięła gitarę i dała wspaniały parogodzinny koncert. Przypomniało to czasy gdy grała całą noc, z własnej woli. Nie trzeba było wyciągać kolejnych piosenek i prosić aby nie odkładała gitary. To były czasy! Zrobiliśmy parę zdjęć na pokładzie. Wspięłam się na spinakerbom przytrzymujący genuę i pooglądałam świat z góry. Miejsce na dziobie było oblegane. Dorota utkwiła tam i wsiąkła w fale. W końcu też się dorwałam do tej super widowiskowej miejscówy. Usadowiłam się w ławeczce bosmańskiej przywiązanej do kosza dziobowego, nogi zwieszając w powietrzu. Niektóre fale podchodziły pod sam dziób, musiałam podkurczać nogi aby ich nie zmoczyć. Profilaktycznie zdjęłam buty ale jak zmoczyłam pięty to długo czułam na nich zimne powiewy wiatru. Dlatego broniłam się przed wodą. Te przelewające się fale mają jakiś urok i coś co przyciąga wzrok i hipnotyzuje. Godzinami mogę się w nie wpatrywać. Niestety ustawiła się kolejka do dziobu. Ustąpiłam miejsca. Dorota położyła się na pokładzie i wystawiła rękę za burtę: popatrz przychodzą aby je pogłaskać. Faktycznie wyglądało to tak jak gdyby fale podpływały pod rękę. Kolejną atrakcją była wyspa z każdą minutą rosnąca w oczach. Przekręciłam czapkę daszkiem do tyłu, bo już bolała mnie szyja od zadzierania głowy aby coś zobaczyć. Niestety nie wcisnęłam jej mocno na głowę. Podmuch wiatru zerwał czapkę i cisnął w morze. Dzielnie trzymała się na fali czekając aż ją wyłowimy. Ale Kapitan stwierdził, że i tak nie wyłowilibyśmy jej. O człowieku małej wiary! Dorota za sterem, czapka na fali ja z bosakiem, błyskawiczne podejście do człowieka i bym ją miała. Opłynęliśmy pół wyspy aby wejść do portu. Kierunek i siła wiatru nie pozwalały na zawinięcie do wcześniejszych przystani.
XV
Alinge wiochą jest ... śpiewał Porębski ale sympatyczną o niesamowitym klimacie. Pięć uliczek na krzyż, przytulny mały port. I domki wyglądające tak jak gdyby wyrosły razem z drzewami. Wszystko czyściutkie, wymuskane, przytulne aż rwące za serce. Pomyślałam, że chciałabym zamieszkać na tej wysepce.
Wieczorem ruszyłyśmy na poszukiwanie knajpy w której zakotwiczyli panowie. Spenetrowałyśmy główne uliczki i nic. Sławek wytropił nas i zabrał do reszty. To było doskonałe miejsce. Niski, biały sufit z wyeksponowanymi belkami, pastelowożółte ściany, kilka obrazków pędzli nowożytnych artystów. Drewniane ławy i krzesła z wygodnymi obiciami. W rogu bar, na ścianach półki z ciemnego drewna dźwigające butelki piwa i inne trunki, sympatyczna barmanka. Nad stołami zwisały lampy, klosze były zawieszone poniżej poziomu oczu. W górze panował przyjemny półmrok, po ścianach przesuwały się cienie a blat stołu był jasno oświetlony. Przy barze siedział właściciel lokalu z gitarą w rękach i harmonijką przy ustach i tworzył niepowtarzalną atmosferę wysyłając dźwięki bluesa. Nigdy nie byłam amatorem bluesa ale po tamtym wieczorze te dźwięki kojarzą się z czymś przyjemnym . Czułam się tam wspaniale, wyciągnęłam się w krześle, mięśnie leniwe i odprężone po kąpieli sprawiały wrażenie jakby ich nie było. Sączyłam Tuborga i chłonęłam bluesa i ten klimat czegoś absolutnie doskonałego pełnego spokoju i czaru. Coś takiego trafia się rzadko. Za ścianą stał stół bilardowy. Witek, Mateusz i Grześ zabrali się do gry. Wstąpiłam do nich na moment i uśmiałam się. Na środku stołu stało pięć kręgli a oni ganiali trzy bile naokoło. Ochota na bilard przeszła, nie przypadła mi do gustu "wyspiarska wersja" - grzybek. Wróciłam na główną salę. Dźwięki bluesa brzmiały uroczo. Marek tańczył z Dorotą, zrobiłam im zdjęcie. Sławek tańczył ze mną na szczęście muzyka umilkła jakoś nie miałam ochoty na taniec. Tam było zbyt spokojnie , miało to swój czar ale mnie do tańca potrzebne jest coś szybkiego, wartkiego. Takiego, że nogi same skaczą. W Dani jest zwyczaj, że o 0200 zamykają lokale. Właściciel trochę przedłużył dla nas koncert a potem z uśmiechem porozmawiał z nami. Spytał gdzie mieszkamy. Powiedział, że był w Krakowie i miło wspomina miasto. Dorota namawiała : najwyższy czas odwiedzić Warszawę. Pożegnaliśmy się. Zrobiliśmy dokończenie imprezy na falochronie. Dorota grała na gitarze, Marek i Sławek wykańczali ostatnie egzemplarze piwa z Kopenhagi a mnie kleiły się oczy. Idę spać - zgasiłam imprezę. Niestety moja miejscówa w kokpicie była zajęta. Ułożyłam się na deku.
XVI
Te noce były strasznie krótkie o piątej obudził mnie Grześ pytając czy idziemy do ruin. Przypomniałam o planowanej wyprawie pieszej na drugi koniec wyspy do starego zamczyska. Zerwałam się zwijając pośpiesznie śpiwór. Nie budzić Doroty - szepnęłam - jest przeciwnikiem pieszych wypraw. Zapowiedziała wczoraj, że nigdzie nie idzie. Marek także deklarował chęć pozostania na jachcie. Na wzmiankę Sławka, że on także nie idzie oburzył się i powiedział żeby nie psuć mu planów bo razem z Dorotą zrobią śniadanie. Prosił abym nakazała Sławkowi wycieczkę do ruin. Ze śmiechem powiedziałam, że moja komenda tak daleko nie sięga. Szkoda, że Sławek został, może zrobiliby śniadanie a tak po powrocie zastałam towarzystwo wygrzebujące się z sennych oparów. Niech żałują wycieczka była super. Pięć kilometrów uliczkami Bornholmu pozostawiło po sobie niezatarte wrażenie. Na polu zobaczyliśmy duńskie krowy. Tak samo łaciate jak polskie tylko bardziej dystyngowane. Jedna mlecznokawowa zaryczała głośno na nasz widok i popędziła do ogrodzenia. Prawie zrozumiałam o co jej chodziło tak sugestywnie zaryczała muuuuu, chciała podzielić się mlekiem. Szosa zaczęła się wznosić pod górę i opadać. Ujrzeliśmy wzgórze, most i ruiny otoczone murami. Zagłębiliśmy się w dziedziniec. Odłączyłam się od reszty. Wspięłam na fragment wieży, spojrzałam w dół i w ekspresowym tempie zaczęłam schodzić. Myślałam: o tej porze wszyscy Duńczycy śpią ale jakieś dwa poranne ptaszki prawdopodobnie konserwatorzy kręciły się po ruinach. Weszłam na szczyt murów i spojrzałam w dół oczyma kogoś kto mógł mieszkać tu dawno temu.
XVII
Pan zamku przechadza się po blankach. Z niepokojem wpatruje się w morze aż oczy łzawią. Co czai się za horyzontem. Czy mogą spać spokojnie bez obawy że nocą wróg wedrze się na mury, zacznie rzeź. Statek z wieściami o toczącej się wojnie nie przypływał. Jest! biały żagiel na horyzoncie. Otarł rękawem bolące oczy. Nie to tylko złudna gra fal. Zamyślony odchodzi.
W powietrzu szybuje mewa. Samotna. Wieje tak silnie, morze jest takie groźne. Wydaje się, że tkwi nieruchomo w powietrzu, tylko kolejne podmuchy unoszą ją coraz wyżej i wyżej. Zeszłam niżej wyjrzałam przez okienko strzelnicze. Wąska szczelina o grubych półmetrowych murach odsłaniała fragment morza. Tutaj o poranku stał strażnik. Chronił się za murem od wiatru, tylko oczy wystawały i czujnie wpatrywały się w morze. Czający się sen przeganiał rzucając kamyki do wody. Przymierzał się kuszą do urojonego przeciwnika podchodzącego pod blanki zamku. Po drugiej stronie murów rozciąga się wąwóz przechodzący w zielone pastwiska. Owce leniwie skubią trawę. Wyobraźnia nie podsuwa im przerażających obrazów. Od tej strony zamek jest nie do zdobycia. Budowniczy pominął okienka strzelnicze. Tu nie są potrzebne.
Na dziedzińcu siedzi mały chłopiec. Patrzy z dumą na wieżę, jego ojciec ją wybudował. Wznosiła się dumnie ponad inne zabudowania . Kamienie połączone zaprawą ciasno przylegają do siebie. Jeden nad drugim , tworzą mur. Ściany spotykają się bokami splatając w rogi. Rządkiem jedno nad drugim stoją okna. Ich równe ostre łuki cieszą oko. Starannie wygładzone kamienie zbiegają się w jedną krzywiznę. Malec oderwał rozgorączkowane oczy od wieży, godzinami mógł wpatrywać się w nią. Postanowił, że kiedyś wybuduje coś równie wielkiego i wspaniałego.
Z kuchennej sali wyszedł kuchcik. Kubeł z pomyjami tego ranka był wypełniony po brzegi. Ostrożnie stąpał balansując naczyniem. Sznur wpijał się w dłoń. Zacisnął zęby, jeszcze pięć kroków, trzy, mur - kubeł dotknął ziemi. Rozcierając zdrętwiałą rękę patrzył w morze. Któregoś dnia chluśnie te pomyje kucharce w pysk i ucieknie na statek. Jeszcze trochę aż będzie tak duży, że nie będą pytali skąd się wziął tylko zabiorą go na morze. Wiatr zagwizdał w szczelinach muru niosąc obietnice przygody na morzu. Fala z łoskotem uderzyła w przybrzeżne skały. Nagły podmuch wdarł się za koszulę. Wzdrygnął się z zimna, wylał pomyje za mur. Odwrócił się plecami do morza. Jeszcze nie dziś, jeszcze nie tym razem. Za bramę wychodził posłaniec do pobliskiej wioski Alinge. Zaskrzypiały bloki belki mostu dotknęły ziemi przykrywając fosę. Z zadowoleniem patrzył na zielone pastwiska zaczynające się zaraz za fosą i ciągnące daleko, daleko. Pastuszek przeganiał stado owiec na świeżą trawę, ta była wytrzebiona aż do korzeni. Droga miękko układała się pod nogami, nim słońce zacznie przypiekać będzie siedział w karczmie popijając zimne piwo.
XVIII
Zobaczyłam Kapitana kręcącego się w pobliżu. Krzyknęłam, że wracam na jacht i zbiegłam przez most w dół. Powoli wizja z dawnych lat ulatywała. Droga powrotna zleciała błyskawicznie. Głód gnał mnie na jacht. Niestety śniadania nie ma. śpiochy dopiero co wstały. Szkoda czasu, trzeba iść pod prysznic. Kambuz po powrocie z pieszej wycieczki zaczął krzątać się przy śniadaniu. Dorota sprawiła nam niespodziankę serwując na stół duńską kiełbasę. Do polskiej brakowało jej duuużo. Ale mięso przyjemnie urozmaiciło monotonny jadłospis. Kapitan gorączkowo nawoływał do opuszczenia portu usiłując zebrać rozproszoną załogę. We trzy wyskoczyłyśmy na cieplutkie bułeczki z czekoladą. Były pyszne. Porozbiegana załoga powoli wracała na jacht. Wszyscy są, cumy oddaj. Mijamy główki, kurs na Christianso.
Planowaliśmy cumowanie na tej wysepce i kąpiel w kryształowo przezroczystej (podobno) wodzie. Niestety silny wiatr, umykający czas - to już ostatnie ziarna rejsu padały na drugą stronę klepsydry, pokrzyżowały nam plany. Podpłynęliśmy tak blisko , że zobaczyłam dwie wysepki. Strasznie malutkie z kilkoma domkami i mostem łączącym oba lilipucie lądy. Przypominały mi bajki z dzieciństwa. Mateusz wyrwany ze snu głośno ubolewał nad sobą: Dlaczego zbudziliście mnie, tak przespałbym i nie wiedziałbym co tracę. Ja chcę na plażę. Podobno po drugiej stronie wysepki jest plaża nudystów. Niestety trzeba było wykonać zwrot i wziąć kurs powrotny - do domu.
XIX
Wiało silnie 5 do 6 stopni Beauforta. Zeszliśmy pod pokład, ułożyłam się do drzemki, na sąsiedniej koi po drugiej stronie mesy spał Paweł powalony nękającą go chorobą chyba morską. Ze snu wyrwało mnie irytujące uczucie-coś mi łazi po ręce. Strzepnęłam to coś. W momencie gdy zasypiałam natrętna mucha zaatakowała znów. Parę razy dobitnie pokazałam, że nie życzę sobie aby spacerowała po mnie. Niestety nie usłuchała . Zmęczenie znikało wraz z kolejnymi spacerowymi próbami muchy. O nnnie! czara przepełniła się, skoczyłam na równe nogi porwałam narzędzie mordu - półmetrowy trampek Witka- polowanie rozpoczęte. Poobijałam całą mesę . Gdy mucha usiadła na spokojnie śpiącym Pawle przywaliłam w nią wywołując okrzyk bólu . Mucha ogłuszona znieruchomiała. Zaczęłam ładować się do śpiwora gdy odżyła. Momentalnie trampek do ręki i ... cios. Tym razem Paweł miał dość: - Co ty wyprawiasz - syknął wkurzonym głosem .
- Miałeś pecha mucha na tobie usiadła. - padła bezlitosna odpowiedź. Zawinął się w śpiwór mrucząc coś pod nosem. Nie dociekałam co usiłował powiedzieć. W końcu mogłam spokojnie spać.
Przyszła moja wachta. Kapitan wymyślił, że założymy genuę na ten czas gdy płyniemy osłonięci wzdłuż brzegów Bornholmu aby zyskać na czasie. Nie będę opisywała co sobie pomyślałam w tym momencie o Kapitanie. Zacisnęłam zęby i wydałam komendę: do przygotowania genuy na sztag. Mimo, że szliśmy na foku sztormowym rzucało nami nieźle. Tkwiłam na dziobie miotana na wszystkie strony, wrzeszczałam do załogi pilotując genuę. Trzeba było wyciągnąć ją z luku przedniego. W trakcie wyciągania chyba zaczepili delikatnym płótnem i rozdarli ją na środku. Dziura (dwa centymetry na dwa) objawiła się gdy genua wpełzła na sztag. Szlag by to trafił. Żagiel ponownie na dół. Fok sztormowy do góry. Kapitan stał przy zejściówce i wrzeszczał: porwaliście żagiel, porwaliście żagiel, jak rozpieszczony bachor. Miałam ochotę trzepnąć go w ucho. W końcu opamiętał się i umilkł. Kazał zszywać genuę na dziobie i przykryć się żaglem aby nie zmoknąć. Wściekła wskoczyłam do achterpiku wydobywając łatkę i igły. Igły pamiętały czasy króla Ćwieczka były zardzewiałe, grube i nie nadawały się do szycia. Zabrałam prywatną igłę Grzesia i dotarłam na podskakujący na falach dziób do Sławka. Biedak leżał rozpłaszczony na pokładzie przyciskając całym ciałem genuę aby nie odfrunęła. Był cały mokry. Odszukaliśmy rozdarcie co nie było łatwym zadaniem, żagiel miał 32 m2 powierzchni. Usiłowałam załatać dziurę. Miałam dobre chęci ale to polecenie było bezdennym wyrazem głupoty Kapitana. Miałam trudności z trafieniem igłą we właściwe miejsce, fale zalewały mi oczy. Wściekła dotarłam do kokpitu i spokojnie stwierdziłam, że nie będziemy tego żagla zszywać na dziobie. Zabierzemy go do środka i tam zaszyjemy. O dziwo dostałam na to zgodę. Ponieważ moja wachta kończyła się kazałam Grzesiowi siadać do foki i szyć. W dziesięć minut genua była gotowa. Ale Kapitan nie kwapił się do ponownego jej postawienia. Wiało coraz silniej. Płynęliśmy do Nekso szukając schronienia przed sztormem. W porcie panował spokój i cisza.
XX
Podejście było udane, już od jakiegoś czasu nie mieliśmy większych problemów z cumowaniem. I-szy w końcu zaczął podchodzić na mniejszym szwungu. Dotarło do niego, że wsteczny w tym silniku praktycznie nie działa. Nie ma szans na wyhamowanie. Kapitan miał znajomych w porcie, wycyganił hasło do sanitariatów. Gorący prysznic sprawił, że poczułam się trochę mniej zmęczona. Cały czas w tym opowiadaniu przewija się prysznic, kąpiel , ale jest to bardzo istotna sprawa. Luksusem jest zmycie z siebie zmęczenia, słonej wody, brudu. Pierwsze kroki po przycumowaniu jachtu przeważnie stawia się w kierunku źródła słodkiej wody.
Opóźniony obiad i kolacja zarazem pichciły się w kambuzie. Mateusz podał flaki. Spieprzył je solidnie. Tak porządnie, że po paru łyżkach zaczęliśmy domagać się mineralnej. Na zgorszone spojrzenia Ewy (w mesie unosił się zapach wódki) mówiące: ale z was gagatki już zdążyliście obalić flaszkę. Życzliwa załoga odpowiedziała, że ona też się zaprawiła. Z przerażeniem spojrzała na flaki: - Maaateusz, coś tam dolał? - Do flaków nic ale chleb jest nasączony wódką.
Otóż genialni załoganci wymyślili patent na spleśniały chleb. Okrajali skórkę i dodatkowo dezynfekowali niedobitki zarodników pleśni nasączając pieczywo wódką. Smakowało średnio, zwłaszcza mokry chleb z dżemem nie jest potrawą marzeń. Mieliśmy ambitne plany wypadu do miasteczka, odwiedzenia jakiejś knajpki ale nic z tego. Po posiłku usnęliśmy. Pamiętam, że położyłam się na swojej koi, przykryłam śpiworem nie zdejmując ubrania i momentalnie odleciałam. Gdyby nie wyprawa na wieżyczkę obserwacyjną tuż po prysznicu nawet nie ujrzałabym miasta. A tak mam mgliste pojęcie o Nekso.
Bardzo wcześnie rano podczas mojej wachty wypłynęliśmy z portu. Stawiamy żagle. Okazało się, że wiatr jest za silny na Genuę, żagiel bierze wodę. Trzeba postawić foka sztormowego. Poszłam na dziób. Okazało się, że genua jest przypięta do tego samego sztagu co fok. Musiałam przepiąć dziada na drugi sztag. Podczas tego pasjonującego zajęcia wraz z każdą zalewającą mnie falą klęłam tego osła który założył oba żagle na ten sam sztag. Potem okazało się, że genuę zakładał Kapitan. Pofatygował się i własną osobistością popracował gdy załoga brała prysznic. Wysunęliśmy się zza wyspy, wypływamy na pełne morze. Kurs KK = 215 na Świnoujście. Ten przeskok przez Bałtyk to była frajda. Stan morza 5 do 6 B, wiatr W. Szliśmy ostro. Fale układały się prawie równolegle do burty. Chwilami przy sterze miało się wrażenie, że płyniemy środkiem wąwozu a po obu stronach wznoszą się ściany wody. Tak było gdy trafiało się na rynnę między falami. Raz za razem woda zalewała pokład chlustając sternikowi w twarz. Obserwowałam Dorotę gdy stała na posterunku przy kole. Po przelewającej się fali potrząsała głową strzepując krople z twarzy przecierała oczy, kompas i uśmiechała się jak dzieciak. Pierwszy raz widziałam taki uśmiech w jej wykonaniu. Znikła gdzieś cała powaga, którą codziennie nosi na twarzy . To mi się właśnie w morzu podoba, tam się zapomina, wszystkie lądowe sprawy, doświadczenia pryskają jak bańki mydlane. Tam ludzie jawią się takimi jakimi są w rzeczywistości, bez masek, bez stereotypów, nie ma na to czasu i warunków. Po prostu są sobą.
XXI
Siedziałam w zejściówce wykonując szybkie uniki pod suwklapę przed falami zalewającymi pokład. Sławek sterował. Według pozycji zliczeniowej niedługo z lewej burty miał ukazać się ląd. Obserwowałam tańczący horyzont. Zza morza wyłaniała się ciemna linia , fale czy ląd ? Przyjrzałam się dokładniej, odczekałam chwilę chcąc się upewnić i wykrzyczałam: - Ląd, ląd po lewej - niczym majtek z bocianiego gniazda po wielomiesięcznej żegludze. Trafiłam głową pod pokład powtarzając: - ziemia na horyzoncie. Cieszyliśmy się bardzo. Mijała wachta Witka, zbliżaliśmy się do brzegów. Kapitan zaczął krzyczeć, że za bardzo odbiliśmy w prawo - to brzeg niemiecki! Kazał odpaść. Zaczęliśmy oglądać brzeg. Dorota zauważyła, że w Międzyzdrojach jest właśnie taki klifowy brzeg. Witek szukał znaków identyfikacyjnych na mapie. Tu powinny być dwie kardynałki. Wpatrujemy się w morze są. - Kapitanie jesteśmy przy Świnoujściu. - Szybko wróciliśmy na pierwotny kurs.
To było wspaniałe. Świadomość - że przeprowadziliśmy jacht przez pełne morze, wychodząc idealnie na cel, mając do pomocy tylko log mechaniczny, cyrkiel i trójkąty nawigacyjne - była budująca. Na tym rejsie przeszliśmy dobrą szkołę. Wracaliśmy zadowoleni i szczęśliwi. Przybiliśmy przy GPK-u. Przed tygodniem spałam tutaj pod gołym niebem. Ląd dziwnie uciekał spod nóg, horyzont kiwał się. Trzeba było szeroko stawiać stopy aby utrzymać równowagę. Odprawa trwała moment. Celnicy złośliwie skomentowali panujący w kabinie nieład i wilgoć (rzucało nami nieźle tam na morzu) - Pływaliście do góry dnem czy co.
Chciałabym aby owi panowie spróbowali przepłynąć się "Smugą Cienia" w takich samych warunkach. Szybko zgubiliby ironię na kolejnych falach. Do kanału wchodził następny jacht. Podał przez nasz statek listę załogi i popłynął do portu Załoga chorowała, brakło im ludzi do cumowania.
XXII
Ostatnia noc. Pilotowaliśmy jacht przez kanały. Przez pierwszą część prowadziła Dorota. Zeszłam do nawigacyjnej wyciągnęłam dziennik, zaczęłam uzupełniać brakujące wpisy z moich wacht. Potem przejrzałam mapy oglądając dalszą trasę. Jak wypływaliśmy na Zalew Szczeciński stuknęła moja wachta przejęłam ster.
Gnaliśmy baksztagiem prawego halsu środkiem toru wodnego. Prędkość dochodziła do 10 knotów, dodam, że skala prędkościomierza kończyła się na 10,5 węzłach. Na sterze były niezłe opory, trudno jest utrzymać kurs na przewalającej się od tyłu fali, która porywa jacht. Wytrzymałam pół godziny i oddałam ster Sławkowi. Byłam cała mokra od machania kołem , prawa ręka odmówiła posłuszeństwa. W czasie dnia wyrżnęłam nią tak, że rozwaliłam łokieć. Skubana piekielnie bolała. Zawsze się uszkodzę jak trafia się coś interesującego. Ale na pocieszenie zostało mi to, że i tak musiałabym oddać ster i zająć się nawigacją. Kapitan cały czas sterczał na pokładzie i w sumie więcej przeszkadzał niż pomagał. Tor wodny zaprowadził nas w kanał prowadzący do Szczecina. Miotałam się między nawigacyjną i pokładem. Wyszukiwałam na mapie kolejne nabieżniki, podawałam KK, na pokładzie ze stoperem identyfikowałam światła, sektory, nabieżniki. W chwilach spokoju wskazywałam Sławkowi światło i kazałam określić: charakterystykę, okres itd. Dobrze mu szło. Jeszcze tylko brakowało mu szybkości ale to kwestia jednego rejsu w funkcji oficerskiej. Człowiek musi się tak zwijać, że momentalnie uczy się wszystkiego. Chociaż gdyby to zależało od mojej osoby nie dałabym go jeszcze na oficera. Nie czuł morza. W nawigacji orientował się świetnie, sterował możliwie ale uparcie chodził na dziób bez pasów bezpieczeństwa. Łaził zły gdy chroniliśmy się przed wiatrem do portu. Jestem w stanie to pojąć, też wolałabym pływać ale "Smuga Cienia" była sypiącym się jachtem i nie zaryzykowałabym życia załogi głupią brawurą. Jeżeli sztorm zaskoczyłby nas to oczywiście walczyć i jak najbezpieczniej prowadzić jacht. Ale pchać się dobrowolnie w oko cyklonu - nie.
Przypomina mi się w tym momencie moje własne jęczenie: ja chcę sztormu, niech się coś dzieje - podczas poprzedniego rejsu, którym zamęczałam Dorotę. Na swoje usprawiedliwienie mam to, że w tamtym roku panował absolutny spokój. Marną szóstkę mieliśmy tylko raz a ja wtedy pichciłam obiad w kambuzie i nawet nie widziałam jak morze wygląda. Jachty w Trzebieży są solidnie zrobione , silnik sprawny. Trzy komplety żagli na każdą pogodę. Z takim wyposażeniem można pokusić się o żeglugę podczas sztormu. A może z punktu widzenia załoganta wygląda to inaczej niż z pozycji oficera? Wracam do kanału.
Z tyłu doganiał nas statek, z przodu płynęła na nas inna jednostka. Zeszliśmy w prawo z nabieżnika ustępując drogi. Kapitan zdenerwował się tymi statkami i zaczął wydawać bzdurne zalecenia w stylu: płyniemy za tym statkiem. Usiłowałam mu to wyperswadować - Kapitanie, nie wiemy gdzie ten statek płynie, mamy wytyczoną trasę, trzymajmy się nabieżnika. Nie wiem czy to moje tłumaczenia pomogły. Czy też to, że ten statek miał silniki z takim kopem, że po paru minutach mogliśmy mu pomachać na pożegnanie. Wróciliśmy na nabieżniki. Po pięć razy musiałam powtarzać Kapitanowi kurs na nabieżniki, charakterystyki widocznych świateł i tych które ujrzymy niedługo.
Strasznie irytujący typ. Ale miał trudną funkcję, nie zazdroszczę kapitanom: max - odpowiedzialności, min - frajdy. Z poziomu III-go oficera rejs wygląda fantastycznie. Odpowiada się tylko za stan techniczny jachtu, sprzęt i silnik. Jak te rzeczy funkcjonują o.k. to jest to idealna funkcja na jachcie. II-gi oficer ma zawsze problemy z żywnością albo z załogą narzekającą na podłe żarcie i spleśniały chleb. Jakoś udało mi się dobrnąć do końca wachty, powstrzymałam się nawet przed odszczekiwaniem Kapitanowi. Facet był piekielnie zmęczony. Zbudziłam Witka podałam mu pozycję jachtu, kurs nazwę nabieżników na które płynęliśmy i po wypełnieniu dziennika o czwartej trzydzieści poszłam spać.
XXIII
Po szóstej wyrwano mnie ze snu. Weszliśmy do portu. Byłam niewyspana, zmęczona i piekielnie zła. Z naburmuszoną miną wyskoczyłam na pirs Jacht Klubu Szczecin, umyłam twarz zęby i wróciłam na jacht. Przydałby się jakiś prysznic, powlokłam się za Dorotą do łazienki. Gorąca woda poprawiła mi humor, wróciła chęć do życia i zapał do działania. Niebacznie zgłosiłam postulat aby nie rozpuszczać załogi na śniadanie tylko sklarować łajbę przed posiłkiem. Co natychmiast podchwycił Kapitan mówiąc, że on nie chciał tego narzucać ale skoro kadra oficerska wychodzi z taką propozycją to on się przychyla. Załoga powiedziała chóralnie: Yyyyyyyyyyy i zabrała się do roboty.
To był optymalny wariant, zdążyliśmy sklarować jacht do 1100 i udać do restauracji na uroczyste śniadanie. Wykupiliśmy cały asortyment ciepłych dań z baru. Zostało nam 200 tys. ze wspólnej kasy. Mateusz wpadł na pomysł aby zdeponować pieniądze u barmana i przydzielić każdemu kredyt w wysokości 20 tys. Pomysł fenomenalny. Jeszcze nigdy tak tanio nie zapłaciłam za posiłek. Sławek postawił mi piwo, wypiłam łyka skrzywiłam się i zaczęłam przekonywać go, że piwa z rana nie piję i aby sam je wypił. Udało się, piwo miałam z głowy. Kapitan podziękował nam za pełnienie oficerskich funkcji wręczając opinie i ściskając dłoń. Nie powiem końcówka podobała mi się to było fajnie. Zaczęliśmy dyskutować nad opiniami załogantów. Śniadanie przebiegało w fantastycznej atmosferze, wszystko było świeże, smaczne. Marek donosząc tace powiedział : - kukowanie dziś to prawdziwa przyjemność.
Po posiłku mieliśmy trochę nerwówki. Czy zdążymy zdać jacht i złapać pociąg? Gdzie jest kolejna załoga? Na szczęście owi pechowcy pojawili się. Biedacy usłyszeli od nas, że prawdopodobnie Kapitan ich olał. Spotkaliśmy tego faceta w Alinge. Wypytywał o stan techniczny jachtu. Potem przyznał, że płynie po nas w rejs i chyba sobie to daruje. Załatwił sobie lepszą łódkę a tamtych zostawił na lodzie.
Zdaliśmy łajbę. Chłopak, który przejmował jacht ( w ramach funkcji III-go ) był tak niezorientowany, że mogłam wmówić mu wszystko. Całe szczęście, że nie był tak dociekliwy jak ja, podczas przejmowania jachtu. Gdybym musiała pokazywać mu po kolei wszystkie żagle, wyposażenie achterpiku - królestwa III-go, to nie zdążyłabym na pociąg. A tak udzieliłam mu mnóstwa dobrych rad odnośnie silnika, z grubsza pokazałam resztę, upłynniłam paliwo i byłam wolna. Dorota też szybko się uwinęła ze zdawaniem kambuza i użytkowo - hotelowym wyposażeniem jachtu. Tylko Witek miał ciężką przeprawę z ich st.m. Wiadomo jakie mapy były na "Smudze Cienia" - prawie nieczytelne i nieaktualne, karykatury flag i cienka biblioteka. W końcu udało się, jacht zdany, kaucja wycofana. Zdążyliśmy na pociąg.
Mieliśmy pięć miejsc w jednym przedziale trzy w innym. Panowie skutecznie wykurzyli nasze współpasażerki zapowiadając ostrą balangę pożegnalną i wyciągając dwie flaszki. Mieliśmy cały przedział.
Droga do Warszawy minęła błyskawicznie, dworzec centralny, ostatnie pożegnania. Zostałyśmy we dwie. Wstąpiłam do Doroty gdzie zostałam uraczona jajecznicą na boczku, bułeczką z masłem. Uśmiechnęłam się, na morzu jedząc podłe spleśniałe żarcie marzyłam o czymś takim. Zmęczenie dawało znać o sobie , dwie noce zarwane, ledwo kontaktowałam. Musiałam zdążyć na pociąg do Białegostoku, jutro o 0715 do pracy. Udało się zajęłam miejsce i zamknęłam oczy. To koniec pomyślałam.
Białystok, wrzesień 1995 Beata Bogdanowicz
|