| |
[morze] [zdjęcia]
Sobota: Sukosan, Marina Dalmacija.
Po 1800 stawiamy się na kei. Biuro Master Yachting jest
już nieczynne ale czarterowane SAS'y mają kluczyki w stacyjkach, więc bez
problemu dostajemy się do środka. Załadowanie prowiantu i bagaży, potem
szkolenie czyli omówienie alarmów i zasad używania pasów asekuracyjnych i
kamizelek ratunkowych. A nocą impreza rozpoczęta z werwą i animuszem,
prawidłowość była taka: im więcej alkoholu trafiało do krwioobiegu tym
głośniejsze śpiewy, nie wiem dlaczego tak się dzieje, może alkohol wyłącza
wszystko dookoła, przytłumia to co jest spoza i spłaszcza skalę...
stanowczo wolę spokojniejsze imprezy z większym udziałem świadomości na to
co znajduje się na zewnątrz i skłaniające do autorefleksji.
Wczesnym rankiem wybrałam się na spacer do miasteczka, Sukosan jest
niewielki i raczej mało turystyczny dlatego wśród jego uliczek można
znaleźć klimat prawdziwej nadmorskiej Chorwacji.
Po śniadaniu ciąg dalszy szkolenia: rozwijanie - zwijanie żagli, obsługa
windy kotwicznej, praca cumami. Zabraliśmy prognozę pogody i w drogę.
1225, dla większości rozpoczął się pierwszy w życiu rejs po ciepłym morzu.
Mijamy stację benzynową, za chwilę główki portu. Przed nami s/y Blue Sea,
rozwijamy żagle i wyłączamy silnik, zaczyna się prawdziwa żegluga.
Planowaliśmy przejść pod mostem w cieśninie Zdrelac ale zaprzyjaźniony
jacht pognał na południe więc rezygnujemy z mostu obiecując sobie w
powrotnej drodze przepłynąć pod nim.
Jeremi steruje, ambicja zagrała - stara się dogonić s/y Blue Sea. Co chwila
padają komendy na genuę i grota, a to wybierz a to poluzuj. Płyniemy wzdłuż
wysepek wewnętrznych, mijamy cieśninkę ... nasi znajomi coraz bliżej.
Pogoda wymarzona, wieje czwóreczka, kursy baksztagowe. Po osiągnięciu
granicy wewnętrznych wysp obieramy kurs na archipelag wysepek wśród których
jest Ravnij Zakan. Tym razem idziemy łeb w łeb kursami bajdewind. O 1930
rzucamy kotwicę i dobijamy burtą do burty Blue Sea. Kuk - Jacek czyli Leon
podał obiad, do posiłku symboliczna lampka wina. Jasiu wskakuje do wody i
zwiedza dno zatoki. Cyborg z Kamilą ruszają na ląd. Podpływają do nas
ludzie z lądu chcąc zgarnąć opłatę, bowiem jest to Park Narodowy Kornaty i
kotwiczenie tutaj kosztuje 50 kun od osoby, wyjaśniamy, że zakotwiczyliśmy
tylko na chwilę. O 2100 podnosimy kotwicę i wypływamy poza granicę wysp.
Kierujemy się na Bisevo i Błękitną Grotę (Modra Spila). Wiaterek cichnie
coraz bardziej, trudno utrzymać kurs, przy tak małej prędkości jacht nie
słucha steru, włączamy silnik i niestety przy pomruku diesla kontynuujemy
żeglugę. Blue Sea znika z pola widzenia. Oni poszli bliżej wysp, my pełnym
morzem. W nocy jest spokojnie, co jakiś czas mijają nas promy, rybackie
łódki i kutry ruszające na połów. Krótki instruktaż odnośnie światełek
nawigacyjnych, w którą stronę płynie obiekt jak widzimy czerwone albo
zielone światełko. Jest na tyle spokojnie i mały ruch, że kładę się spać,
wstając kontrolnie co jaki czas. Nie jest to może zbyt komfortowa sytuacja
ale i tak całkiem nieźle, trochę snu łapię a załoga zachowuje się spokojnie
i całkiem racjonalnie co napawa optymizmem.
Ranek jest szary i pochmurny. Leon i Cinas wachtują. Pokładowa lornetka ma
spaczony okular, Marcin próbuje poskładać ją porządnie i udaje mu się.
Powolutku zbliżamy się do wysepki, niestety nadal na silniku. O 1000
cumujemy prawą burtą do pirsu na Bisevo. Porcik zaczyna nabierać
konkretnych kształtów, w ubiegłym roku we wrześniu nabrzeże było dopiero
budowane, teraz jest już prawie ukończony pirs z polerami. Brakuje jeszcze
prądu i wody ale też i opłaty portowej nie ma. Próby wywoływania s/y Blue
Sea nie dają rezultatów. Postanawiamy odwiedzić Błękitną Grotę czyli Modra
Spila. Jeremi z Cinasem zabierają maski i fajki i ruszają aby górą
przedostać się do groty, a ja i Wolaj wsiadamy do pontonu. Podróż pod wiatr
i falę, niewielką wprawdzie jest trochę męcząca. Dodatkowym dyskomfortem
jest brak dulek a co za tym idzie konieczność pagajowania. Trochę krzywo,
trochę bokiem ale jako przemieszczamy się do przodu. Mijamy stateczek z
płetwonurkami i dwóch nurków w wodzie. Niebo nadal za chmurami - szkoda, ominą nas
refleksy świetlne, podobno wspaniale grające we wnętrzu groty. To już
trzecie podejście do tej groty. Na poprzednich rejsach zawsze zrywały się
mocniejsze wiatry i fala, która uniemożliwia przedostanie się do groty.
Przed wejściem do pieczary krążą trzy jachty, krążą bo w tej zatoczce jest
zakaz kotwiczenia. Wciskamy się przed ponton idący od jachtów, z wyjścia
wydobywa się kolejny ponton. Dobrze, że jest tak mało ludzi, w sezonie i
przy słonecznej pogodzie muszą być tu kolejki. Mijamy ciasne wrota i
przebijamy się wąskim, niezbyt wysokim tunelem do środka. Nic specjalnego
jak na razie. Po 20 metrach skręcamy w prawo i naszym oczom pokazuje się
Błękitna Grota. Wspaniały widok, wysoka na 20 - 30 m pieczara schodząca
pionowo w dół, aż pod wodę. Dla mnie jest to granatowo-niebieska grota bo z
braku promieni słonecznych morska woda cudownie przezroczysta ma kolor
niebieski, lekko prześwietlony, wpadający w granat. Niezwykłe jest też to,
że ściana odgradzająca pustą przestrzeń od świata zewnętrznego kończy się
tuż pod wodą. Dzięki temu woda przybiera takie bajeczne kolory. Światło
padające z zewnątrz dostaje się do środka właśnie przez wodę od dołu.
Opływamy wolno całą grotę. Trochę z przymusu robimy miejsce następnym
oglądającym, wrażenia są tak niesamowite, że chciałoby się jeszcze zostać.
Wracamy na jacht, tym razem z wiatrem i falą. Zza chmur prześwituje słońce.
Jeszcze godzina i robi się prawdziwie upalny, słoneczny dzień. Jeremi i
Cinas są zachwyceni. Rusza kolejna wycieczka na pontonie. Robi się
regularna plaża, kąpiel w słonej wodzie, nurkowanie, opalanie na pokładzie
i spacer po malutkiej ale bardzo malowniczej wysepce - Bisevo. Drugi jacht
przypływa około 1400, czekając aż oni odwiedzą grotę wyszukujemy sobie
rozmaite zajęcia. Jest trochę zamieszania wokół strategii pływania, zasada
jest taka, że mamy trzymać się razem a tu taka różnica czasu. Jeszcze
podczas planowania rejsu ostrzegałam, że wspólne pływanie przeważnie nie
wychodzi, trudno wymagać aby wszystko było robione na czas, na rozkaz. A
czekanie na innych jest męczące. Dochodzi do małych absurdów w takim
znaczeniu, że załogi ustalają czas przyjścia do Dubrownika. Jak będzie
dobrze wiało z odpowiedniego kierunku to da się zrobić, jak nie trzeba
będzie skorygować plany. W końcu dochodzi do kompromisu, wystarczy, że
będziemy konsultowali zamiar włączenia silnika w razie słabszych wiatrów. Nasza
różnica w zawinięciu do Bisevo wzięła się stąd, że jak zgasł wiatr nocą, na
naszym jachcie włączyliśmy silnik a s/y Blue Sea telepał się pod żaglami.
O 1730 wypływamy obierając kurs na Dubrownik. Wiatr słabnie, halsujemy aby
wydostać się za wyspę Vis. O 1800 po konsultacjach włączamy silniki.
Zapowiada się kolejna spokojna noc. Ruch trochę większy niż wczoraj, ale
okolica też ludniejsza. W pobliżu wyspa Korcula i szlak do Splitu. Mija nas
parę mniejszych promów. Stado kutrów rybackich ciągnących w morze na połów.
Nad ranem rozwiewa się, o 0500 stawiamy żagle i wyłączamy silnik. Kierunek
wiatru niezbyt pomyślny, musimy halsować, przebijamy się pomiędzy wyspą
Korcula i Lastovo. S/y Blue Sea za nami. Wieje bardzo ładnie. Strategie
obu jachtów różnią się, Jeremi tnie krótkimi halsami a tamci halsują, aż
pod brzegi Korculi. Trudno jest ocenić która strategia lepsza, bo wiatr
miejscami gaśnie i wtedy na prowadzenie wysuwa się ten jacht, któremu coś
wieje. Po południu rozwiewa się coraz mocniej, Blue Sea poszedł między
wyspą Mljet a stałym lądem a my wybieramy drogę za linią wysp na pełnym
morzu. Obserwuję jacht, przechył osiąga znaczne wartości, pytam sternika
czy nie ma za dużych oporów na sterze. Morze zaczyna się rozkręcać, na
początku drobnymi falami potem przychodzą większe i dłuższe. Refujemy grota
i foka. Wiatr odkręca i wieje nam prosto z kierunku w którym chcemy iść.
Posuwamy się wolno do przodu. Jacht zatrzymuje się na nadbiegających
falach. Hals w kierunku wyspy jest korzystniejszy ale musimy także nabrać
wysokości i jak kierujemy się na pełne morze jacht z trudem pokonuje
wyboiste morze. Mamy prezesa, Wolaj robi się zieloniutki i po krótkiej
walce oddaje Neptunowi daninę. Z wnętrza jachtu meldują, że vice prezesa
też mamy, Renia nie czuje się najlepiej. Reszta przechwala się, że oni to
są wilki morskie ano zobaczymy, to dopiero początek. Uczciwie pracujemy na
każdy kawałek drogi, wieje ok. 7 stopni Beauforta. Mijamy stado delfinów,
ssaki przemykają szybko obok nas wzbudzając entuzjastyczne okrzyki wśród
załogi. Udaje mi się na chwilę dostać do steru, lubię jak tak wieje i jak
jest fala. Jacht sprawuje się całkiem dobrze. Pod wieczór mijamy cypel
Mljetu, sąsiednia załoga przebija się między wyspami a stałym lądem. Fale
powoli rosną, bierzemy parę z nich na pokład podczas halsowania, nie
wiedząc, że będzie nas to kosztowało pół dnia postoju w Marinie. O 2200
jesteśmy tuż przy granicznych wysepkach na podejściu do Dubrownika.
Proponuję włączyć silnik aby po ciemku nie lawirować w wąskim przesmyku.
Jeremi upiera się, żeby jeszcze pohalsować. Rozważam sytuację, zmrok zapada
już jest szaro, z drugiej strony nie ma tłoku. Wysyłam do nawigacyjnej
Cinasa aby czuwał nad mapą i GPS'em. Przymierzamy się do wejścia w
przesmyk, niestety nie tym razem. Ze dwa razy powtarzamy manewr lądując
dokładnie w tym samym miejscu, trochę mnie już zaczyna nosić, krzyczę do
Jeremiego, jeżeli chcesz tu wejść na żaglach musisz podciągnąć wzdłuż wyspy
i z wiatrem spłynąć. Nabieramy wysokości. Udaje się, wchodzimy pomiędzy
wysepki. Zwijamy żagle jak już nie da się utrzymać zadanego kursu. No cóż
czasami tak bywa, że wieje wprost od portu. Dwie godziny trwa podejście do
portu Gruz. S/y Blue Sea melduje, że jest tuz przed nami. Jasiu pyta gdzie
mają stanąć, kieruję ich do przystani dla jachtów. W chwilę za nimi
podchodzimy do pirsu i niespodzianka, z dziobu meldują, że nie działa winda
kotwiczna. Jakbym to już kiedy trenowała, dokładnie w tym samym miejscu
rok wcześniej też mielimy awarię windy. Ech, nic to, wycofuję się na
środek portu, zapasowa kotwica wędruje z bakisty na dziób. Podchodzimy
jeszcze raz. Trap na ląd i hura, nareszcie ląd. Cała ekipa Blue Sea stoi na
nabrzeżu, widać też się stęsknili za czymś co nie kiwa się pod stopami.
Miejsce ma swoją specyfikę, tuż za polerami zaczyna się szosa a obok stoi
przystanek autobusowy, o tej porze pusty. Jest już za późno na turystyczne
zwiedzanie Starego Miasta, nieopodal na kutrze jest jakaś knajpa ale
większość ludzi jest tak zmęczona, że początkowy zapał do imprez rozpływa
się i jedni całkiem szybko, inni trochę wolniej układają się do snu.
O 0645 Cinas, Wolaj i ja ruszamy do Mariny ACI w ślad za s/y Blue Sea.
Reszta śpi mimo warkotu silnika. Na dziobie może i śpią, w mesie być może
śpią ale w kabinach rufowych to już tylko bardzo zmęczeni, wręcz wykończeni
ludzie mogą spać. Pracujący silnik, diesel, wytwarza całkiem specyficzną
atmosferę zupełnie nie nastrajającą do snu (taki jest mój punkt widzenia bo
niektórzy twierdzą, że tak się przyzwyczaili, że bez diesla nie zasną).
Świt jest ładny i spokojny. Płyniemy w głąb lądu, po prawej stronie
przedmieścia poorane kulami, szary tynk z jaśniejszymi plamami po
strzałach. Dziurawe dachy, nie najciekawszy widok ale pouczający.
0745 mijamy główki Mariny i cumujemy do pirsu A. Marina jest duża, do
łazienek kawał drogi. Po śniadaniu załoga jedzie oglądać Dubrownik za
dnia. Jeremi i ja zostajemy, musimy załatwić fachowca od windy kotwicznej.
Wędrujemy do doków i kontenerów, gdzie mieszczą się pomieszczenia ekip
remontowych. Zamawiamy wizytę. Podczas oczekiwania na fachowca zrywa się
silny wiatr, suchy i ciepły, schodzi z gór wprawiając wszystkie jachty w
kołysanie, momentami słychać wycie takielunku. To chyba bora, choć w
komunikatach nic o niej nie wspominają. Boli mnie głowa, nie jestem wrażliwa
na zmiany pogody i ciśnienia ale ten suchy ciepły wiatr spadający z gór
sprawia, że czuję dyskomfort. Godzina snu poprawia samopoczucie. Elektryk
przychodzi dopiero ok. 1500, lokalizuje usterkę. Sprawa jest prozaiczna,
pilot od windy nie wytrzymał słonego prysznica z poprzedniego dnia. W tym
momencie przypominam sobie, że na każdym z poprzednich rejsów, pilot
leżakował nie w forpiku ale w kabinie dziobowej. Tym razem było inaczej bo
tak wynikało z konstrukcji instalacji elektrycznej jachtu. Podczas przejmowania
nie proszono nas o odpinanie pilota i chowanie w kabinie. Jeszcze jedna
nauka na przyszłość, wodoszczelne zabezpieczenia elektroniki mogą zawodzić
w warunkach zafalowanego akwenu. Wracając do naprawy, trzeba wymienić
pilota i być może nie uda się dostać tego samego typu, wtedy trzeba będzie
wymienić także gniazdo łączące z jachtową instalacją elektryczną. Robota
zostaje wyceniona na ok. 800 kun. Na szczęcie armator obiecuje zwrot
kosztów. Naprawę trzeba odłożyć do jutrzejszego poranka bo sklepy już
zamknięte.
Umawiamy się na 0800. Ruszam do Dubrownika, po drodze spotykam część załogi
odnoszącej zakupy na jacht. Na zwiedzanie murów już trochę za późno ale na
małe co-nie-co na szczęcie nie. Po przekąsce oglądam znajome uliczki,
wycieczka do starego portu miejskiego przynosi niespodziewane emocje.
Rozdmuchało się sztormowo i aby przejść do główek trzeba przeczekać i
pomiędzy jednym porywem wiatru a następnym prześlizgnąć się wzdłuż ściany
wąskim - metrowym chodniczkiem. Wiatr jest tak silny, że nie można przejść
do przodu. Na falochronie raz za razem prysznic, fale szturmują przelewając
się przez mur. Kilka dzieciaków robi sobie atrakcję z zabawy w chowanego za
falochronem z falami. No cóż fale wygrywają, są za duże żeby im umknąć.
Bardzo mi się podoba oglądanie tego tańca fal z główek portu.
Reszta ekipy zwiedza starówkę od środka. Jak zwykle w tak dużej grupie
widać podziały, jedni ciągną w tą a inni w przeciwną stronę. Z
doświadczenia wiem, że demokratyczne dyskusje nie mają sensu, albo osoba
dominująca jest na tyle silna, że podporządkuje sobie resztę ale to raczej
niemożliwe bo wojsko toto nie jest albo grupa rozpada się na mniejsze
grupki i po swojemu zwiedza. I to chyba najlepszy sposób. Przysiadam na
chwilę z nimi w podwórkowej knajpce i słucham dyskusji na temat: co teraz
chcemy robić. Ponieważ znam ten scenariusz a ta grupa nie różni się pod tym
względem od innych zmywam się zamierzając wykorzystać ten czas na
obejrzenie tego czego jeszcze nie widziałam - wspaniałego parku miejskiego
ciągnącego się zboczem wzdłuż morza. Fajne mają te parki Chorwaci, nic na
siłę, trochę ułatwień dla ludzkich nóg bez zbytniej ingerencji w
roślinność. Z góry morze wygląda trochę spokojniej niż z poziomu główek.
Zaczyna robić się szaro, późno. A w oświetleniu nocnym Dubrownik nabiera
całkiem innego klimatu, pamiętam z zeszłego roku. Z przyjemnością włóczę
się uliczkami starówki. Spotykam resztę ekipy na przystanku autobusowym,
wracamy do mariny.
Chyba coś z tego nocnego klimatu Dubrownika ciągnie za nami bo na jachcie siadamy
w mesie i przy szklaneczce wina roztaczamy odrobinę nostalgiczne i bardzo
sympatyczne świętowanie końcówki dnia. Jest gitara, są piosenki, rozmowy.
Kończymy następnego dnia - świta.
Prognoza pogody podaje umiarkowane warunki, żadnych silnych wiatrów, nic
tylko płynąć. Ruszamy wesoło w kierunku morza, mijamy poorane kulami
przedmieścia Dubrownika, most. Kierujemy się pomiędzy wysepkami a stałym
lądem. Pogoda poprawiła się na tyle, że na pokładzie zalegają stosy ludzi w
strojach kąpielowych. Płyniemy razem z drugim jachtem, strategia jest taka,
że co jakiś czas po zmianie halsu nasze kursy się przecinają, co czyni
okazję do zrobienia zdjęć i nakręcenia paru ujęć kamerą. Jest za
zimno na kąpiel ale Jeremi musi trochę poszaleć, skacze z rufy łapiąc potem
linę ciągnącą się za jachtem. Powoli przesuwamy się do przodu, wyjście
zza granicy wysp wypadło w malowniczym przesmyku, wąskim o stromych
zboczach. Załoga świetnie się bawi halsując niemalże od jednej ściany do
drugiej, wypadało pokonać to przejście na żaglach bez pomocy silnika. Na
sąsiednim jachcie za sterem stoi Andrzej, u nas sterowaniem zajmują się
wachty. Po wyjściu na szerszą wodę płyniemy kursami baksztagowymi. Wiatr
słabnie a słońce smaży. Powstaje kilka ciekawych zdjęć sąsiadów z poziomu
naszej linii wodnej, s/y Blue Sea wygląda jak jacht podwodny gdy kadłub
niknie pomiędzy falami, wystają same żagle. Pod koniec dnia zawijamy do
oswojonej podczas ubiegłorocznego rejsu zatoczki na Mljecie. Wiatr tężeje,
z gór schodzą podmuchy, postój na kotwicy z dziobu ze skałami za rufą nie
jest sytuacją komfortową i rozumiem Andrzeja, że nie jest to wymarzone
przez niego miejsce na postój. Przestawiamy się pod przeciwległy brzeg,
chowamy się w pasie przybrzeżnej ciszy i mamy na koniec dnia wspaniały
zachód słońca. Łączymy razem jachty uważając, żeby maszty nie były na
jednakowej długości co jest istotne ponieważ, od czasu do czasu trafia się
fala przybojowa, na szczęcie delikatna, która sprawia, że kadłuby zbliżając
się do siebie wyciskają odbijacze i po krótkim mlaś, odjeżdżają. Desant
zakłada linę łączącą jachty z lądem, wzdłuż liny na pontonach przedostajemy
się na brzeg. Jest już ciemno, przedzieramy się kilkanaście metrów przez
gęste krzaki i skałki. Osada Polace jest niewielka, kilka domków, hotel i
ze dwa jachty. Przysiadamy w barze tuż nad brzegiem morza, kufelek zimnego
piwa dobrze nastraja po całodziennym słonecznym skwarze. Takie chwile
mijają szybko i przyjemnie, z leniwym urokiem bezczynności po całodziennej
wędrówce.
Dołączają do nas inni, na jachcie zostają nieliczni. Powrót jest ciekawy bo
już zrobiło się zupełnie ciemno i znalezienie przejścia przez chaszcze nie
jest łatwe. Na jachtach imprezy ciąg dalszy.
Poranek jest słoneczny, będzie upalny dzień. Wolaj zwiedza przybrzeżne
skałki, tylko klapki które zabrał zdejmuje tuż przed wyjściem na ląd, żeby
ich nie zamoczyć jak się później tłumaczył, i oczywiście potyka się lądując
w wodzie. Upadek wzbudza szczególną wesołość na jachcie ale jak zobaczymy
rozmiar strat miny nam opadają. Bilans - dwie pięty w kolcach i palce rąk w
kolcach. Straszne paskudztwo, kruche niesamowicie. Trzeba jechać do
lekarza. Przeprawa na ląd pontonem, pomagamy Wolajowi wyjść na brzeg,
biedak kuleje i skubie palce u rąk chcąc się pozbyć choć części
niewygodnego towarzystwa. W osadzie, recepcjonistka hotelu tłumaczy, że
lekarz jest w najbliższym miasteczku. Najlepiej pojechać samochodem bo to
parę kilometrów. Jeremi negocjuje z Chorwatami a my przysiedliśmy na murku
i próbujemy coś zrobić z tymi większymi kolcami. Rozkładam watę, wodę
utlenioną i pincetę. Nawet udaje mi się znaleźć sposób wyciągania tego
kruchego paskudztwa. Rzecz polega na tym aby chwycić pewnie kolca
koniuszkiem pincety, na tyle mocno aby móc pociągnąć ale nie za mocno bo
wtedy drań rozpryskuje się na drobniutkie kawałeczki i trzeba wydobywać je
mozolnie wiercąc w skórze igłą, brrr. Transport załatwiony, ładujemy się do
starego VW i jedziemy w głąb wyspy, krętymi asfaltowymi drogami. Na miejscu
jest lekarka, ogląda z zatroskaniem pięty Wolaja i mówi, że ona w zasadzie
niewiele może zrobić, można usuwać kolce chirurgicznie ale to będzie
kosztowało. Najlepiej włożyć nogi na cztery godziny do oliwy aby skóra
zmiękła i wtedy kolce łatwiej będzie usunąć. Wolaj z oburzeniem na to, że
ma delikatną skórę na piętach i nie musi moczyć ich w oliwie aby zmiękły.
Na szczęcie to po polsku i tylko do nas. Lekarka to bardzo rezolutna osoba
o zdecydowanym charakterze, ogląda jeszcze raz pięty i ręce Wolaja i prosi
go do gabinetu, wykonuje dezynfekcję i opatrunki, na wszelki wypadek. A
później zaczynają się schody, na pytanie o polisę ubezpieczeniową Wolaj
rozkłada ręce. Jeremi zapytuje jak to możliwe, przecież pisał, że trzeba
wykupić ubezpieczenie. Byłam przekonana, że wszyscy uczestnicy mają
ubezpieczenie, przypominałam o tym przed rejsem. Niestety zabrakło czasu
przed wyjazdem i Wolaj nie wykupił ubezpieczenia. Przypominam sobie, że
Polska ma podpisaną umowę z Chorwacją o wzajemności świadczenia pomocy
medycznej. Dawaj paszport a Wolaj ponownie rozkłada ręce, mam tylko
niemiecki. No tak, podwójne obywatelstwo i podróż z tym "lepszym"
paszportem w tym wypadku nie była najlepszym rozwiązaniem. Lekarka jest
wyraźnie poirytowana czego upust daje w celnych ironicznych uwagach, podoba
mi się jej poczucie humoru. Jeremi straszy Wolaja no to teraz zapłacisz. A
lekarka wyraźnie zniesmaczona zamyka gabinet, nie chce się jej wypełniać
kwitków a może wystarczy popatrzeć na bezradnoć i bezsilnoć delikwenta -
ręce same opadają, jak sierota, bez paszportu odpowiedniego, bez ubezpieczenia,
no tak niewesoło, że aż śmiesznie. Dziękujemy pani doktor i wracamy do
portu. W drodze na jacht Wolaj kupuje oliwę, na oliwę z oliwek zalecaną
przez lekarkę, nie decyduje się. Do nóg to chyba wystarczy zwykły
słonecznikowy olej? Na pokładzie opowiadamy przebieg wyprawy ratunkowej.
Pakujemy Wolaja w worki na śmieci z olejem. Wygląda bardzo zabawnie, trudno
się nie rozemiać. Wolaj w oleju? Przestawiamy jachty na przeciwległy
brzeg, nurkowie ruszają do wody. A reszta znajduje sobie nową zabawę,
wjeżdżanie do topu masztu na krzesełku bosmańskim. Każdy facet musi tam
wjechać i popatrzeć na świat z góry, tylko Wolaj ma dosyć wrażeń na dziś.
Gdy wjeżdża Jeremi liny jęczą pod jego ciężarem, z podziwem patrzymy, że
jednak wytrzymują. Natomiast panie opalają białe paski od górnej częci
bikini przylegając ściśle przednią częścią do złożonej osłony
przeciwsłonecznej - bimini top.
Potem wszyscy prócz Wolaja i mnie przesiadają się na S/Y Blue Sea i udają
się na wycieczkę do Parku Narodowego Mljet. Byłam tam w ubiegłym roku więc
nie chciało mi się oglądać tego jeszcze raz, poza tym trzeba Wolajowi
powyciągać kolce, żeby miał choć trochę przyjemności z tego rejsu, na
początku choroba morska a teraz to, ciekawe co będzie dalej, nie, wcale nie
jestem ciekawa, niech już dalej nic nie będzie. Korzystam jeszcze z kąpieli
w tej uroczej zatoczce, dno jest bardzo urozmaicone, a woda przejrzysta.
Wolaj już przyszykował narzędzia tortur, igły, noże, cążki, środki
odkażające. Zabieram się za te jego nieszczęsne szczątki. Robota jest długa
i żmudna a kolce bardzo pokruszone. Po dwóch godzinach pięty wyglądają jak
indycze jajo - jeżeli nie widzieliście indyczego jaja to podpowiadam, jest
nakrapiane dużą ilością średniej wielkości kropek. Wraca wycieczka z lądu,
miny odrobinkę smętne, ciekawe dlaczego. Okazuje się, że za długo trzeba
było czekać na wodny tramwaj. Właściciel restauracji (na wysepce z
klasztorem) zapewniał, że zawołał kierowcę i zaraz przypłynie ale coś za
długo to trwało. W końcu stateczek przypłynął ale wszyscy byli tak
wynudzeni czekaniem i zmęczeni upałem, że wyczerpał się początkowy zapał i
humor.
Nic to, raz dwa uruchamiamy silnik i płyniemy do Korculi, która jest tuż,
tuż, na sąsiedniej wyspie o tej samej nazwie. Słońce i zamierający wiatr,
sprawiają, że trochę wydłuża się podróż, jest tak leniwie, że nie chce się
nic robić. Jacek opowiada o procesach warzenia piwa w browarze i o tym jak
układa się kiperów dbających o jednolitą linię smakową poszczególnych
gatunków piwa. Bardzo ciekawy temat i opowiadane ciekawie. Zbliżamy się do
południowo - wschodniego krańca wyspy. Podobno jest tam ciekawe miejsce do
nurkowania, dziś już za późno na to ale jutro jednym jachtem można
przypłynąć i sprawdzić. Przepływamy wśród małych malowniczych wysepek z
archipelagu Korculi: Vrnik, Planjak, Badija. Po drodze trochę znaków
nawigacyjnych: odosobnione niebezpieczeństwo, zachodnia kardynałka,
oznakowanie boczne toru wodnego. Usiłuję przemycić trochę wiadomości na ten
temat i zainteresować tymi "morskimi znakami drogowymi".
W marinie dosyć tłoczno, wpasowujemy się tuż przy wewnętrznej kei, po chwili
dołącza do nas Andrzej na S/Y Blue Sea, narzeka, że ciasno ale pakuje się
tuż przy naszej burcie. Mieliśmy trochę lepszą sytuację - więcej
przestrzeni przy manewrach. Ta Marina tak ma, że jak jest zapchana to
jedyne rozwiązanie pakować się do rynny tyłem bo przodem to już ciężko
wykręcić.
Obowiązkowe kąpiele w łazienkach Mariny ACI a potem spacer po miasteczku.
Za przewodnikiem: "Historyczne centrum miasta znajduje się na
niewielkim półwyspie z górą w kształcie stożka. Malownicze położenie,
średniowieczne rynki, kościoły i pałace czynią miasto "Małym
Dubrownikiem". Na mnie za każdym razem wrażenie robi
późnoromańska katedra św. Marka, zbudowana w centralnym miejscu miasta -
nie sposób jej przegapić.
Na ulicach i w kafejkach pełno Chorwatów, dziś jest wielki dzień, trwają
mistrzostwa świata w piłce nożnej a Chorwacja właśnie wygrała mecz.
Patrzymy z zazdrością na ich radość, polska drużyna rozgrywa fatalne mecze,
jedyna pociecha, że nie oglądamy ich "wyczynów" bo na rejsie -
jak to na rejsie, zero telewizji. Wałęsamy się do późnej nocy, odwiedzamy
znajomą pizzernię, której gorączkowo szukam w labiryncie uliczek, ale z pozytywnym efektem.
Niestety zachwalana przeze mnie pizza frutti d'mare już jest niedostępna,
szkoda, pamiętam jej smak z zeszłego roku, smaczniejszej nie jadłam choć
chorwackie knajpki mają dryg do podawania smacznych dań, z małymi
wyjątkami. W drodze powrotnej na jacht pamiątkowe zdjęcia na schodach do
murów obronnych, w kolorze zieleni zgodnie z barwą oświetlenia.
Ekipa nurków: Jasiu, Jeremi, Cinas i Andrzej rusza naszym jachtem na cypel,
gdzie podobno są fajne tereny do nurkowania, reszta załogi gości na
sąsiednim jachcie S/Y Blue Sea, dostajemy śniadanie. Aż do południa
zwiedzamy miasteczko, choć do zwiedzania za dużo nie ma, znudzeni
przysiadamy w kafejce i rozkręca się rozmowa jak to kiedyś było na studiach
w Kortowie, i o dzisiejszych czasach głównie z technologii przetwórstwa
zakładu mleczarskiego. Przeglądamy dokładnie stragany z pamiątkami, Wolaj za
namową Basi kupuje plażowe półbuty zabezpieczające od kolców jeżowców.
Dobry zakup, szkoda, że pod koniec rejsu. Po południu zjawiają się nurkowie
i możemy wyruszyć z portu w dalszą drogę. Wieją wiatry z kierunków SW, więc
baksztagami halsujemy pomiędzy wyspą Korcula i półwyspem Peljesac.
Powietrze robi się lekko zadymione i szare. Przed wyspą Hvar wiatr gaśnie
prawie zupełnie, aby zdążyć do portu przed nocą trzeba uruchomić silnik.
Ale na brak atrakcji nie narzekamy, możemy z bliska podziwiać wspaniałe klify
Hvaru, poorane różnymi odcieniami brązów i beżów a na górze zwieńczone
soczystą zielenią jeszcze podkreśloną stalowymi chmurami, ciągnącymi tuż,
tuż. W porcie jest wolne ostatnie miejsce, Jeremi podchodzi rufą, cumujemy,
szczęśliwi, że tak stoimy, koniec manewrów portowych. Niestety radość trwa
bardzo krótko, pracownik portu prosi żebyśmy zwolnili miejsce bo ktoś ma tu
przypłynąć. Port jest zapchany totalnie, zostaje kotwica na środku portu.
Innym rozwiązaniem jest zacumowanie do nabrzeża do odpraw portowych, co
radzi pracownik portu. Próbujemy, ten kawałek dostępny dla ogółu niestety
jest za płytki dla nas, w porcie jest fala przybojowa i możemy uszkodzić
płetwę sterową. Przestawiamy się na wydzielony kawałek pirsu dla potrzeb
odpraw granicznych. Pracownik portowy zapewniał nas, że tu można stać, co
nie do końca było zgodne z prawdą. Cumujemy razem z drugim SAS'em, kotwice
z dziobu, rufowe na polerach. Rufa odstawiona tak aby starczyło trapu do
zejścia na ląd, bo jacht trochę tańczy na falach przybojowych. Świstak nie
najlepiej znosi te bujania i odgraża się, że dziś nocuje na lądzie, na
pobliskiej ławeczce.
Hvar w 1420 roku dostał się pod panowanie Wenecji i
dzięki temu wszystkie statki tam płynące zawijały po drodze do portu,
miasteczko rozkwitło. Niestety w 1571 roku Turcy całkowicie zniszczyli
zabudowania. Stara architektura dziś widoczna pochodzi z końca XVI wieku.
Obchodzimy rynek, okoliczne sklepiki, Jasiu wkracza na parkiet jednej z
portowych kawiarenek, towarzystwo tam raczej niemrawe, głównie emeryci z
Niemiec. Razem z Anuśką tańczą kilka ognistych kawałków, dostają od nas
brawa ale zupełnie przepłaszają pary blado snujące się po parkiecie. Trochę
alkoholu już popłynęło. W nocy mały incydent, trap naszego sąsiada spada do
wody i gdyby nie Jeremi, który trzyma wachtę portową (tak ustaliliśmy bo
fale przybojowe nie były delikatne, gdyby puściła kotwica, mogłoby nas
rzucić na beton pirsu) trap mógłby wywędrować gdzieś w portowe zakamarki.
Jednym uchem słyszę besztanie Jasia, że jest nieodpowiedzialny bo trap
niezabezpieczony a wachta nie wystawiona, na co Jasiu beztrosko odpowiada,
że przecież wachta na jednym jachcie wystarcza.
Rano straż miejska prosi abyśmy zwolnili miejsce, bo tu nie można stawać,
nawet nie próbujemy usprawiedliwiać się, że pozwolił nam taki jeden z portu
miejskiego. Zwijamy kotwicę i przybijamy na nasze wczorajsze miejsce, które
właśnie się zwolniło. Do 1100 możemy stać za darmo. Wyprawa na mury
twierdzy, wzniesionej na wzgórzu tuż przy porcie, dla mnie to znajome
miejsca ale oglądam je kolejny raz z przyjemnością, przed twierdzą jest
ładny park ze śródziemnomorską roślinnością, kaktusy właśnie kwitną i agawy
też. A z góry wspaniały widok na port i archipelag Pakleni Otoci czyli
Czarcie Wyspy. Schodzimy na dół, nie chce się wracać na jacht a ciastka w
cukierence wyglądają bardzo apetycznie i tak smakują. Podobnie jak tubylcy
przysiadamy nad ciastkami i kawą, przyjemne uczucie wrzucić coś słodkiego
na ruszt i podkreślić dobrą kawą. Do ostatniej chwili przedłużamy błogie
lenistwo, tuż przed 1100 oddajemy cumy i wypływamy.
Żywy wiaterek gdzieś się zapodziewa i musimy włączyć silnik bo żagle
telepią się w takt drobnej fali. Na szczęcie odnajduje się i dalej już
mkniemy na żaglach. Zawijamy do małej zatoczki bo jest zamówienie na
nurkowanie. Pierwsze ustawienie jachtu na kotwicy nie podoba mi się bo
wiatr zawiewający z różnych kierunków niebezpiecznie przybliża nas do skał.
Odchodzimy i raz jeszcze rzucamy kotwicę, bardziej na środku zatoki. Teraz
lepiej.
Rozważania kotwiczne, które zawsze zaprzątają mi umysł gdy jacht stoi na
kotwicy rozwiewają się bo idę wypróbować jak to jest nurkować z butlą.
Ubierają mnie w piankę Jasia, trochę za luźna ale to nic nie szkodzi,
pianka jest o.k. dopiero kamizelka z butlą i te wszystkie sprzączki przyprawiają
mnie o lekką panikę. Przecież ja się w tym utopię... Jeszcze desperacki
skok do wody i ruszam za Jeremim. Krótki instruktaż obsługi butli i
kamizelki wypornościowej, wszystko jasne. Najlepszy moment to odkrycie, że
tam dają powietrze, tak po prostu, wydawało się, że oddychanie przez maskę
sprawia więcej trudu przynajmniej na początku. I pod wodę, wrażenia
niesamowite. Po kilku metrach przedmuchałam uszy, na basenie sprawiało to
więcej trudności. Poszło tak łatwo i prosto, że aż się zdziwiłam. Trochę problemów
sprawiało jedynie odpowiednie do głębokości napompowanie kamizelki.
Schodzimy na 10 m, Jeremi pokazuje naszą kotwicę, nareszcie mogę naocznie
sprawdzić czy trzyma. Po kilku minutach wynurzamy się i płyniemy na jacht.
Oswobodzenie się z uprzęży wymaga trochę samozaparcia, na szczęcie można
liczyć na pomoc.
Ruszamy dalej, szukamy ładnego miejsca na nocleg. Znajdujemy zatoczkę z
ładnie schodzącymi, prawie poziomo skalnymi tarasami. Po lewej znajduje się
domek, chyba letniskowy, niezamieszkany. Miejsce jest dobrze osłonięte od
wiatru, a słońce grzeje tak jak zwykle grzeje w czerwcu w Chorwacji.
Sielanka. Pływanie, nurkowanie, zwiedzanie lądu. Próba złowienia ryb, która
pozostała jedynie próbą, niestety. Ale dla ryb to chyba dobrze. Renia,
Świstak, Basia testują kamizelki asekuracyjne, efekty pozytywne. U sąsiadów
już jest wesoło, testują najnowszą rakiję. Płyniemy ich odwiedzić ale nie
na długo bo w naszym kambuzie chyba kończy się gotować obiad. Po zmroku
sesja fotograficzna i zdjęcie z którego Jeremi jest dumny - jacht, gwiazdy,
prawie granatowe niebo z widokiem w stronę morza. Noc przemija spokojnie i
bez większych wrażeń.
W dalszą drogę ruszamy nie całkiem skoro świt. Jeszcze gubimy ponton po
drodze, nie dość starannie przywiązany. Szybki manewr i odzyskujemy zgubę.
Opływamy wysepki zmierzając w kierunku Murteru. I nagle delfiny. Skręcamy w
ich stronę. Całkiem spore stadko otoczyło ławicę ryb i chyba jadło obiad
gdy pojawiliśmy się wśród nich, krążąc po stole. Zastąpiłam sternika bo
przy takiej atrakcji sterowanie odpada. Pływaliśmy krążąc wśród delfinów.
Całe stada ludzi mocno podekscytowane, biegały po pokładzie z kamerami i
aparatami, piszcząc i machając rękoma a także tupiąc nogami z uciechy. W
zależności od położenia delfinów, to dziób to rufa była pełna. Żeby było
jeszcze ciekawiej, zrzuciliśmy dwie liny za rufą, Cinas i Jeremi z maskami
i płetwami zainstalowali się na nich. I mieli podobno niesamowite
widowisko. Co raz który podskakiwał bo tuż obok albo pod przepłynął
delfin! Nie słyszałam żeby delfiny kogoś zjadły więc ze stoickim spokojem
jeździłam za ssakami, ciągnąc dwóch nurków za rufą. Ze dwie godziny tak
pływaliśmy nim delfiny dały nogę. Atrakcja niesamowita bo nie zawsze udaje
się spotkać delfiny, bywały rejsy że nie udało się zobaczyć ani jednego
choć z daleka. Pod wieczór meldujemy się w ACI na Murterze. Wypad do
miasteczka położonego kilka kilometrów od mariny kończy się szklaneczką
piwa albo kawy albo innymi trunkami. Kelner jest fachowiec. Bez zapisywania
na karteczkach zapamiętuje co kto zamawia i dokładnie w takiej kolejności
stawia przed nami. Na koniec dostaje brawa. A widok mamy całkiem ładny,
port miejski z zachodem słońca.
A potem zmieniamy lokal na tawernę i zamawiamy solidną kolację, widać że
dzień był pełen wrażeń bo apetyty dopisują a niektórzy zasypiają nad
talerzem, co oczywiście zostaje uwiecznione przez życzliwych kolegów. Do
rachunku tradycyjna szklaneczka rakiji - poczęstunek od właściciela
tawerny. Kolacja kończy się przy blasku świec, chyba z nadmiaru klientów
wszystkie urządzenia elektryczne w kuchni razem włączone wywołują
przeciążenie, wysadzają korki.
Z Murteru kierujemy się dalej na północny wschód, mamy przegląd chmur, od
Cirrusów wysoko na niebie po Cumulusy, za nimi przychodzą Stratusy i
nadciąga burza. Wiatr tężeje, morze faluje coraz bardziej, refujemy żagle.
Między wysepkami dopada nas deszcz, widzimy jak Blue Sea
dostaje uderzenie wiatru i pochyla się a za moment znika za deszczową
kurtyną. Zaraz powinna przyjść nasza kolej jesteśmy kilkadziesiąt metrów za
nimi. Ubieramy sztormiaki, reszta schodzi pod pokład, Arek siedzi przed
ekranem GPS'a aby pilotować nas. Na szczęcie główny kołnierz burzowy
poszedł bokiem, słyszymy jak grzmią pioruny za wyspą i za nami. Po
kilkunastu minutach jacht zaczyna się bezwładnie przelewać po martwej fali.
Włączamy silnik i obieramy kurs podejściowy do Trogiru. Po kilkunastu
minutach wchodzimy w obszar czystego nieba i wiatru. Wszystko zmienia się
tak szybko jak w kalejdoskopie. W marinie ACI tłok, obsługa upycha nas w
szeregu jachtów na ostatnim wolnym miejscu. Przy okazji odkrywamy, że nie
działa UKF-ka. Jeremi dzwoni do armatora, tym razem mają kogoś przysłać na
jacht. Po kilkunastu minutach telefon z pretensjami, zarzuty są absurdalne,
w recepcji nic nie wiedzą o naszym jachcie więc stoimy tu bezprawnie.
Jasne, że w recepcji nic nie wiedzą bo dopiero przypłynęliśmy a pracownik
ACI być może jeszcze nie odniósł naszych dokumentów, albo leżą gdzieś na
kupce i czekają na wprowadzenie do komputera. Takie drobiazgi są irytujące
i niepotrzebne ale być może świadczą o postępowaniu niektórych przed nami.
Ale jednego nie rozumiem, nie da się stanąć przy kei ACI tak żeby oni tego
nie widzieli, bardzo surowo i rygorystycznie przestrzegają porządku:
podchodzisz do mariny, wskazują miejsce do zacumowania, zanim zejdziesz na
ląd odbierają dokumenty jachtu i już możesz poruszać się swobodnie. Tylko
jeden raz zdarzyło mi się, że pracownik ACI nie zabrał dokumentów i
musieliśmy sami zanieść je do recepcji.
Sprawa się wyjaśnia, elektryk trafia w końcu na nasz jacht, po krótkim
przeglądzie tablicy rozdzielczej okazuje się, że przepalił się bezpiecznik.
Znowu mamy UKF-kę choć i tak przy jej mocy i zasięgu nie na wiele nam się
przyda. Kolejne miasteczko do oglądania, byłam tu już tyle razy, że nie
chce się o nim pisać ale z przyjemnością odwiedzam znajome uliczki.
Rano ekipa wyrusza na zakupy, zahaczamy o targ rybny, Jacek wybiera
tuńczyka, jakieś rybki, ośmiornicę i krewetki, ma być zupa rybna na obiad.
Tuńczyk wygląda imponująco, kawał ryby. Cinas z Pyjorem zakupują po róży
dla swoich pań, Jacek tylko kręci głową, no i co najlepszego zrobiliście,
to precedens, w domyśle: teraz każdy który pojawi się bez kwiatka będzie
burakiem albo jeszcze gorzej... Na szczęcie obyło się bez większych
zawirowań bo na pokładzie mieliśmy więcej par a róża wisiała pod sufitem i
zasuszała się.
Zaraz po opuszczeniu portu chłopcy zabrali się za oprawianie owoców morza.
Rzecz działa się na rufie, SAS ma wydzielone zejście do wody, więc
spokojnie można było tam przykucnąć i do woli oprawiać ryby bez brudzenia
jachtu. Cinas i Jacek przypięci pasami kroją i tną a reszta zerka od czasu
do czasu z ciekawości i głodu. Dużo radości jest przy ośmiornicy, atrament
to ona ma, łapy całe czarne. W końcu kuk Jacek z uśmiechem wkracza do kambuza
niosąc wiaderko wypełnione do połowy. Cinas jest bardzo ciekawie opalony, z
tyłu wygląda tak jakby paradował po plaży w biustonoszu, cóż ślad po
szelkach. Dookoła dziesiątki wysepek Kornatów, przebijamy się do Dugiego
Otoku. Wieje spokojna trójeczka i jest słońce, niebo bladoniebieskie. A
szarozielone łuki wysp gdzieniegdzie przyciemnione zielenią krzaków oddają
niepowtarzalny klimat Dalmacji, żegluga przebiega leniwie i spokojnie. Kto
żyw korzysta i opala się na pokładzie, tylko Jeremi lata z aparatem znajdując
coraz to nowe obiekty - modnie ogoloną czaszkę Cinasa. Wychodzimy za linię
wysp i płyniemy wzdłuż Dugi Otok aż do najwyższej partii klifu, lekko
zamglone niebo otacza skały jakąś aurą tajemniczości i przygody. Podpływamy
bliżej do ściany, sięga w górę wysoko ponad naszym masztem. Granatowe morze
skrzy się w słońcu. O kotwiczeniu tutaj można zapomnieć, skały schodzą
pionowo do morza a głębokość sięga 60 m. Dopływamy do najwyższego punktu
wyspy, na górze jest jezioro Mir z lekko słoną i mętną wodą. Droga powrotna
mija błyskawicznie, na samej genui fordewindem dopływamy do cieśniny i
kierujemy się na miejscówę w fiordzie przy skale, którą odkryłam parę lat
temu podczas pierwszego rejsu po Adriatyku. Jeden warunek aby tam cumować
musi być spokojne morze bez fal, i właśnie tak jest. Andrzej bez
przekonania płynie za nami. Dopływamy do betonowego pirsu - miejsce jest
wolne. Jeremi podchodzi i cumuje. Drugi jacht próbuje przycumować do
sąsiedniego polera. A w końcu staje do naszej burty. Zgodnie z umową, jeżeli
jacht jest zacumowany do lądu stałego można używać alkoholu, impreza na
zakończenie połączona z urodzinami Kamili zaczyna intensywnie się
rozkręcać. Wesoło jest bardzo, dobrze, że w pobliżu jest tylko jeden jacht
poza nami, stoi na kotwicy 30 m dalej.
Ostatni poranek, słoneczny i spokojny. Do Sukosanu blisko, więc nie musimy
się spieszyć. Piesze wycieczki na górę, kąpiele w morzu, skoki ze skarpy i
nurkowanie, Wolaj stawia pierwsze kroki z butlą ale nie bardzo mu to
wychodzi, nie może przedmuchać uszu. Ogólne lenistwo i prażenie się na
słońcu. Po południu zbieramy się do wypłynięcia. Wychodzimy z zatoczki,
przepływamy pod mostem i już główki mariny, szybko to minęło. Jeszcze
podejście do stacji benzynowej, napełnienie zbiorników. I ostatni zjazd do
kei. Podjeżdżamy rufą do kei, cumy na ląd, tak stoimy.
Pamiątkowe zdjęcia a raczej cała seria pamiątkowych zdjęć ze wszystkich
aparatów, uroczysta kolacja i podsumowanie pływania. Wymieniamy się
opiniami i spostrzeżeniami, generalnie to był udany rejs.
Uczestnicy: Jeremi, Renia, Jacek (Leon), Basia, Świstak, Cinas,
Kamila, Cyborg, Wolaj, Beata
Jacht: SAS 39 rocznik 2001, długość 11,80 m; szerokość 3,85 m;
powierzchnia żagli 86 m2
Firma pośrednicząca: Punt S.C. www.punt.com.pl
Trasa:
- marina Sukosan
- kotwicowisko Ravnij Zakan (Kornaty)
- port Bisevo
- port miejski w Gruz - Dubrownik
- marina Dubrownik
- kotwicowisko k. Pomena (Mljet)
- marina Korcula (Korczula)
- port miejski Hvar (Hvar)
- kotwicowisko (Kornaty)
- marina Hramina (Murter)
- marina Trogir
- cumowanie fiord na Dugi Otok
- marina Sukosan
|
|
|
|
|
|