(1kB) 1 zastępcza A B 1 C D 2 E F 3 B C 1 zastępcza A E 2       
  Tydzień z hakiem       
 
[mazury]


Przyjdzie taki dzień wstanę skoro świt ...

Te słowa plątały się pomiędzy myślami jeszcze miejskimi, zawodowymi i obraz : plecak na ramieniu, dworzec, pociąg. Majowy rejs nabierał coraz realniejszych kształtów z każdym dniem. Pogoda była kiepska antywiosenna, zimne porywiste wiatry, zachmurzone niebo i lodowaty deszcz nie wróżyły nic dobrego. Ech co tam, byle wypłynąć jakoś to będzie.
Ania - załogantka Eli pojawiła się o 0225, Tomek właśnie wyciągał samochód a ja kończyłam herbatę. Podróż przez uśpione miasto przebiegała spokojnie, spojrzałam prosto w srebrną tarczę i pomyślałam - jutro będzie pełnia.
Byłyśmy pierwsze, po paru minutach pojawiła się Beata i Ela z Piotrem. Na peron wtaczał się nasz pociąg, dreptaliśmy brzegiem peronu wypatrując znajomych twarzy. W końcowych wagonach ktoś wychylał się przez okno i machał ręką - Dominika a za nią Dorota. Ulokowaliśmy się w zatłoczonych przedziałach. Rany dawno nie widziałam tylu znajomych z żagli na raz. Oho, wraz z pierwszymi taktami kół ktoś puścił taśmę z przygodą.

skocz do góry

Sobota

Port był skąpany w promieniach porannego słońca a jezioro marszczyła delikatna bryza. Sasanki równym rządkiem przytulone do kei czekały. Kręciliśmy się po pirsie pełni uśmiechów i błysku w oczach. Rudniarz pierwszy przejął łódkę o wdzięcznej nazwie 'Oleńka', następna 'Anita' trafiła w ręce jeszcze osamotnionego Grzesia Koniecznego kolejna 'Samba' była nasza. Dorota załatwiała w środku formalności z bosmanem a reszta załogi znosiła plecaki pod rufę łódki. Rudniarz dorwał silnik : 50 - tkę z biegiem wstecznym, porządna maszyna. Pomagałam zakładać to metrowe bydlę na windę. A potem ruszyła lawina na naszej łódce. Silnik, akumulator, żagle, wszystko pojawiło się na kei. Pracowicie ubieraliśmy łódkę w kolejne warstwy 'dzielności morskiej' : napęd mechaniczny, napęd ekologiczny i napęd mięśniowy . Dorota wydębiła dwie szekle, a ja widelce i kawał liny do wiadra.
Całą watahą ( w sile pięciu łódek ) zjawiliśmy się na obiedzie. Wyglądaliśmy jak kolonia. Każdy miał na talerzu specjalność lokalu - placek po Węgiersku. Żarty krążyły wokół stołu jak głodne rekiny.
Reklamowaliśmy oczyszczającą moc coca-coli powszechnie stosowaną do udrażniania kanalizacji. Przy płaceniu rachunku tak energicznie wyprostowałam 10 złotych, że w obu dłoniach miałam fragmenty całego kiedyś banknotu.
W końcu nadszedł długo wyczekiwany moment - oddajemy cumy i ruszamy w świat. Nikt z nas nie wiedział jak daleko zapłyniemy i jak odległe miejsca na Ziemi odwiedzimy. Ale wróćmy na Niegocin, po opuszczeniu portu okazało się, że płetwa sterowa nie daje wybrać się do pionu. Zdejmujemy ster, adoptujemy pagaj na ster awaryjny i rzeźbimy. Dużo nie narzeźbiliśmy okazało się, że szekla mocująca kontrafał płetwy sterowej blokuje się w jarzmie - diagnoza wstępna, płetwę założono za wysoko w stosunku do jarzma - diagnoza fachowa.
Zawracamy do portu, przy główkach rzucamy kotwicę i zakładamy ster, trudno taki jaki jest ale bardziej precyzyjny niż pagaj. Przystań w Wilkasach z bojami manewrowymi, dalbami i rzędem łódek przy kei, wymaga paru ściśle określonych ruchów sterem ( Miler, Miler bojka! Co jest, co jest? Bum! Nie widziałem - tłumaczy się Miler. Ale trafiłeś w sam środek jakbyś widział - riposta Roberta wysyłającego owe ostrzeżenie. )
Łatwego życia obsługa portu z Dorotą nie miała, ster przeżywał metamorfozę a my kładliśmy maszt : w celu sprawdzenia czy wszystko jest o.k. Gdy mocowałam się z bloczkami spinającymi sztag z pokładem przyplątał się bosman trzaskając dziobem, że to się lekko zakłada, że do tego trzeba dać kogoś silnego, że wymieni blaszki . Tak sobie myślę, dobrze, że się ów bosman przyplątał. Po dłuższej lub krótszej szarpaninie założyłabym bolec ale przy każdym stawianiu masztu mielibyśmy ekstra ćwiczenie cierpliwości. Po wymianie blaszek sztag mocował się idealnie. Jeszcze nigdy współpraca ze sztagiem nie przebiegała tak gładko. Kolejne wyjście z portu - tym razem ostateczne. Kurs na południe do Kuli. Wiało nędznie wlekliśmy się na zdychających pełnych powiewach.
Pamiętam doskonale, że były pełne bo oblałam egzamin z przedmiotu : jakim kursem względem wiatru płynie łódka. Dorota zrobiła minę KWŻ-ta na mój bajdewind , ściągnęła wysoko dyndające icki do poziomu wzroku sternika i trzymała mnie na muszce dopóty, dopóki nie wydusiła prawidłowego baksztagu. Więcej grzechów nie pamiętam.
O 1900 dobiliśmy do pomostu, postawiliśmy pałę. Klar na pokładzie, zwiedzanie lądu i zaczęliśmy wieczór od "dobrej herbaty". A potem wyciągnęłam dwa składniki dające razem białego niedźwiedzia i stanęliśmy oko w oko z groźnym drapieżnikiem. Reakcja była piorunująca, już po trzecim łyku oczy rozbłysły i fantazja ułańska rozpuściła grzywę. Pomimo początkowych oporów (niektórzy bali się, że będą rzygać dalej niż patrzą) trunek przyjął się nadzwyczajnie. Skończyłam na dwóch białych niedźwiedziach, ale niektórzy zmierzyli się z trzema. Walka tak ich wyczerpała, że wzrok osłabł (pomost do łajby znikł) a pamięć straciła wątek - kontakt z rzeczywistością lewitował po orbicie krzywizny butelki. Po prostu trzeźwi inaczej. Piekliśmy kiełbaski przy ognisku i słuchaliśmy wycia Messerschmittów . Blanka wiodła ożywione dyskusje z Dorotą a Piotrowi plątały się nogi. Rudniarz podchodząc do mnie powiedział : ale spiłyście swojego załoganta. Po północy ognisko zaczęło przygasać, piwa zabrakło, śpiewy ucichły, wróciłam na łajbę i poszłam spać.

skocz do góry

Niedziela

Rano Piotr miał straszny dylemat nie mógł przypomnieć jakim cudem spodnie od dresu znalazły się na nim. Blanka przeżywała podobne rozterki, nie umiała odtworzyć drogi powrotnej na jacht i ułożenia w koi. Śniadanie upłynęło na próbach odtworzenia poprzedniej nocy. Przy pierwszym łyku herbaty odkryliśmy, że wozimy wodę na wskroś przesiąkłą cuchnącym plastikiem. Pić się tego nie dało . A potem był taki tekst : Piotr - idę umyć sobie ząbki, a ja idę umyć sobie garnki - Blanka . Półwysep Kula wyglądał rozpaczliwie, suche chaszcze, bezlistne drzewa czyniły miejsce to zawsze zielone i gęste dziwnie obcym. Dzisiejszego poranka trochę wiało, Blanka przeprowadziła łódkę przez wyspy, mnie przypadły w udziale kanały. Jak zwykle nasze koncepcje wejścia w kanał i złożenia masztu ( Doroty i moja ) różniły się w szczegółach, nie pierwszy zresztą raz w tym miejscu . Właśnie uświadomiłam sobie, że moje odruchowe dążenie do zacumowania w kanale i położenia masztu bierze się z zamierzchłych czasów kiedy to po raz pierwszy prowadziłam rejs mając zieloną załogę na pokładzie i nie mogłam pozwolić na jakąkolwiek improwizację (środek sezonu, sznur łódek, plątanina masztów).
Jeszcze trochę a Dorocie uda się zwalczyć odruch cumowania w kanale. Sterowałam sobie opornie, kontrafał steru poluzował się, odchylenie płetwy od pionu w połączeniu ze strumieniem wody wyrzucanym przez śrubę silnika dawało niezłą zabawę. Po drodze mijaliśmy dwa Tanga pełne absolwentów Siekierniaka, oba szły równolegle w kanale. Zbliżając się do nich rozważałam:
1. zrobią nam miejsce,
2. zmieścimy się na trzeciego,
3. nie zrobią miejsca i nie zmieścimy się - należy zwolnić.
W końcu przepuścili nas a kilka zadziorniejszych jednostek (w tym Dagmara) krzyknęło:
To ona dała nam patenty - wskazując palcem na Dorotę.

Po tym zabawnym spotkaniu monotonny warkot silnika i dłuuugie brzegi kanału zaczęły nużyć. Przeżyłam parę kontrolnych spojrzeń z dziobu i koniec kanałów. Tuż przed linią wysokiego napięcia poszłam się zdrzemnąć. Przed zanurkowaniem w kabinie puściłam oko do Doroty wyrażając obawę czy zmieścimy się pod drutami. Ciąg dalszy czyli trzymanie biednego Piotra w napięciu rozegrał się beze mnie. Po minięciu słynnych drutów Piotr usłyszał opowieść jak Kasiewa mdlejąc ze strachu prowadziła jacht a reszta czytaj : Rudniarze zeszła do kabiny robić przechył aby maszt zmieścił się pod linią wysokiego napięcia. Przed Mikołajkami już na poważnie położyliśmy maszt i minęliśmy trzy mosty. Stałam na dziobie i obserwowałam malownicze czerwone dachy wspaniale komponujące się z zielenią drzew i taflą jeziora. Miasteczko było puste. Ale gorące prysznice ( z baaardzo dużą tolerancją pojęcia gorące ) otworzyli, tylko zbrodniarze zdzierali za tę wątpliwej jakości usługę aż 5 złotych.
Zjadłam obiad "Pod Złamanym Pagajem" a reszta pożerała szaszłyka w innym lokalu. Potem załoga "Samby" degustowała na jachcie Burgunda ze słonecznej Kalifornii i sery i poprawiła sobie humor resztką białego niedźwiedzia.
Wieczorem tawerna "Lady Mary" wypełniła się ludźmi z Sasanek. Wyliśmy strasznie, zabawa kręciła młynka, ludzie z sąsiedniego stolika nie żałowali gardeł. Niestety obsługa zgasiła nas zamykając lokal po północy. Wróciliśmy na łajby, Dorota z Dominiką kontynuowały imprezę u Messerschmittów.

skocz do góry

Poniedziałek

Obudziłam się w "środku dnia" ( z rufy nie dochodziły żadne odgłosy ), ewakuowałam się przednim lukiem i pognałam po śniadaniowe produkty pierwszej potrzeby : świeże bułeczki, chleb, mleko skondensowane - do "dobrej kawy'', serek Feta i pomidory. A reszta powoli wygrzebywała się z oparów sennych. Po powrocie z miasteczka wydobyłam z czeluści plecaka tomik Poświatowskiej i zatopiłam się w kokpicie we wspaniałej poezji. Dorota również powędrowała do sklepu i nabyła inne produkty śniadaniowe oraz serek Feta ( to był przebój wrześniowego rejsu), ponieważ Dominika w Wilkasach też nabyła serek Feta powinniśmy mieć trzy sztuki tego specyfiku - gdyby nie to, że jedna reklamówka z zakupami pozostała w sklepie. Mieliśmy czas do południa. Przed 1300 wyruszyliśmy na dworzec PKP, odprowadzaliśmy Dorotę i Milera. Rozegraliśmy w drodze wspaniały mecz rugby litrową butelką cherry-coca, odpowiednio upitą aby gaz wydzielający się pod wpływem wstrząsów i upadków miał miejsce na rozprężenie . Całość wyglądała tak : rozgrywający szedł z tyłu i rzucał piłkę wykrzykując imię odbierającego albo uwaga leci! Czasami zdarzało się, że adresat nie usłyszał lub nie wykazał się refleksem i obrywał piłką. Boisko było wąskie. Jedno pobocze stanowiła ulica a drugie posesje, cmentarz i ogrody - graliśmy na chodniku. Poświęcenie zawodników było całkowite. Niektóre jednostki z narażeniem życia wyrywały piłkę spod kół pędzących pojazdów. Najlepszy był moment gdy na boisku pojawiły się dwie piłki - ta druga to worek Milera. Stanęliśmy w kółku i graliśmy w głupiego Jasia, worek fruwał w powietrzu gubiąc kolejne sztuki garderoby a Piotrek ganiał za nim z ogromnym wdziękiem i uśmiechem. W końcu dorwał się do swojej własności, mecz przerwany dla psoty rozgorzał na nowo. Miler wybijał się na czoło grających. Prezentował ponadprzeciętną chwytność kończyn przednich pojedynczo i piękne przejęcia piłki na klatę. Mecz zakończył się u drzwi dworca - wszyscy wygrali bo nagrodą i celem była odlotowa zabawa. Do odjazdu pociągu mieliśmy jeszcze pół godziny. Dorota z Milerem usiłowali kupić bilety. Ległam strudzona na dworcowej ławeczce a Blanka przykryła mnie polarem i gazetą - w trosce o moje zdrowie - abym się nie przeziębiła. Tam było duszno, wyszliśmy na perony i usiedliśmy w kręgu przyjaciół - na olbrzymiej donicy z traktorowej opony. Przyjechał pociąg, Miler wsiadł do jednego wagonu a Dorota do sąsiedniego, na łączniku miało być przejście graniczne pomiędzy zaprzyjaźnionymi aczkolwiek odrębnymi terytoriami. Zaśpiewaliśmy na pożegnanie naszego ulubionego Kapitana Żegnaj nam dostojna stara Doro o ( o przepraszam miało być bez starej ) i zasalutowaliśmy z trzaskiem obcasów. Miler wyciągnął niebieską, kraciastą chustę podejrzanej czystości i czule pomachał Dominice - opuszczał ją na dwa dni. Pociąg odgwizdał i ruszył, hmm...
Smutno nam się jakoś zrobiło w drodze powrotnej, nawet nie rozegraliśmy drugiej połowy meczu. Zrywał się silny wiatr a po niebie chodziły burzowe chmury. Ostatnie pięć minut na lądzie.
Ponieważ Dorota przed wyjazdem zrobiła overholung pozostało mi tylko odejście. Bardzo starannie rozplanowałam manewr. Odeszliśmy na szmatach. Chodziły całkiem niezłe szkwały. Próbowałam podostrzyć na jednym, nabrać wysokości i znalazłam się w kącie martwym, tam dopiero mogłam skontrować ślizg łódki - cokolwiek niezamierzony. Dałam spokój ostrzejszym wiatrom i wypuszczałam nadmiar pary luzując grota. Tak sobie myślę, że nie wybraliśmy na sztywno kontrafału płetwy. Następna sterowała Dominika, szliśmy pod wiatr na zarefowanym grocie i nieźle nas nosiło. Po wielu, wielu sztagach, podciąganiu grota zjeżdżającego na fale przebiliśmy się do wysepki przy Wierzbie. I zobaczyliśmy rządek Sasanek zaparkowanych po przeciwnej stronie. Chcieliśmy dowiedzieć się jakie są dalsze plany, powiedziałam Dominika ćwiczysz podejście na żaglach do pomostu. Parkowanie było spektakularne, rolę kotwicy spełniła moja lewa noga, która odruchowo wyhamowała na drzewie. Dowiedzieliśmy się, że Ela ma dosyć i nie rusza w dalszą drogę na południe, Rudniarze i osierocona załoga Milera też nie. Postanowiliśmy zostać. Dominika z Blanką zabrały się za pichcenie obiadu, Piotr towarzyszył im dzielnie wspomagając duchowo i nie tylko a ja pętałam się po innych łódkach usiłując namówić resztę na ognisko. Po zjedzeniu obiadu, który był doskonały - jak się wyraził Piotr, zrobiliśmy "bardo dobrą kawę" i gorący miód pitny. Miodem zajął się Piotrek i udało mu się, zrobił niezły trunek : miód z goździkami. Usiedliśmy we czwórkę w kabinie popijając staropolski napitek i rozpoczęliśmy dyskusję. Zaczynając od Indian z Bororo, Aborygenów, Eskimosów i kultury niematerialnej. Dominika bardzo fachowo nakreślała obyczaje i codzienność ludów prymitywnych. Potem przerzuciliśmy się na problem integracji kulturowej u progu zalewu UE. Oszacowaliśmy straty i zyski z punktu widzenia etnologa ( chyba etnologa bo etnograf ma inną działkę ) czyli swobodny dostęp do eksponatów, skansenów i kultur na terenie Unii oraz wymieszania i ujednolicenia odrębnych narodowości jakie współcześnie występują w Europie. Naszą troską obdarzyliśmy szczególnie Łemków, rejony Mazur i innych kultur żyjących w Polsce. Mogłam wykazać się głęboką znajomością zagadnienia kopaczki kijowatej, z której wykład usłyszałam w "Pubie na Strychu" podczas gościnnych występów studentek antropologii z Warszawy.
Rdzenni mieszkańcy Australii wychowują potomstwo bezstresowo, dzieciom wolno wszystko natomiast po przekroczeniu progu inicjacji na barki spada cała odpowiedzialność dorosłego życia z wszystkimi zakazami, nakazami i tabu. Taka bolesna inicjacja ( nacinanie skóry od uszu poprzez całe ciało do pięt u chłopców oraz nacinanie piersi, brzucha i rąk u dziewcząt ) jest na tyle silnym przeżyciem aby wydobyć jednostkę z psychiki dziecka do psychiki dorosłego.
Problemy rehabilitacji - schorzenia kręgosłupa, kręgosłup wytrzymuje nacisk 1200 kg. Ruch jest najlepszym lekarstwem jakie wynaleziono. Zupełnie zdrowy człowiek po tygodniowym leżeniu w łóżku musiałby długo przychodzić do normalnego stanu. Brak ruchu i intensywnego krążenia czyni spustoszenie w organizmie.
Przeskoczyliśmy na tematy współczesne : film "Ksiądz". Wszyscy obecni byli zgodni, nie rozumieli dlaczego ten film wywołał taki sprzeciw kościoła. Nie to nie tak, rozumieliśmy dlaczego kościół potępił obraz - w obronie swego wizerunku aby nie dopuścić problemu homoseksualizmu wśród księży na wokandę świecką - odebrał to jako atak na instytucję tyle, że film opowiadał w sposób głęboki i ludzki całą historię i nie było w nim nic co mogłoby naruszyć fasady świata chrześcijańskiego. Szum "na nie" wywołany wokół przyniósł więcej szkody niż pozostawienie filmu bez komentarza, w myśl starej zasady : tylko winni się tłumaczą. A może odbrązowienie księży, postawienie ich w płaszczyźnie świata codziennego przyniosłoby więcej pożytku. Pewnie nie, ludzie dążą do skrajności białe - czarne, szarość tolerują tylko w swoim przypadku. Następnym dyskutowanym filmem była "Szamanka" tutaj opinie całej trójki były także zgodne : destrukcja, zgnilizna i bardzo specyficzny nie do końca zdrowy sposób patrzenia na świat autorki scenariusza. Atmosfera towarzysząca kręceniu zdjęć odbiegała sporo od ciepłego, koleżeńskiego wzorca. Blanka przytoczyła słowa reportażu traktującego o zdarzeniach wokół planu filmowego : dołowanie odtwórczyni głównej roli ( świeża twarz spoza świadka aktorskiego ). Na ile to jest prawdą, na ile szumem reklamowym ...
Omawiali jeszcze film "Mikrokosmos" ale całość była na tyle bezbarwna, że umknęła.
Problem odmiennych wzorców estetycznych, jakieś afrykańskie plemię ( kurczę nie pamiętam jakie ) dokłada kolejne obręcze w miarę rozwoju dziewczynek uzyskując szyję naśladującą żyrafę. Bez konstrukcji podtrzymującej taka osoba nie ma szans przeżycia - zanik mięśni oraz osłabienie szkieletu. Przez wątek kulturalno - estetyczny przewijały się fachowe diagnozy rehabilitanta Piotra. Wspomnieliśmy jeszcze o celowej deformacji stóp Japonek i skończyliśmy temat ( a został jeszcze taki tłusty kąsek w postaci klas wyższych wśród Inków celowo wywołujących zeza i spłaszczających czaszki - będzie na następny rejs ). Zagubienie człowieka współczesnego, eksplozja postępu cywilizacji, utrata autorytetów wśród ludów prymitywnych i nie tylko. To taki telegraficzny skrót z obszarów odwiedzanych w dyskusji, jeżeli za długi i nużący to przepraszam.
A na brzegu wesoło płonęło ognisko, Ela dorwała się do gitary. Reszta łódek już grzała się płomieniami (nawet Rudniarze) tylko nas brakło, czas wyjść i poudzielać się towarzysko. Atmosfera była dziwnie blada w porównaniu z tą na Sambie podczas dyskusji. Piotr zwiał na łódkę odbierać chleb Blance - zmywać gary. Dominika pętała się po lesie jak duch Brunchildy straszący po nocach a pozostała dwójka dzielnie trzymała sztandar Samby przy ognisku.

skocz do góry

Wtorek

Ranną porą wzięłam prysznic, po chwili z lasu wyszła Dominika okazało się, że zgubiła portmonetkę : brązową z czarną obwódką. Wyruszyłyśmy we trzy na poszukiwanie zguby zaraz po śniadaniu. Na pytanie Rudniarza co robimy udzieliłam poglądowej odpowiedzi : szukamy grzybów na obiad. Portmonetka nie igła ale trudno znaleźć ją w lesie zwłaszcza jak jej tam nie ma. Zguba zaszyła się w bezpieczne czeluście dominikowego goretex-u. Po rezygnacji z leśnych poszukiwań Dominika raz jeszcze sprawdziła swoje rzeczy a my łódkę i zaginiony przedmiot dał oznaki przebywania na jachcie. Po tym zdarzeniu szybko uwinęliśmy się z klarem i oddaliśmy cumy obierając kurs na Siekierniak. Mimo pięknego słońca dęło nieźle. Po szkoleniowym cumowaniu na przystani Wierzby i zarefowaniu grota kontynuowaliśmy trasę. Dominika leżała przy maszcie, Piotr trzymał szota, Blanka sterowała a ja robiłam za balast. Nagle przyszkwaliło i łódka zaczęła kręcić karuzelę. Próba wyluzowania grota potknęła się o najeżonego pieska, który tak łatwo nie chciał wypuścić talii z mordeczki. Zwolniłam szoty grota omijając czepliwe zwierzątko, skontrowałam ruch jachtu sterem a Piotr wyluzował foka na komendę. Karuzela odjechała zostawiając łódkę w spokoju. Dalej przebijaliśmy się pod wiatr na południe. Szkwały chodziły a nad przesmykiem Bełdan zawisła paskudnie czarna ściana chmur. Zawróciliśmy, padło pytanie czy boję się o łódkę. O łódkę się nie bałam jak każda porządna łódka zawinęłaby do brzegu aby nie sterczeć na środku jeziora w czasie burzy problem był innej natury jak długo potrwa burza i ile wytrzymamy w krzakach. Zawsze lepiej spływać od burzy niż się do niej pchać - chyba, że nie ma się innego wyjścia. Pognaliśmy z wiatrem błyskawicznie. Na j. Mikołajskim dopadła nas cisza, dotelepaliśmy się do pomostu. Załoga poszła na zakupy, zostałam i wyszorowałam łajbę. Długo nie wracali, mieliśmy iść na gofry. Postanowiłam ich poszukać. Gdy wpadałam do sklepu, z nieba spadały pierwsze krople. Piotr, Dominika i Blanka stali przed stoiskiem monopolowym i nabywali żubrówkę, taa... będzie dziś dyskusja pomyślałam. Za moją namową przenieśliśmy się w strugach deszczu do cukierni na rurki z bitą śmietaną. Rurki były pyszne a z nieba spadła ulewa. Jak się trochę przejaśniło przebiliśmy się na keję, zjedliśmy ryż po włosku i ruszyliśmy pod "druty" czyli miejsce dzisiejszego noclegu. Szliśmy na katarynie, nie warto było stawiać szmat na ten kawałek - nie wiało. Obiecałam Blance podejście do pomostu na Siekierniaku więc w ramach rekompensaty podchodziła teraz do brzegu. Łódka bardzo wolno majestatycznie zbliżała się do lądu. Myśleliśmy - stanie w sporej odległości od ziemi ale nie, dociągnęła do kępki trawy tak, że mogłam wykonać triumfalny krok na ląd śmiejąc się Rudniarzowi i Matulce w twarz . Zacumowaliśmy dokładnie pod linią wysokiego napięcia. Nieopodal rosło drzewo skłaniające się do wody, wspięłam się po gałęziach i oglądałam spokojną taflę jeziora, ludzi krzątających się na trzech łódkach. Piotrek zaczął dawać dziwne znaki, uderzał grzbietem dłoni w szyję krzycząc, że komary zaczynają ciąć. Zlazłam z drzewa i podstawiłam mu pod nos zegarek - coś ty dopiero siódma! Nie zdołałam się oprzeć i kwadrans po siódmej rozpoczęliśmy pamiętną dyskusyjno - poetycką imprezę. Na początku była biała Sophia półwytrawna - stawiała Dominika i Blanka poczuwające się do wyimaginowanej potrzeby zadośćuczynienia za ... hmm może za to, że zużywają tlen. Tlenu jak na razie mamy pod dostatkiem, jeszcze Polska nie zginęła. Ale nic to, każdy pretekst jest dobry a ta Sophia była autentycznie pyszna . Potem Piotr ujął w dłoń flaszkę żubrówki pytając czy ma otworzyć kulturalnie czy niekulturalnie. Byłyśmy jednomyślne - niekulturalnie. Łokieć wylądował na denku butelki wywołując charakterystyczny dźwięk odsysania powietrza . Piotr dostał brawa, rozlał trunek do kubeczków i zasilił soczkiem jabłkowym. Dyskusja ruszyła.
Aborygeni, rdzenni mieszkańcy Australii, każdy ród miał swój totem. Totemem mogło być zwierzę : kangur, emu; ptak nawet owad. Członkowie rodu nie mogli zjadać swojego totemu, natomiast inni mieszkańcy plemienia nie byli obowiązani do przestrzegania zakazu, to obowiązywało tylko w stosunku do rodowego totemu. Poruszyliśmy także problem zagarnięcia terytoriów Aborygenów przez rząd Australii i oddanie im w zamian ziemi, której nie chcieli. Ziemi obcej gdzie nie było grobów przodków.
Mongołowie. Stepowy lud. Żyją w jurtach, prawa strona domostwa należy do mężczyzn, lewa do kobiet. Rzeczy związane z przygotowaniem strawy i zajęciami typowo kobiecymi znajdują się po lewej stronie a po prawej przedmioty związane ze zdobywaniem pożywienia, polowaniem, wypasaniem owiec. Bardzo ważną rolę odgrywa otwieranie otworu u góry jurty, czynność tę wykonywała kobieta ruchem od lewej do prawej. W przypadku śmierci, któregoś z członków górę jurty otwierano odwrotnie - symbolika : czas już nie ma władzy nad tym człowiekiem. Małżeństwa zawierano wymieniając dary ale faktycznym spełnieniem aktu było urodzenie dziecka, od tego momentu kobieta stawała się pełnoprawnym członkiem rodziny.
Eskimosi. Zimą tworzyli komuny, zbierali się w jednym wielkim igloo i wszystko było wspólne. Latem powracali do małych namiotów i wiedli żywot w wąskim gronie rodzinnym. Współczesny obraz Eskimosów wypaczonych zasiłkami rządu kanadyjskiego, mieszkających w barakach i pijących skwitowaliśmy krótko ta paskudna cywilizacja.
Kara śmierci za i przeciw. Piotr i ja byliśmy przeciwni. Dominika i Blanka były za. Zacięta dyskusja nawiązała się między Piotrem i Blanką, która bardzo emocjonalnie podchodziła do tematu. Piotr dwa razy prosił aby nie krzyczała na niego bo nie będzie dyskutował. Nie wtrącałam się do rozmowy, operowano argumentami ekonomicznymi . Padł także pogląd nie kary a eliminacji wielokrotnych morderców, recydywistów tylko w tym momencie dlaczego nie zabijać wariatów, upośledzonych i ludzi starych będących ciężarem dla społeczeństwa, granica jest bardzo płynna ; nie wiem czy można zgasić coś co nie należy do nas? jeżeli ktoś przyzna sobie takie prawo, weźmie taką odpowiedzialność to jest cholernie odważny .
Kościół a kara śmierci. Piotr doszukał się w "statucie" kościoła zapisu o poparciu kary śmierci w wyjątkowych przypadkach (bliżej nieokreślonych). Padło stwierdzenie, że kościół i Bóg to dwie różne sfery. I chyba coś w tym jest gdy się popatrzy w wizerunek kościoła na scenie politycznej. Za bardzo zaplątali się w materialne sprawy tego świata, a materia ma to do siebie, że niestety brudzi wszystko z czym się zetknie.
Karmelitanki bose. Tutaj krytyka objęła zupełne odcięcie od świata, milczenie. Cofanie w rozwoju poprzez brak kontaktu z drugim człowiekiem, światem zewnętrznym.
Gdy przestały przychodzić nam do głowy nowe tematy dyskusyjne przeszliśmy do poezji. Miałam pod ręką Brodskiego i Poświatowską, szukałam czegoś o tematyce przystającej do żeglarstwa, wody ale było tego bardzo mało. I chyba sprawiła to tamta atmosfera , że wydobyłam z pamięci dwie swoje refleksje wybitnie przygodowo-żeglarskie i dałam Blance do przeczytania: Rägnarok
Na tym wieczorku dyskusyjno-poetyckim powstała także mapa świata, na której zaznaczyliśmy nasze podróże w czasie i przestrzeni. Tej nocy byliśmy w Bułgarii i Białowieży i mierzyliśmy się z żubrem . Zwierz chyba wziął nas na rogi. Dominika grała Chryzantemy Złociste i Denaturat a myśmy jej wtórowali wyjąc głośno . Mieliśmy nawet ułożyć piosenkę na powitanie Doroty parafrazując słowa Kaczmarskiego : Trzy dni z hakiem dobrze było mi na świecie, bo nocami na imprezach piłem wściekle ...
Wstąpiłam na imprezę, która odbywała się obok na łódce Eli, przeprosiłam za nieobecność załogi usprawiedliwiając ich stanem zachwianej świadomości w odniesieniu do otoczenia. Wróciłam na Sambę i skończyliśmy "pić denaturat" czyli śpiewać: Zostało mi 100 litrów denaturatu nie, nie, nie mam z kim pić, wypiję sam. Skończyliśmy na minus 4 litrach nieźle. O pierwszej nasza biesiada wygasła.

skocz do góry

Środa

Musieliśmy dostać się do Wilkas przed 2100. Jezioro wyglądało jak szklana tafla a słońce przypiekało, chciałam nawet adoptować moje dżinsy na krótkie spodenki ale na szczęście nie uczyniłam tego - nie miałabym w czym wrócić do domu.
Wybraliśmy się na kotwicy, postawiliśmy szmaty i potelepaliśmy kursem na północ. Wiało w porywach 2oB usiadłam za sterem i próbowałam wycisnąć z łódki co się da. Trzy Sasanki : Samba, Mistusia i Pani Halinka szły w niewielkich odległościach. Miler jako najlżejszy powoli przeganiał Elę i doganiał Sambę. Młynarczyk zaproponował, że weźmie od Eli dwie osoby na przeszkolenie. Mistusia uwolniona od załogi pognała do przodu a Miler urządził Ani i Piotrowi odpowiednie przeszkolenie z picia. Z naszego kokpitu było widać jak odpalają Wiśniak. Tymczasem powiał silniejszy wiatr i Samba wyrwała do przodu zostawiając Milerowy gwar i śmiech daleko . Obserwowaliśmy ciekawe zjawisko 10 metrów od nas padał deszcz. Pierwszy raz widziałam coś takiego, ciężkie krople leniwie spadały wywołując serie mini wybuchów na powierzchni jeziora. Gdy chmura złapała nas swoim zasięgiem przez sztormiak czułam ich ciężar. Na szczęście deszcz był przelotny, skończył się nim zaniosło nas do kanałów. Odpaliłam katarynę, położyliśmy maszt tylko silnik zaczął przerywać i zgasł. Opędziliśmy się pagajami od trzcinek, dolaliśmy paliwa i ruszyliśmy w kanały.
Miler nabrał ochoty na żarty, na moment znikłam w kabinie, gdy wylazłam na dek Robert zawiązywał na naszym topie plastikową butlę. Wyszarpałam siekierę z kabiny i pomachałam Milerowi serdecznie. Przybiliśmy do kei w Zielonym Gaju i ściągnęliśmy dowód dywersji z masztu. Poganiałam się z Milerem po j. Kotek, manewry polegały na tym aby znaleźć się za plecami przeciwnika. Piotr uciekając przed nami zapędził się pod szuwary, wsteczny nie zaskoczył, zaliczył trzcinki. Ten widok podziałał kojąco rzekłam : to mnie satysfakcjonuje i popłynęliśmy dalej. Miler nie zrezygnował, kręcił się dalej obok nas wabiąc na goły bezbronny top nasz dziób. Załoga chciała w ramach zadośćuczynienia zarzucić szmatę na maszt, hmm powiedziałam : to nieładnie, tak robić nie będziemy. Dzięki temu Piotr uniknął kąpieli, na Pani Halince było przygotowane wiaderko wody dla ewentualnego agresora topu masztu. Kanał za kanałem mijał, wydostaliśmy się na j. Boczne. Postawiliśmy maszt, żagle i pognaliśmy w kierunku Kuli. Niebo było groźnie zmarszczone, namyślało się nad burzą. Przybiliśmy na chwilę przed Kulą, zjedliśmy kanapki, położyliśmy maszt i powróciliśmy na mazurski szlak. Zaczęło się rozwiewać, bokiem gnały czarne chmury, błyskało. Skróciłam drogę przecinając trasę wyznaczoną czerwonymi bojami, brzdęknęło raz, momentalnie wybrałam miecz i poszliśmy dalej. Chyba już nie będę skracała drogi w tym miejscu ( ech umykają gdzieś te pirackie czasy ). Dominika spokojnie prowadziła łajbę, oglądałam się sprawdzając czy Ela płynie. Nie płynęła. Niegocin był trochę rozbujany nic szczególnego ale gdy przyszło parę silniejszych szkwałów zarefowaliśmy grota. Refowanie poszło nad podziw sprawnie i elegancko. Zza chmur wyjrzał pomarańczowy wycinek słońca rzucając dookoła ciepłe blaski. Rozrefowaliśmy grota . Podciągnęliśmy na wysokość Wilkas. O 2030 zrzuciliśmy żagle i odpaliliśmy katarynę - nie chciałam po ciemku tłuc się po porcie. Przed 2100 stanęliśmy przy pirsie czekając na Kapitana i resztę załogi. Głód nicował nam żołądki, dziewczyny kupiły klopsy w sosie pomidorowym, jeden słoik nosił zaczątki pleśni pod nakrętką. Doszłyśmy z Dominiką do porozumienia : pleśń ściągnąć a resztę walnąć do gara i zagotować, trochę penicyliny jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Kompozycja z chlebem zaspokoiła pierwszy głód. Siedzieliśmy i czekaliśmy na Dorotę, Elizę i Maćka. Dwa razy ludzie zmierzający do sąsiednich łódek wywołali fałszywy alarm. W końcu pukanie - można wejść - wyjrzałam przez przedni luk, wróciła pani Kapitan z resztą załogi. Wcześniej umówiliśmy się, że powitamy Dorotę w ciemnych okularach - znaczy załoga chlała tak, że nie nadaje się do użytku. A tak nawiasem mówiąc ta załoga doprowadziła mnie w takie obszary pijaństwa, w których jeszcze nie byłam znaczy rozpiła mnie. Mieliśmy na dziś plany udania się do Malibu, w tym celu musieliśmy dostać się do Giżycka aby zakupić wehikuł czasu i przestrzeni o odpowiedniej maści. Początkowo Dorota nie chciała ruszać się nocą ale widząc nasze zawiedzione miny wypłynęła. Kręciliśmy się pod brzegami szukając wejścia do kanału. Odbiliśmy za bardzo w prawo. Musieliśmy zawrócić, po paru minutach brodzenia w ciemnościach znaleźliśmy wejście. Do portu przed mostem obrotowym wpłynęliśmy siłą bezwładności. Zacumowaliśmy lewą burtą do Mistusi. Umknęłam z pokładu, kręciły się tam straszne tabuny ludzi ze 6 sztuk. Stałam na pirsie i patrzyłam jak się zwijają klarując jacht. Dorota stanęła obok i powiedziała, że ma dobrą wiadomość (wiedziałam, że to coś z morzem) - cofnęli 200 godzin samodzielnego prowadzenia jachtu z wymagań na st. morskiego - hurrra! Zostało tylko 100 godzin na pływach, gdyby udało się znaleźć rejs na pływach, jeszcze w tym roku można by było robić "morsa" - pomyślałam.
Nie powiem ucieszyła bardzo ta wiadomość. Gdy te straszne tłumy doprowadziły łódkę do względnej używalności zeszliśmy pod pokład. Nie chciało nam się ruszać do knajpy przy kanale. A impreza na jachcie musi w czymś pływać. Zobowiązałam się zorganizować żubra. Powędrowałam do sklepu nocnego. Bardzo dziwne zwyczaje panują w takich miejscach w Giżycku. Zakupy podaje sprzedawczyni przez okienko, klienci do środka wpuszczani nie są. Była kolejka, wszyscy nabywali żubra czyli żubrówkę + sok jabłkowy. Bałam się, że wszystko wykupią. Na szczęście sklep był dobrze zaopatrzony, wracałam do portu z butelką i dwulitrowym sokiem. Spotkałam jeża tuptał chodnikiem w kierunku trawnika, zatrzymałam się aby z nim pogawędzić ale biedak zwinął się w kłębek nie przejawiając ochoty na rozmowy. Cofnęłam się dwa kroki jeż rozprostował igły zafurczał na pożegnanie i potuptał dalej. W tył, zwrot naprzód marsz (to była komenda do mnie nie do jeża). Jeszcze most, płot i pirs. Weszłam na łódkę i podałam oba zawiniątka do kabiny. Usiadłam na zejściówce i popatrzyłam na ludzi w środku. Było gwarno i wesoło tylko z dziobu spoglądała na mnie z bardzo dziwną miną Dorota - gorączkowo przeszukiwałam pamięć czy był jakiś faux pas, nie, przez tę godzinę nie zdążyłam nic nabroić. Skonsternowana głośno spytałam : czy ja Ci coś zrobiłam, ostatnio? Uff to nie była mina od porcelany. Zresztą za parę minut wyjaśniło się, gdy przedarłam się na dziób i znalazłam dwie kartki zagryzmolone moim charakterem - z wczorajszej imprezy. Dorota wpadła w szok bo chciała odcyfrować to co napisałam. A te paskudy dały jej to czytać. Nigdy więcej takich ilości żubra, po których puszczam farbę! - obiecałam sobie.
Tymczasem impreza zaczęła się rozkręcać. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że chcemy Piotra do fachowego odbicia butelki z żubrówką . Miller nie zdołał ściągnąć go na imprezę ale jedna wizyta Doroty na Pani Halince wystarczyła aby Piotr stawił się na Sambie. Otworzył bardzo fachowo butelkę uderzając z łokcia w krążek dna. Napój został wzmocniony (powiedziałabym, że podniesiony na duchu) żubrówką. Dorota skrzywiła się , chyba nie lubi żubrówki. Ale reszta w błyskawicznym tempie pochłonęła % - ty. Były dwa rozwiązania albo zakończyć imprezę albo skombinować jeszcze jakiś trunek. Miller spytał na której mecie jeszcze wydają alkohol i poszedł z Piotrem po białego niedźwiedzia. Ta impreza różniła się od naszych wcześniejszych kameralnych biesiad, nie było dyskusji kulturalno - poetyckich ale Dominika zagrała 100 litrów denaturatu i Chryzantemy złociste, tylko biały niedźwiedź nie był taki dobry jak za pierwszym razem (pingwiny z Dorato nie nadają się do tego celu, lepszy byłby niebieski Polonez i biała Katerina).

skocz do góry

Czwartek

Obudziłam się koszmarnie niewyspana, moje próby wymęczenia standardowej dawki snu uleciały z odgłosem szczoty drącej laminat. Blanka poczuła się dziś do czystego pokładu. Wzięłam śpiwór i zeszłam na ląd w poszukiwaniu ziemi obiecanej. Znalazłam ją po ocienionej stronie łódki - słońce grzało jak głupie. Jakieś paskudne brunatne niedźwiedzie nie pozwalały zasnąć i chciały mnie udusić, ledwo wyprosiłam błagalną miną życie. Z krawędzi snu wyrwał mnie głos Blanki imitujący dźwięk: stary niedźwiedź mocno śpi, chwyciłam stojącego przy śpiworze buta i z ogromnym zamachem cisnęłam w nią. Chybiłam. O jedną łódkę. Traper spadł na Mistusię i stoczył się do wody. Miller wyłowił go, nabrał wody po cholewkę i przyniósł do mojego legowiska. Tego już było za wiele nawet jak na mnie, przegoniłam Młynarczyka po porcie. Początkowo w jednym bucie, gdy zrozumiałam, że mi zwieje cisnęłam w niego drugim butem i boso wróciłam na łódkę.
Jeszcze przed opuszczeniem przystani miało miejsce wspaniałe wydarzenie mianowicie gorący prysznic w hotelu. Tak mi było dobrze w ciepłej wodzie, że prawie się rozmarzyłam. To właśnie prysznic tak mnie powalił, że musiałam natychmiast znaleźć zaciszne miejsce i ułożyć się do snu. Wiadomo z jakimi skutkami (patrz parę linijek wyżej).
Pani Kapitan stanęła za sterem i przeprowadziła jacht przez kanał. Droga do Sztynortu była rozwiana umiarkowanie i co najważniejsze słoneczna. Eliza spytała dlaczego Dorota tak niekulturalnie wydaje komendy . Od tego momentu wszyscy byli bardzo szarmanccy i kultura przelewała się nam przez kokpit. Eliza przejęła ster, materace suszyły się na deku a reszta leniuchowała. O 1600 byliśmy przy zatoczce Sztynorckiej ponieważ komary zaczynały już ciąć postanowiliśmy spłynąć do portu (te komary! coraz wcześniej atakowały). Pierwszy raz zacumowaliśmy pod Kapitanatem, mając świeżo w pamięci internowanie za sposób bycia z tego portu latem ubiegłego roku, Dorota postanowiła przestawić łódkę na bardziej strategiczną pozycję jak najdalej od bosmana. Gdy już obłożyliśmy cumy po raz drugi i padła komenda tak stoimy, spytałam : a może się jeszcze poprzestawiamy. I napotkałam spojrzenie - tym razem od porcelany. Nie chciałam wplątywać się w wyjaśnienia które pogrążyłyby mnie jeszcze bardziej. Ale w tym miejscu chcę stanowczo zaprotestować, porządek na łódce musi być, wiem o tym bardzo dobrze. Nigdy nie zamierzałam kwestionować decyzji prowadzącego zwłaszcza gdy są to rozsądne decyzje (a w tym przypadku tak jest) tylko podobało mi się bardzo przestawianie jachtu i chciałabym jeszcze. Właściwie na takim rejsie człowiek nie ma nic do roboty. Ruch jest najlepszym lekarstwem jakie wynaleziono i ... ja się domagam lekarstwa.
Do portu wchodziła Venuska i nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie to jak wchodziła: po pierwsze ładne podejście na żaglach, po drugie załoga stojąc na deku śpiewała bardzo profesjonalnie szantę, to byli Wikingowie zdobywcy głównej nagrody na Kopyści w Białymstoku.
Tym razem zjedliśmy porządny obiad latałam po innych łódkach aby wycyganić koncentrat pomidorowy do tegoż obiadu. Był pyszny taka typowo rejsowa mieszanka z mnóstwem przypraw. Po obiedzie odwiedził nas Piotr. Usłyszeliśmy relację z przeżyć za sterem: ale wiało! popuszczałem tak jak uczyłyście, jak mocniej przywiało to popuszczałem. Po posiłku przyszedł czas na "dobrą kawę" (ja podtrzymuję a on sika - opis napełniania czajnika wodą z kanistra wg Piotra - w wykonaniu Maćka i Piotrka) i wódkę a'la melina pod ogóreczka. Strasznie paskudna była ta wódka, Eliza tylko zamoczyła ogórek, spróbowała i powiedziała : to jest niesmaczne. Opuściliśmy "melinę" i odwiedziliśmy słynną żeglarską piwnicę. Sala wypełniona była rozbudowującym się tłumem, miejsca siedzące były zajęte. Kupiliśmy po piwku i pohalsowaliśmy na podbój tawerny. Zaproponowano mi miejsce leżące - kolana Rudniarza, Agnieszki, Madzi dlaczego nie skorzystałam natychmiast. Tylko piwo niewygodnie było sączyć.
Ale za moment rzuciło mi się w oczy coś co poderwało mnie na nogi : wielkie, brodate, wyglądające jak wiking tylko rogów mu brakowało. To był oczywiście Darek rodem z Białegostoku, robił sternika na Dojlidach w tym samym czasie co Ela żeglarza. Ich bal kapitański był jednym z najlepszych na jakich zdarzyło mi się być. Świeżo upieczeni sternicy chwycili wiosła i opłynęli ze śpiewem na ustach jedyną wyspę na Dojlidach. A potem przy ognisku były komendy: Wiooosła chwyć! Jest wiosła chwyć, Obieee naprzód! Jest obie naprzód. Po czym następowało zbiorowe przelewanie guli piwa z butelek do gardeł i komenda największego opoja Darka : Wiooosła basta! Jest wiosła basta.
Przywitałam się z tym opojem i spytałam jak sprawuje się firmowa Sportina.
Nie chciałam wracać na leżankę, wzięłam kurs na stolik wyjący szanty. Po Zenzie kręciło się mnóstwo znajomych tych z Sasanek i Messerschmittów. Brać żeglarska dobrze podcięta chmielem przelewała się przez Tawernę. Taka prawdziwie mazurska atmosfera. Odwiedziliśmy również ognisko przy portowym basenie. A potem, a potem była impreza u Milera. Jacht Pani Halinka charakteryzuje się tym, że mieści ograniczoną ilość osób na raz. Gdy przekroczy się limit o jakieś 500 % łódka zaczyna nabierać wody w przyśpieszonym tempie. Woda przelewała się nad gretingami, na szczęście miałam kalosze. Rum przywleczony z Samby stał opuszczony, tylko Dagmara okazała mu umiarkowane zainteresowanie zamawiając drinka. Gdy kończyliśmy imprezę siedziałam na skrzynce mieczowej, która to czynność jest szczególnie tępiona na Omedze w ruchu ale na szczęście to była tylko Sasanka w dodatku zacumowana. Kolejna noc za nami.

skocz do góry

Piątek

Przekleństwo Faraonów dlaczego budzę się tak rano gdy reszta jeszcze smacznie śpi. Nie było sensu gnić w śpiworze, odwiedziłam łazienkę przy Zenzie i ruszyłam do "Marii" z ambitnym zamiarem zrobienia zakupów. Mina mi zrzedła gdy ujrzałam sznureczek u lady sklepowej. Ale wytrwałam na posterunku, nabyłam jogurty z braku kefirków, chleb i popcorn. Na łódce zastałam ul, wszyscy krzątali się gorączkowo - Dorota zarządziła won z portu. Śniadanie mieliśmy zjeść w zatoczce pod Sztynortem, tam też pani KWŻ brała kąpiel. Widok człowieka brodzącego w wodzie o temperaturze 4o C może przyprawić o trwały wodowstręt, brrr jeszcze się otrząsam na tamto wspomnienie. Po śniadaniu wybiłam trzy wspaniałe szklanki i kwadransik. Napisaliśmy też epistoł Trunku Ratunku o takiej mniej więcej treści:

Mikrorejsik'97
26.04 - 04.05
Trunku Ratunku !
Chlamy już tydzień a końca nie widać, nie wiemy
czy wytrzymamy następną podwójną imprezę urodzinową
która dziś jest w planach a komary coraz wcześniej tną.
Gdybyśmy zatrzymali te wszystkie opakowania po trunkach,
które przewędrowały przez naszą łódkę
zostalibyśmy łodzią podwodną.
Zrozpaczona załoga powierza swoje Auuu... kojącym wodom jeziora.
J/S Samba

I umieściliśmy w ohydnej pingwiniej flaszce i puściliśmy w wody jeziora. Chciałabym zaznaczyć, że po tym akcie wcale nie było nam lżej - wręcz przeciwnie Neptun nie wysłuchał naszego wołania a komary cięły coraz dotkliwiej.
Na lądzie odbył się mały sparring, Dorota przygrzmociła mi parę razy mijając chaotyczne , nieskoordynowane ruchy kończyn górnych . Załoga ze zgrozą śledziła to co działo się na brzegu , pewnie zastanawiali się co takiego zrobiłam, otóż nic nie zrobiłam nawet się sama o to prosiłam. To jak z pstrągami - płyną w górę strumienia pokonując prąd i progi skalne chociaż głupie wiedzą, że zginą. Po prostu instynkt zagłady - a może się kiedyś uda, kto wie?
Przy trzcinowej przecince skrywającej wrota na Mamry wzięliśmy na hol wielką krypę, paliwo im się skończyło. W trzcinkach siedziało parę łódek i walczyło z tulipanami. Jako zespół holujący nie mieliśmy zbytniej zwrotności, musieliśmy "odpaść" z kursu ustępując drogi Orionikowi, który walczył na żaglach o dostęp do wielkich połaci Mamr. Trzcinki przyciągały jak magnes gigant a wielki ogon nie ułatwiał zadania ściągając nas na dno. Oddaliśmy hol. Przebiliśmy się na Mamry i pomknęliśmy motylem do Węgorzewa. Po drodze był manewr "człowiek za burtą". Musiałam dwukrotnie podchodzić człowieka, przy podejmowaniu Dorota powiedziała, że człowiekowi urwało rękę. Profilaktycznie oddałam ster, nie miałam ochoty na kolejne podejścia do człowieka. Do kanału weszliśmy na żaglach, nim złożyliśmy grota i odpaliliśmy katarynę fok nas pociągnął kawał drogi. Podholowaliśmy jakieś Tango z padniętym silnikiem. W porcie roiło się od łódek i harcerzy, wyglądało to jak "pożar w burdelu" . Cuma na ląd. Klar na jachcie. Pizza z lokalu "okrągłe schodki" gnała nas przez cały dzisiejszy dzień, jej wizja prostowała drogę i dodawała sił. Niestety ktoś zrobił głupi dowcip, tam nie było nic do jedzenia. Absolutnie, nawet małej - takiej dla nieletnich - pizzy. Kanał. W poszukiwaniu kalorii zawędrowaliśmy do portowej Tawerny na ruskie pierogi (chyba mam omamy węchowe bo wyraźnie czuję tamten zapach pierogów o wątpliwych walorach smakowych, na poważnie to było cholerne paskudztwo - ledwo zjadliwe). Zajęliśmy miejsca w loży Kapitanów. Maciek przy zamawianiu drugiej porcji spytał czy kucharz mógłby posolić wodę, poskutkowało ostatnie pierogi były ludzko słone. Przy okazji ściągania solniczki z baru do naszego stolika posoliłam Dorotę, chyba nie zorientowała się, narzekała później na wodę z piachem, którą Dominika spłukała jej głowę podczas prysznica. A tak w ogóle to nasz dzielny Kapitan stracił humor i pokazywał nam zasępione oblicze aż do wieczornej imprezy. Próby rozgonienia chmur spełzły na niczym dopiero Miller myjąc nasze brudne naczynia z imieniem Dominiki na ustach przepędził burzę. To była sensacja na pół portu, kapitan sąsiedniej łódki myje gary w naszym kokpicie, mało tego myje dwa razy żeby były nieskazitelnie czyste. Jedną łyżkę umył specjalnie czule, ucałował i wręczył Dominice z prośbą aby używała tylko tej łyżki. Bo to jest łyżka od niego dla niej. Zjedliśmy długo wyczekiwaną kolację, szparagi w żółtym serze z patelni. Kolacja była urocza po szparagach przyszła kolej na degustację czerwonego wina z serami różnej maści i pleśni. Wino rozjaśnione świecą rzucało rubinowe blaski na mesę.
Po tak zabawnym wstępie impreza urodzinowa Piotra i Beaty nie mogła się nie udać. Wpadłam na chwilę przed wszystkimi gośćmi, aby uczestniczyć przy wręczaniu wspólnego prezentu, który Ela zakupiła jeszcze w Białymstoku. Poczęstowałam się torcikiem wedlowskim i umknęłam na Sambę.
Załoga na ląd, idziemy na Mistusię - podreptaliśmy za Dorotą i prezentem. Pierwsze sto lat i rozlanie szampana. Ela zaśpiewała "Łap się za surfing" specjalnie dla Millera w wersji "łap się za garnki i pomknij za horyzont ..."
Potem były następne rozlania trunków cokolwiek wyżej postawionych w hierarchii doświadczonych pogromców butelek. Szanty leciały wartko i wesoło a mnie zmogło, zajęłam bardzo niemobilizującą miejscówę na dziobie i zdrzemnęłam się. Po godzince ocknęłam się posłuchałam dalszego ciągu szant i namierzyłam jedno zabawne wydarzenie. Beata ze szczerego serca nalała Dorocie pół kufla żubrówki, odstawiła opróżnioną flaszkę i złapała wódkę sztynorcką. Dorota desperackim ruchem zwinęła kufel ze stołu bojąc się podwojenia objętości i mocy. Solenizantka wyjaśniła, że to miało być na popitkę. O cholera jeżeli w Białymstoku popija się wódkę wódką to ja chyba nie jestem z Białegostoku. Podwójne urodziny podwójnymi urodzinami, impreza imprezą trzeba iść spać. Dobranoc.

skocz do góry

Kolejna Sobota

Węgorzewo, ranek, obrzydliwy prysznic . Z plecakiem za chlebem i piwem. Trójosobowa ekipa Dorota, Dominika i Niedźwiedź Polarny? (nie jestem kajzerką, nie jestem kajzerką - NIE JESTEŚ! uff) wyruszyła do sklepu. Namierzyła czynne delikatesy i nabyła potworne ilości piwa w liczbie 14 butelek , SEREK (w tym miejscu mam ochotę rzucić przekleństwem potwornym) TOPIONY (osobiście nie mam nic do serków, ale do topionych mam! - bojkot na dwa lata) mleko skondensowane do "dobrej kawy", ciacha, kiełbacha i chleb. Plecak próbował protestować, wystawił biedak oba żebra na wierzch ale nie chwyciłam aluzji, wepchnęłam mu żebra do gardła i poszłam zabawiać się w wielbłąda. Śniadanie przebiegało w przyjemnej atmosferze, aromat cytryny podwyższał walory herbaty, pieczywo było świeże, wszystko toczyło się gładko do momentu : Gdzie jest serek topiony - usłyszałam głos Dominiki. Sięgnęłam do plecaka wyjęłam mleko, ciacha, kiełbasę, chleb i wlazłam w coś lepkiego na dnie plecaka pomiędzy butelkami z piwem. Potworna myśl sparaliżowała mnie na dłuższą chwilę a potem padłam z jękiem na plecak i zapowietrzyłam się na kolejną chwilę. Wyszarpałam zwłoki plecaka na dek i zaczęłam wydobywać podminowane piwo. Po ewakuacji wszystkich butelek rozmiar strat przygniótł mnie do kokpitu i poczułam (patrząc na czystą butelkę) jak budzi się we mnie nieodparta chęć wypicia duszkiem piwa. Chwyciłam cudem ocalałą, ciemnobrązową, szklaną powierzchnię wypełnioną po brzegi chmielem i zdruzgotana padłam na kolana bo w promieniu mili morskiej nie było drugiej tak nieskalanej S... T... jak ta jedyna ocalała z pogromu. Zamknęłam oczy, teraz już tylko śmierć, woda była o krok. Stanęłam na krawędzi ale przez moją rozpacz przebiła się świadomość ścinającej krew w żyłach temperatury. Zginąć zgoda ale cierpieć, dość już wycierpiałam od S... T... lepiej zjem kanapkę z miodem. Wróciłam na śniadanie, chwyciłam słój pełen miodu i polałam na wielki połać chleba. Tamci, z mojej łódki podsunęli mi talerz, wiem chcieli coś ocalić przed wszędobylską lepką strukturą miodu. Nie mam do nich żalu. Ale ręce udało mi się koncertowo pochlastać. Miód ma to do siebie, że nie rani trwale a smakuje wybornie. Gdy tak siedziałam nad zamiodzonym talerzem z oblepionymi rękoma odwiedził nas Miler. Eliza od razu powiedziała - Dominika jest tam. Ale mały szczegół - Miler na drodze do Dominiki jestem ja. Młynarczyk zrezygnował z miejsca przy Dominice. Kończyliśmy bez większych atrakcji śniadanko gdy usłyszałam : Trunku ratunku z ust Milera. To przepełniło czarę zdolności zneutralizowania takich ilości emocji tego ranka, wypuściłam kawał chleba z miodem na talerz i szczupakiem rzuciłam się na dek, gdzie wypluwałam miód z płuc przez pięć długich, bolesnych minut. Jak można żartować przy śniadaniu, to się może skończyć śmiertelnym zejściem.
Nie poddałam się wróciłam do kabiny i bohatersko wykończyłam chleb z miodem - miałam dosyć. Żadnego więcej śniadania dziś. Wyjdźmy z portu.
Pogoda była rozdmuchana, patrząc na wierzchołki drzew chylące się pod ciosami szkwałów wcisnęłam na siebie jeszcze jeden sweter i spodnie. Wybrałam kontrafał płetwy sterowej tak, jak gdyby od tego zależało moje życie. Oddaliśmy cumy i pociągnęliśmy przez kanał.
Facet z holownika, który nas mijał spytał jak samopoczucie, uniosłam w górę prawą dłoń kciukiem do góry - bardzo dobrze. Przy główkach namierzyliśmy parę łódek w trzcinkach, walczących o wydostanie się i Panią Halinkę przechyloną na prawą burtę z Milerem we wodzie. Krzyczeli, że nie mają silnika. Yhy fajnie.
W tym momencie mocniejszy podmuch ze ster burty zaczął nas spychać na mieliznę, szliśmy całą parą silnika. Dorota ledwo wykręciła, o włos minęliśmy mieliznę, przed dziobem były Mamry. Postawiliśmy zarefowanego grota, sztag przy takim wietrze nie wyjdzie pozostaje rufa ale to ryzykowna sprawa. Dostawiliśmy foka. Kiwało nieźle. Gdy tylko położyliśmy się na lewy hals oddalający nas od trzcinek dostałam bojowe zadanie - zrobić foka sztormowego. Kombinowałam okrutnie ale rzecz jest niemożliwa bez zniszczenia żagla . W końcu przy pomocy Dominiki udało mi się zrobić bardzo prowizorycznego pełno sztormującego foka . Kręciliśmy się po Mamrach wyczekując sposobności przyjścia z pomocą Milerowi (kombinowałam strasznie jak się dostać na brzeg, na myśl przychodziła mi tylko jedna droga wpław, którą to myśl odrzuciłam jako zbyt absurdalną). Dęło dalej ładnie, półmetrowa falka przewalała jacht na swoich grzbietach. Zrzuciliśmy prowizorycznego foka i szliśmy na grocie do osłoniętej zatoczki z zamiarem : przeczekać wiatr i zobaczyć co z Milerem. Aż mi się wierzyć nie chciało, jak podjechaliśmy pod trzcinki i rzuciliśmy kotwicę to zrobiło się tak sielankowo, spokojnie i sennie, że trzeba było porządnie strząsnąć głową i popatrzeć na chylące się na jeziorze łódki aby przywołać wspomnienie porywistego wiatru. Wypiliśmy herbatę z odrobiną dobroci i pochłonęliśmy ciacha. Kontrolnie jakiś ludź z lornetą penetrował jezioro w poszukiwaniu uwolnionego z mielizny Milera. Jakaś łódka z granatowym masztem plątała się po jeziorze. Wydedukowaliśmy, że to musi być Miler. Postawiliśmy szmaty i pognało nas na pełnych pod trzcinowe wrota na Kirsajty. Słynną trzcinową zatoczkę minęliśmy na żaglach, przed kolejną przecinką złożyliśmy maszt i przeszliśmy most. Z góry krzyczał Tomek Matulka : brakuje tylko Owczarków reszta jest. Doprowadziliśmy łódkę do stanu używalności i wróciliśmy pod most na naradę wojenną - gdzie nocujemy. Plany nie zmieniły się, obowiązywała pierwotna wersja - cumuj Zimny Kąt. Strasznie ucieszyłam się, że Milerowi nic nie jest. Z radości rzuciłam w niego dwoma kaloszami gdy siedział na drzewie. Raz trafiłam, kalosze nie poniosły żadnych strat (znaczy obyło się bez wody w środku). Popłynęliśmy dalej. Wiatr się trochę wydmuchał, zrobiło się spokojniej. Dorota zeszła pod pokład na zasłużony odpoczynek (nie chciałabym być w jej skórze tamtego dnia). Maciek sterował a mnie przypadła funkcja trzymania ręki na pulsie. Chociaż wiatr się uspokoił fala została, na jednej zrobiliśmy takiego ładnego wańkę - wstańkę , że wyrzuciło Dorotę z koi. Znalazła się na podłodze pod skrzynką mieczową. Zajrzeliśmy wszyscy do kabiny aby nie uronić żadnego gestu wygrzebującej się z czeluści podłogi i śpiwora Doroty. Próbowała nas potem szantażować gwizdkiem bosmańskim , musi jeszcze trochę poćwiczyć, na razie uzyskuje dźwięk do złudzenia przypominający gwizd czajnika z gotującą wodą. Komendę zinterpretowaliśmy jako : wstaw wodę na herbatę a niektórzy marzyciele herbata gotowa. Dalsza droga na Zimny Kąt przebiegała leniwie i spokojnie. Maciek podszedł do kei, tylko kotwicznej nam zabrakło, musieliśmy przedłużyć linę cumą. Ponieważ obiad mógł zaistnieć dopiero po rozpaleniu ognia, zabraliśmy się za organizowanie drzewa na ognisko. Towarzystwo mieliśmy niespecjalne jacyś harcerze o nieujmującym sposobie bycia ( to określenie jest bardzo łagodne ). Po podpieczeniu kiełbachy wialiśmy, byle dalej od tych niesympatycznych typów. Obiad był pyszny ale było go za mało aby się najeść. Blanka zaproponowała pieczywo czosnkowe a Dorota podjęła się wykonania. Skombinowałam trochę masła od Eli a resztę wyciągnęłam w imieniu Dominiki z łódki Milera. Sposób przygotowania pieczywa : posmarować kromkę chleba masłem z obu stron i natrzeć sproszkowanym czosnkiem oraz solą a następnie przypiekać nad ogniem.
Nie bardzo się to udało bo zamiast czosnku mieliśmy sól czosnkową i chleb wyszedł pieruńsko słony. Na Sambie zaczęła rozkręcać się ostatnia impreza, Piotrek przygotowywał grzany miód, do kabiny zaczęły ściągać trutnie czyli Miler. Dzień był pełen wrażeń i niezłej gimnastyki, bolały wszystkie mięśnie. Ścięło mnie zmęczenie a senność dopadła na koi dziobowej. Szum i gwar dochodziły stłumione jak gdyby z innego świata, ulatywałam w ciemność. Z otchłani wyrwał mnie zapach grzanego miodu aromatycznie przyprawionego goździkami. Czułam go wyraźnie a potem zaczął się oddalać, powędrowałam za min. To był podstęp, złowili mnie do świata przytomnych na lep miodu pitnego. Wróciłam na imprezę nieźle już rozkręconą przez czas drzemki. Gitara wędrowała po ludziach i wysyłała w eter melodie pełne zadumy, śmiechu i wartkiej akcji.
Piotr zabrał się za obiecany masaż Doroty. Urządzili stanowisko na dziobie, robiłam za parawan. Później przyszła kolej na trakcję kręgów szyjnych. Wyglądało to bardzo dziwnie, masażysta chwytał obiema dłońmi podstawę czaszki i szczękę siedzącej ofiary i unosił całość ciągnąc ku przedniej górze i tylnej górze ( czyli w górę i do przodu oraz w górę i do tyłu ). Ela także załapała się na masaż. Obie "pacjentki" czuły się doskonale po zabiegach i miały zadowolone miny czytaj : jestem w siódmym niebie. Temat masażysty przewijał się przez wiele rejsów. Mniej więcej pod koniec pływania ( jak był lepszy rejs to w środku ) Dorota zaczynała wzdychać za przystojnym masażystą. No i proszę trzeba trafu aby na tym rejsie pojawił się człowiek praktykujący masaże ( rasowy rehabilitant ).
Dorota na nasze życzenie zapaliła fajkę, powąchaliśmy aromatyczny dym - yhy ten zapach - Clan + Złota Amfora Orzechowa - może być ( tytoń do fajki odpowiedniego gatunku tym różni się od papierochów, że jego woń jest w umiarkowanych ilościach przyjemna ).
Uciekłam z gwaru kabiny na pomost. Niesamowite ilości gwiazd przypłynęły tej nocy na nieboskłon. Wszystkie które mogły, przedarły się przez czerń kosmosu i mrugały z góry. One też miały imprezę, co chwila jakaś bardziej podcięta gwiazda spadała ciągnąc za sobą warkocz za horyzont do koi.
Brrr na pomoście było piekielnie zimno. Lila, Tomek i Igor przyszli na imprezę, niestety nie było miejsca w środku a ofiarowanymi przestrzeniami na dziobie pogardzili. Sama miałam problemy z dostaniem się do środka, musiałam odczekać aż zwolni się miejsce. Tkwiliśmy z Grzesiem Koniecznym w kokpicie. Dowiedziałam się, w którym wycinku nieba powinna pojawić się mgławica Andromedy. Grześ próbował swoich sił z fajką. Niestety to nie taka prosta sprawa, gasła co chwilę. Dorota rozpalając mówiła : Grzesiu pykaj, a Grześ na to, że przecież pyka.
Dominika wycofała się na dziób i definitywnie poszła spać. Miler opuścił nasz jacht co natychmiast wykorzystałam zajmując zwolnione miejsce. Wieczór chylił się ku końcowi, Ela zagrała "Chyba już można iść spać ..." oficjalnie kończąc imprezę.

skocz do góry

Druga Niedziela

Dorota miała w nocy stereo. Tym razem spała na środku dziobu mając nas po obu stronach i wysłuchała koncertu. Rany jak nie chciało się wstawać. Te cztery godziny snu to stanowczo za mało szczególnie dla mnie - niedźwiedzie lubią długo spać ( minimum 8 godzin ). I świadomość - ostatni dzień, nie będzie następnego, nie tym razem. Pogoda była wspaniała, taka jaką zapowiadały gwiazdy, błękitna i słoneczna. Wzięłam pół etatu obsługującego nawadnianie jeszcze suchej głowy i pół etatu obsługującego opłukiwanie napienionej głowy. Miałam troje klientów dzisiejszego ranka. Ostatnie śniadanie było niezwykle obfite i wystawne. Prócz zwykłych specjałów używanych w takich przypadkach na stół trafiły jeszcze półlitrowe kefiry i chrupkie pieczywo o smaku żytnim i kukurydzianym. Trochę przesadziłam z pochłanianiem śniadaniowych wiktuałów. Dorota skończyła wcześniej i teraz czaiła się nad lukiem dziobowym. Czyhałam od dołu wypatrując dogodnej chwili aby zaatakować. Niestety w miarę równomierny rozkład sił został podstępnie zakłócony wytoczeniem na blanki ( nie mylić z Blanką to zupełnie inna sprawa ) pagajowego kolosa. Złapałam rękojeść i zawisłam na niej jak na trzepaku Dorota wisiała na piórze, nie widziałam jak wisiała ale nie podejrzewam jej o uwieszenie się wszystkimi czterema kończynami prawdopodobnie wystarczyły dwie. Dobre, porządne drewno wytrzymało wahanie szal, nie pękło. Po tej porannej gimnastyce dostałam dwa buty kwalifikujące się do kasacji i mogłam rzucać nimi w Milera bez stresu, że zamoczą się . Deszcz butów spadł na Panią Halinkę i Milera. Buty w tej części swego przeznaczenia były wielokrotnego użytku - Młynarczyk odrzucił je na brzeg. Można było załadować działa ponownie i oddać strzał na jacht. Jedna sztuka amunicji zboczyła z trajektorii toru lotu i wpadła do jeziora. Podwinęłam spodnie i zaciskając zęby wkroczyłam w lodowate wody na ratunek buta. Nie mogłam pozwolić aby legł na dnie jeziora i wypaczał naturalną biocenozę zbiornika. Wymieniliśmy jeszcze ze dwa razy strzały i zakończyliśmy batalię. Buty marnie skończyły - trafiły do kosza na brzegu. Wycofaliśmy jacht na jezioro i odpłynęliśmy w kierunku portu macierzystego. Ostatnie szorowanie pokładu. Dziób i śródokręcie wyszorowała własną osobistością Dorota. Kokpit należał do mnie, Maciek spłukiwał ludwikową pianę strumieniem jezioranki z wiadra a Eliza prowadziła jacht omijając zasadzki i mielizny. Dominika pracowała w podziemiach na dużych głębokościach czyszcząc kabinę . Pucowanie jachtu trwało. Dorwałam się do prawej strony zęzy oczyszczając zapuszczone czeluście jachtu. Lewą przerobiła Dominika. Zdążyłam wrócić na dek przed wrotami do kanału obficie zastawionymi sieciami . Trasa łączyła Kisajno, Tajty i Niegocin. Brzegi były zarośnięte momentami nieuregulowane, zwieńczone trzema mostami. Jeden z nich szczególnie paskudny - pułapka na porywistych żeglarzy. Widzieliśmy jak zza przęsła wyskakuje łódka mierząc szybko zbliżającym się dziobem w jacht Eli. Z naszej perspektywy zderzenie było nieuniknione (szliśmy 50 metrów za Mistusią). Na szczęście obyło się bez bliskich spotkań 3-go stopnia. Ela dzielnie uniknęła kontaktu ocierając się o mieliznę, tamci też się postarali, odkryli ster i uwaga : wykonali skręt schodząc z kursu kolizyjnego. Most był paskudnie wąski i zdradliwie usytuowany na zakręcie. Dwie łódki zamierzające pokonać go z przeciwnych stron dowiadywały się o swoim istnieniu w wąskim gardle łuku. W tym miejscu jak najbardziej należy używać sygnału dźwiękowego. Przeszliśmy bez strat ale łódka Milera stoczyła ciężką walkę z kanałem raniąc dwa mosty i tracąc odbijacz. Wypuściliśmy się na Niegocin po prawej stronie były Wilkasy. Ten kanał to fenomenalny skrót - oszczędza drogi, budzi emocje i wygląda ciekawiej niż zmechanizowany moloch ciągnący się przez Giżycko.
Ostatnie postawienie masztu, miało wyglądać ładnie ale stalówka w kostkę kopana spieprzyła efekt. Wanta uwiesiła się sztormrelingu i opóźniła manewr. Chyba zareagowałam zbyt żywiołowo, Dorota łypnęła okiem . Zabezpieczyliśmy "drzewce" a potem tuż przed portem wybiłam ostatnie szklanki. Zacumowaliśmy standardowo - dziób przy pirsie. Ze zdaniem jachtu nie było problemów, jak tylko wyładowaliśmy graty na ląd biurokracja odhaczyła wszystkie istotne elementy składające się na całość jednostki pływającej, pożarła 50 zł ekwiwalentu za zaginiony pagaj i oddała resztę kaucji. Niektórzy odetchnęli mieli kasę na powrót do domu. Blanka od początku objęła patronat nad mapą rejsu, uzupełniała marszrutę a teraz zbierała podpisy uczestników dając moc dokumentu temu kawałkowi papieru. Ostatnie pożegnania, Maciek zabierał Blankę, Dorotę, Dominikę i Elizę swoim wehikułem do Warszawy. Pomachałam białą, higieniczną, nieużywaną chusteczką - jedźcie zdrowi. Reszta ekipy udała się PKS - em. do Giżycka a większa część załogi Eli i mała część załogi Samby została w Wilkasach na placek po węgiersku. Porządny posiłek przed podróżą ważna rzecz. Zrobiliśmy zakupy na drogę : 3 batony Lion, 2 batony Picnic, duże Hit-y, orzeszki ziemne solone, 30 dkg cukierków Cadbury"s Eclairs, 2 Cortiny porzeczkowe i 3 czekoladowe oraz sok jabłkowy. Kompozycja na słodko. Na stacji w Wilkasach tłumów nie było. Zajęliśmy przedział i zachowywaliśmy się bardzo swobodnie. Piotrek pozbył się bluzy zostając tylko w koszulce odsłaniającej większą część torsu. Pan spod okna nie wytrzymał i opuścił nasze towarzystwo. Brakowało nam powietrza, na każdej stacji intensywnie wietrzyliśmy przedział uzupełniając zasoby tlenu, organizm rozbestwił się na rejsie i domagał się tlenu najwyższego gatunku bez domieszek CO2. Wymieniałyśmy z Elą spostrzeżenia z rejsu. Ania była zadowolona : wiem przynajmniej co znaczą niektóre słowa, przed rejsem to brzmiało jak chińszczyzna . W Ełku przesiedliśmy się na pociąg do Białegostoku. Miałam szczęście, udało mi się znaleźć wolny przedział w okropnie zatłoczonym wagonie. Ela ściągnęła resztę załogi tłukącej się po korytarzach. Pieczołowicie zaciągnęliśmy zasłonki i uruchomiliśmy szantowy koncert życzeń. To była bardzo przyjemna podróż. W tym miejscu wypada zakończyć część opisową a zacząć formalną.

Skład zespołu pływającego na jachcie Samba, w terminie: 26.04.97 - 04.05.97

kapitan - Dorota Walczak
załoga:
1. Dominika Góralska
2. Blanka Dyduch
3. Eliza Szczechla
4. Beata Bogdanowicz
5. Piotr Dulowski
6. Maciej Selibórski

Trasa rejsu

Wilkasy - Kula - Mikołajki - Wierzba - Pod Linią - Giżycko - Sztynort - Węgorzewo - Zimny Kąt - Wilkasy

Skład Armady

Sasanki : Anita, Mistusia, Oleńka, Pani Halinka, Samba + dwa Tanga Messerschmittów

Załogi zaprzyjaźnionych łódek

Anita: Grześ Konieczny, Tomek Owczarek, Lila i Igor Walukiewicz
Mistusia: Ela Szymanowicz, Beata Zieleniewska, Ania, Darek z Bydgoszczy, Piotrek
Oleńka: Piotrek Rudnicki(Rudniarz), Agnieszka Amanowicz, Kasiewa, Monika Czernikowska,Tomek Matulka, Madzia Nowacka, koleżanka Kasiewy z Francji
Pani Halinka: Piotrek Młynarczyk (Miller), Monika, Robert, Ewa Nowacka, kolega Ewy
Tanga : Dagmara, Marycha i cała reszta bliżej nieokreślona, po prostu Messerschmitty.

skocz do góry

Białystok, maj 1997 r.   Beata Bogdanowicz