[mazury]
Ten rejs był od samego początku niespodzianką
Właściwie to miało go nie być. Jadąc z Dorotą i dwoma Mikołajami do Mikołajek, doszłyśmy do porozumienia - w przyszłym roku musimy zorganizować rejsik po Mazurach. Do tej pory zawsze latem urządzałyśmy takie "babskie pływanie". A w tym roku nie układa się.
Chciałam zorganizować włóczęgę DZ-tą ale ten pomysł mieścił się chyba tylko w wymiarze marzeń. Znalezienie jeszcze siedmiu podobnych wariatów jak ja jest niemożliwe. A miałam cholerną ochotę na takie surowe pływanie - kwintesencję żeglarstwa. Mam wrażenie, że luksusowe kabinówki o coraz to większych gabarytach pozbawiają smaku prawdziwej włóczęgi takiej namiastki dawnych czasów : z toporem przez puszczę - oczywiście żartuję ale często łapię się na nostalgii za ową szorstkością, kontaktem z ziemią, wodą bez mechanicznych protez, które wyjaławiają wszelkie wartości oraz skalę "dobrego żeglarskiego trudu". Bariera cywilizacji wypiera człowieka z naturalnego środowiska, wypacza spojrzenie na "świat żywy" bez dodatku techniki.
Wracając do głównego wątku, spacer pirsem w poszukiwaniu "Baru Karola" (łódki, którą Mikołaj z Dorotą mieli odstawić na Siekierniak) zaowocował tygodniowym rejsem po Północy "Czerwonym Październikiem". Noże myśliwskie na wystawie sklepiku portowego przyciągnęły wzrok Doroty, obok broni wisiało ogłoszenie : czartery. Ponieważ cena była bardzo rozsądna a Sportinka jest wdzięczną łódką ... Dorota spojrzała :- zbierzemy załogę? - jasne. Jeszcze tylko krótka wymiana zdań co do terminu i załatwione - czarterujemy.
Dla mnie rejs rozpoczął się o 0200 we wtorek. Pociąg do Ełku, PKS do Mikołajek. Podczas jazdy autobusem narastało zniecierpliwienie i irytacja - ten pieprzony sześciokół ponad dwie godziny jeździł w kółko nim trafił do celu. Niby nic ale miałam odebrać łajbę między ósmą a dziesiątą. Nie lubię spóźniać się. Do tego czający się gdzieś pod skórą niepokój, cisza, która krzyczy - wczoraj w nocy miałam telefon. Ela, Marek, Sławek i inni z SKŻ-tu nawet ich nie znam, mieli wypadek. Rozbili się busem na skałach Norwegii. Jechali na rejs z Bergen w morze Północne - przepadło. Ela ma połamaną rękę, kierowca nie żyje pozostali nie wiadomo w jakim stanie. Rany dlaczego oni - to pytanie uparte i natrętne wracało jak bumerang - zajmij się czymś innym nie myśl.
Mikołajki, upał, ból w nogach protestujących przed tak szybkim marszem odsunęły w głąb migawki busa wpadającego na skały.
No tak łódki nie ma przy pirsie. Na pewno stoi przy Gołębiewskim. Zostawiłam Beatę z bagażami na miejscu i poczłapałam do hotelu. Dorwałam Daniela - tego od czarteru - i stwierdziłam, że kategorycznie chcę mieć jacht przy pirsie w Mikołajkach. Skończyło się na tym, że musiałam go przestawić osobiście przy pomocy jeszcze jednego łebka. Załadowałyśmy bagaże, Beata zrobiła wstępne zakupy. Reszty czyli Doroty z Dominiką jeszcze nie ma. Można się zdrzemnąć. Mimo wielkich chęci nie udało mi się tego dokonać. Z pustą butlą powędrowałam do CPN-u, przecież gorąca herbata na śniadanie jest niezbędna nie mówiąc o dobrej kawie. Wracając zastałam łódkę ustawioną inaczej, cuma nie puściła a została poluzowana - mamy gości. Otwieram luk dziobowy i ... kanał, bagaże piętrzą się do sufitu a z boku wygląda Baba Jaga śmiejąc się od ucha do ucha. Fajnie druga część załogi jest. W środku siedzą Michał, Monika, Dominika, Beata, Dorota gwar prosto z Siekierniaka odbija się od ścianek i miesza z wybuchami śmiechu. Nie słychać własnych myśli. Dowiaduję się, że w piątek jesteśmy umówieni w Sztynorcie na jaja faszerowane - dlaczego nie. Wchłaniam tą ich gwarną, hałaśliwą atmosferę z przyjemnością, cisza jest teraz ostatnią rzeczą jakiej potrzebuję. Będę musiała powiedzieć Dorocie o wypadku popatrzyłam na promieniejący uśmiech nie będę go psuła potem powiem, wieczorem, jutro tak jutro będzie najlepiej.
Rudniarz jest w Mikołajkach znudziło im się Południe może popłyną z nami? Poszliśmy na naleśniki z jagodami. W trakcie ożywionej konwersacji w czasie jedzenia padło pytanie, które wisiało nade mną jak chmura gradowa : Czy Ela już pływa? zjeżyłam się . Poszłam przespacerować się pirsem. Uff wydusiłam to z siebie. Atmosfera przygasła w milczeniu wracaliśmy na łódkę. Sawickie wsiadły do żółtego szerszenia i odjechały.
Wieczór. W tawernie nie ma wolnych stolików grają tak sobie. Szukamy dalej wiedzione głodem. Kiełbasa z mikrofalówki, toast piwem postawionym przez Dominikę z okazji - jak się wyraziła- tego kawałka papieru z podobizną, który jej dziś wręczono. Po paru sekundach dotarło do mnie, że dostała patent sternika. Za sternika! Panie sprzątające stoliki przepłoszyły nas z jadłodajni. Idziemy do Rudniarza. Na początku była dobra "herbatka" potem koniak. Impreza kabinowa, Marta zagrała trochę Bukowiny trochę Starego Dobrego kładąc tym wszystkich na koje tylko ja się trzymałam prosząc o kolejne kawałki. Nie śpieszyło mi się do koi. Palce odmawiając Marcie posłuszeństwa skończyły biesiadę. Idziemy na swoją łódkę pozwalając załodze Rudniarza spać. Jutro przyjeżdża Agnieszka muszą rano wyszorować jacht.
Środa ostatnie zakupy, śniadanko, kładziemy maszt wypływamy. Przy drewnianej kei Dorota dmie w róg mobilizując Rudniarza do opuszczenia portu. Cieszę się, niesamowicie się cieszę, że wypływamy. Na szlaku kręci się sporo łódek. Idziemy do Rynu, średnio raz na dwa lata udaje mi się tam dotrzeć. Wiatr kręci, wrrrrr jestem zła na wiatr. A łódka chodzi fantastycznie gdy przylatuje mocniejszy podmuch to czuć sterem jak jachcik dostaje kopa i wyrywa niczym dobry koń do przodu. Podejście do kei na foku, cuma na ląd, klar portowy. Uff tym razem porządnie, z panią instruktor żeglarstwa na pokładzie nie ma żartów.
Obiad w znajomej knajpce, dlaczego nie. Wszystkich wywiało na ląd, miotałam się po całej kabinie w poszukiwaniu kluczy. Jakaś dobra dusza położyła klucze na deku a ja przewaliłam do góry nogami jacht nim je odnalazłam. Wyskoczyłam na keję w samą porę - towarzystwo zaczynało się niecierpliwić.
Kurczę, jak ta knajpa nazywała się nie pamiętam. Zamówiłam spagetti - było takie sobie. Wybrałam się z załogą Rudniarza " na zamek" zwiedziliśmy piwnice obwieszone imitacją białej broni. Snuliśmy się po placu zamkowym. Na środku leżało drzewo podparte w dwóch punktach. Wyobraziłam sobie, że to przejście przez przepaść. Niestety w połowie drogi "trap" zaczął niebezpiecznie uginać się musiałam zeskoczyć. Także próby wspięcia się na mury po piorunochronie dały marne efekty, po pierwsze piorunochron wpijał się w dłonie a po drugie nie było bodźca w postaci nieprzyjaciela depczącego po piętach. Zarządziliśmy odwrót. Całą czeredą ruszyliśmy do portu i na wodę.
Odejście było klasyczne przy wietrze dopychającym do kei : wybranie się na kotwicy postawienie grota, foka. Łódka powoli nabierała rozpędu nasza burta przeszła o parę centymetrów od płetw sterowych innych jachtów. I wszystko byłoby o.k. ale grot zaczepił się o wanty i tu popełniłam pierwszy błąd, pozwoliłam poprawiać ułożenie żagla na lewym halsie miast wykonać zwrot. Łódka wytraciła prędkość i zaczęło nas nieść na jachty przy kei. Trochę się wkurzyłam tym faktem i niestety dałam to po sobie poznać, wszystko skupiło się na Beacie kiedy kategorycznie kazałam wybrać foka a po raz drugi było : wybierz foka! Spojrzenie Doroty uświadomiło mi niestosowność owej komendy czyli drugi błąd. Biedna Beata ( drugi raz na rejsie bez kontaktów z żeglarstwem ) miała cholerne prawo nie wiedzieć co to jest fok i co znaczy go wybrać, spieprzyłam temat koncertowo. Prowadzenie jachtu jest wielką sztuką, nie wystarczy dobrze czuć wiatr i łódkę potrzebna jest jeszcze nić porozumienia z osobami pływającymi. Coś mi się wydaje, że powinnam jeszcze raz przemyśleć to całe moje żeglarstwo. Przepraszam za tą przydługą dygresję ale mam po rejsie sporo czasu na przemyślenia a ta i jeszcze parę innych spraw nie dają mi spokoju.
Z Rynu chcieliśmy przeskoczyć za kanały. Pogoda była wspaniała, Dorota chwyciła gitarę i usłyszeliśmy sporo dobrych kawałków. Niestety na czyste do tej pory niebo wtargnęły z zachodu chmury burzowe, bardzo brzydko to wyglądało. Postanowiliśmy schronić się do brzegu. Zatoczka była sympatyczna, czysta i spokojna. Piękny manewr overholung ustawił nas rufą do lądu. Był tylko jeden minus takiego ustawienia - załoga Sasanki, której służyliśmy za schody opiaszczyła nam łódkę, ale nic to przeżyliśmy. Główną atrakcją wieczoru był grzaniec o przepraszam dobry grzaniec, który pod kierownictwem Doroty wykonywały Dominika i Beata. Wyglądało to interesująco mój półlitrowy kufel wypełniony był kilkunastoma żółtkami i cukrem a dwie ofiary grzańca zatrudnione przez Dorotę pracowicie ucierały kogel-mogel. Następnie do podgrzanego kociołka z piwem wsypano tajemnicze przyprawy i słodką zawartość kufla. Zaprzyjaźniona załoga została zaproszona na ów napitek alkoholowy. Nie powiem wypić się to dało ale rano resztki napoju wyglądały tak odstręczająco, że przypominały mi kożuch w osadniku w którym dokonuje się proces amonifikacji. Pominę wyjaśnienia czym jest amonifikacja i osadnik.
O piątej rano wyjrzałam na jezioro, właściwie to nie było nic widać prócz mlecznej mgły spowijającej widnokrąg i kawałka tafli wody wokół jachtu. Obraz był fantastyczny pasma mgły wstające z jeziora i nieśmiało przebijające słońce. Na brzegu zarżał sobie jakiś koń, zrobiło się zimno poszłam spać.
A rano gdy już wszyscy wstali ogarnęło nas szaleństwo. Zaczęło się od Dominiki. Dorota stwierdziła, że powinnyśmy ją wykąpać zgodnie z tradycją Siekierniaka - wiadomo za patent. Dużo nie potrzeba aby namówić mnie na psikusa, chwyciłyśmy ofiarę tradycji i wniosłyśmy do jeziora. Niestety nie było spektakularnego wrzutu do wody ponieważ jak na złość w okolicy paru kilometrów nie było pomostu. Dominika musiała zadowolić się wniesieniem do wody (właściwie powinnam napisać, że my musiałyśmy się zadowolić wniesieniem jej do wody bo ta zabawa daje szaloną radość głównie wrzucającym i obserwatorom natomiast osoba najbardziej - po uszy - zaangażowana zdradza oznaki zaniepokojenia i nie wiedzieć dlaczego chęci do ucieczki - wiem to z własnego doświadczenia). To było dobre, podobało mi się.
Podczas śniadania Dorota zaczęła przejawiać zainteresowanie Rudniarzem stojącym po kolana w wodzie. Najwyraźniej nie mógł się zdecydować wejść czy nie wejść. Pani KWŻ postanowiła mu pomóc rozpętując tym ogólne wrzucanie do wody. Piotr owszem zamoczył się pod wpływem Doroty ale jak był już mokry postanowił zemścić się i wciągnął ją do wody. I tak to się zaczęło, mokra Dorota zaczęła polować ma moją skromną osobę suchą jeszcze a potem obie wrzuciłyśmy Dominikę, Martę i Beatę. Tylko Agnieszka oparła się kąpieli. Cała reszta równiutko skąpała się wzajemnie. Przez te wodne zabawy straciliśmy sporo czasu. Rudniarz przeciągnął nas przez kanały i zaczęło się halsowanie do Giżycka. Krótki postój na Kuli w celach poznawczych oczywiście - tak jakoś zapragnęłam zwiedzić lasek na cyplu. I dalsza droga przez j. Boczne i Jagodne i Niegocin.
A potem był kanał i składanie masztu. Zatrzymałyśmy się w kanale przy dalbach Dorota, Dominika i Beata poszły do sklepu. Czekając na ich powrót postanowiłam doprowadzić do porządku jacht. Gdy kończyłam wybierać wodę z achterpiku przyplątały się Rudniarze z propozycją odholowania nas na drugą stronę. Po powrocie dziewczyn odbyłyśmy naradę wojenną. Załoga Sasanki przemaszerowała tymczasem na drugą stronę kanału i usiadła na ławeczce czekając cierpliwie na wyniki naszych obrad. Dorota chciała zostać na noc w Giżycku, trochę się pogubiłam wydawało się, że zależy jej na spotkaniu z Prosperiną. Nie lubię, nie lubię zmieniać raz wyznaczonej trasy i planów ale z drugiej strony wiatr ucichł a wlec się całą noc aby na rano być w Sztynorcie bez sensu. Dobra zostajemy z Rudniarzami w Giżycku. Na pagajach wjechałyśmy do małego przytulnego porciku i wcisnęłyśmy jacht pomiędzy motorówkę i łódkę. Można było pomyśleć o posiłku. Dorota z dwoma asystentkami zabrała się za spagetti bolonese a ja za szycie żagla - brajlem. Zapachy z kabiny były zabójcze, sos do spagetti brzmiał bardzo apetycznie. Ta paskuda cholernie dobrze gotuje a na używanie przypraw chyba dostała koncesję od samego Lucyfera. Aaa-a! takie było dobre. Do obiadu podano węgierskie czerwone wino półwytrawne, kurczę poczułam się jakbym była w dobrej restauracji. Dominika zaproponowała żółty ser do wina - nie wiedziałam, że mamy takiego smakosza na pokładzie. Z późniejszych rozmów wynikło, że sporo podróżowała po Europie z akcentem na Francję i Hiszpanię. Tak wystawne posiłki na jachcie bardzo mi odpowiadają. Pozostało jeszcze odwiedzić małą knajpkę na rogu aby zadość uczynić tradycji . A potem był ranek, niestety ranki pojawiają się zawsze. Szybko i nieuchronnie. Dla mnie o wiele wcześniej niż reszty załogi. Z nudów pozmywałam gary, powłóczyłam po mieście i zerkałam na łódkę czy widać już jakieś oznaki ruchu. Po śniadaniu Rudniarz spływał do Wilkasów. Czerwony Październik i Sasanka Piotrka wymieniły pożegnanie.
Ziemia paliła się pod stopami, słońce, wiatr zapraszały do ruszenia na szlak i tylko brakowało mi dwóch paskud, które wyskoczyły "na moment" do miasta i utknęły tam na bardzo, bardzo dużo minut. Wrrrrr jeszcze trochę a zacznę latać. W końcu są. Pogroziłam im pięścią i to ma być momencik! Kanał mignął błyskawicznie. Pogoda była fantastycznie słoneczna - zamówiłam najlepszą pogodę tego lata specjalnie na nasz rejs. Dzielny "Czerwony Październik" rwał na motyla i wyprzedzaliśmy kolejne łódki co cholernie przypadło mi do gustu, niestety Dorota postanowiła wziąć kąpiel (rozumiem kąpiel ale dlaczego w akwenie do żeglowania?). Rzuciła do wody cumę rufową i wskoczyła za nią. Jacht się znarowił i odmówił współpracy ze sternikiem. Ja mu każę sterem płynąć w prawo a on samoistnie wykręca kółko w lewo, zupełnie mnie nie słuchał. Na szczęście Dorota miała dosyć pląsania we wodzie i wróciła na pokład. Teraz znarowiłam się ja, wrzuciłam jeszcze mokrą cumę do wody i skoczyłam w ślad za nią. Woda była wspaniale chłodna, a jacht miał całkiem niezłą szybkość jak na motyla. Trzeba było chwycić się cumy i pruć wodę w przeciwnym przypadku można było szybko zgubić mknący do przodu jacht z oczu.
Po południu zawinęłyśmy do Zatoczki Przysztynorckiej. Była paskudnie zanieczyszczona kwitnącymi glonami. Widok odstręczający od kąpieli. Trzeba było narąbać drewna na obiad. Zabrałam siekierę i Beatę i powędrowałam w las. Minęło parę minut nim odnalazłyśmy uschnięte drzewo, takie akurat do zrąbania. Zabrałam się do pracy wydzielając przy tym ogromne ilości ciepła do otoczenia (było piekielnie gorąco i niestety były także komary więc po lesie paradowałam w grubej koszuli i spodniach dresowych). Po powaleniu drzewa na ziemię odciągnęłyśmy pień na drogę. Tam było łatwiej rąbać. Gdy na horyzoncie pojawiał się samochód skromnie opuszczałam siekierę do nogi aby nie wystraszyć pasażerów - siekiera miała ponad pół metra długości i katowskie ostrze pokryte poetyczną czerwienią. W końcu udało mi się porąbać pień na kawałki. Zataszczyłyśmy drewno na brzeg i zabrałyśmy się za rozpalanie ogniska.
W zasadzie to mogłam nie rąbać tego drzewa potrzebny był intensywny ale krótkotrwały ogień w dodatku wodoodporny. Taa, całkiem wodoodporny tylko skąd taki wziąć. Jak już rozpaliłyśmy z wielkim trudem ognisko zjawiła się Dorota z rozbitym mięchem poukładała je na ruszcie i jak tylko trochę się podpiekło nad naszym pracowicie w pocie czoła rozpalanym ogniskiem zaczęła polewać kotlety piwem gasząc przy tym ognisko. Zjawisko było interesujące Dorota podlewała ognisko i pytała dlaczego się tak słabo pali - bo ona musi upiec mięso. Rozpalałyśmy ogień z wielkim trudem (nasączone piwem drewno niechętnie się pali) i z przerażeniem w oczach obserwowałyśmy jak Dorota polewa ognisko piwem.
Oczywiście żadne porządne ognisko nie wytrzyma takiego traktowania i w końcu gaśnie w diabły. Ile musiałyśmy się naprosić aby wytrzymało jeszcze trochę z Dorotą, ile dodatkowego drewna i powietrza z płuc a potem sztucznego podmuch spod pokrywki od garnka (patent siekierniakowski) ile zaklęć i próśb. Tego się nie da opisać. Jak już pod rusztem mokre piwem drzewo lizały ostatnie płomyki Inkwizytor powiedziała dość i poszła razem z paskudnymi kotletami na jacht. Ognisko padło z wycieńczenia ( a raczej z rozcieńczenia - piwem ) dnia 17 sierpnia 1996 roku około godziny 1700. Nigdy już nie rozjaśni mroku nocy ciepłem płomienia, smutne zgliszcza drewna czernieją na brzegu wołając - dlaczego my!
Na obiad był ryż, surówka i . . . - w porządku więcej ani słowa - kotlety. Po obżarstwie leniwy nastrój snuł się po jachcie zwalając wszystkich z nóg. Na brzegu był pies, bardzo zabawowy, Dominika rzucała patyk a pies pięknie aportował przynosząc go z powrotem na łódkę. W jego systemie była pewna innowacja otóż po przyniesieniu patyka targały nim sprzeczności czy oddać patyk do obiegu rzut-aport czy jednak go nie oddać. W momencie zobaczenia ludzkich dłoni nad drogocennym patykiem warczał i usiłował gryźć na szczęście nieskutecznie. Dominice znudziła się zabawa, przypłynęło kilka innych łódek w których zamieszkiwali amatorzy skłonni do tego rodzaju zabaw i wybawili nasz jacht od psiaka. Leniwą, poobiednią sjestę przerwało wpłynięcie do zatoczki Venuski o wdzięcznej nazwie "Prosperina" ze znajomymi mordami na pokładzie.
Ucieszyłyśmy się strasznie, spóźnienie wynosiło jeden dzień a jednak spotkaliśmy się. Ich krypa miała tak potężne spody, że nie mogła dopłynąć do brzegu. Stanęli zaraz za czcinkami i ani kroku dalej. Postanowiliśmy przestawić się do portu w Sztynorcie. W porcie było cicho i spokojnie mimo wielu cumujących łódek. Już od początku narobiliśmy mnóstwo szumu żywiołowo wymienialiśmy uwagi, rycząc na całe gardło chociaż staliśmy o pół metra od siebie.
Chwyciła mnie nieodparta chęć wyszorowania jachtu - czasami mam takie napady. Zjechałam równo cały jacht Ludwikiem wywołując kłęby piany na "karoserii" a potem obficie płukałam, nie żałując wody. Właściwie płukanie jest równie pasjonujące jak szorowanie i pucowanie pokładu. Z całego wiadra dawałam wodą, strumienie porywały białą pianę i sprowadzały do jeziora. Całe szczęście, że nie było tam ekologów bo wlepiliby mi ekologiczny mandat za zatruwanie jeziora Ludwikiem, wprowadzanie zabójczej porcji fosforanów wywołujących tak nieapetyczne zakwity wody. Podtopiłam trochę jacht w środku ale przy luku dziobowym byłam ostrożna nie chciałam zalać materacy.
Cumująca obok znajoma załoga szykowała wystawną kolację z jajami faszerowanymi. Udałyśmy się tam w towarzystwie butelki białego wina. Jaja faszerowane były przepyszne. Ich nazwa brała się z tego, że formę dla farszu stanowiły przepołowione skorupki jaj. Smakowitą zawartość wybierało się łyżeczką. Wesołość podczas kolacji osiągnęła niespotykane rozmiary w końcu lwia część załogi "Prosperiny" to jednostki, które przetrwały obóz pod rządami KWŻ Doroty. Dowcipnym opowieściom o codziennym życiu na obozie nie było końca.
Po kolacji mieliśmy odwiedzić Zęzę ale posiłek przeciągnął się do 23-ciej. Tak więc słynną z dobrych imprez tawernę nawiedziliśmy dosyć późno.
Towarzystwo tam zalegające było nieźle podcięte i dwa końce sali przekrzykiwały się wyjąc popularne szanty. Chyba byliśmy za mało "podcięci" aby wtopić się w tamtą atmosferę. Tuż przed północą Dominikę z Dorotą wywiało. Nieświadoma niczego siedziałam z resztą ale gdzieś w zakamarkach krążyła uparta myśl, że coś tu jest nie tak - nie dając mi spokoju. Zerknęłam na zegarek i wraz z godziną : za pięć minut północ przyszło olśnienie. Rany zaraz urządzą mi urodziny, zerknęłam czy mam jeszcze wolną drogę odwrotu i zwiałam. Przed wejściem do Zęzy zobaczyłam dwie Paskudy, które coś przepakowywały. Nie miałam najmniejszej ochoty na fruwanie pod sufitem czy inne podobne atrakcje. Zaplanowałam taką małą imprezę ale na następny wieczór wrrr wszystkie plany trafił szlag. Wbrew pozorom strasznie ze mnie uporządkowany człowiek (oczywiście poza momentami gdy zdaję się na przypadek . Cóż było zrobić przyzwoitość nakazywała wrócić. Powlokłam się do tawerny. Rany! ja ją zamorduję za te świeczki, ubiję i będę przypiekała na wolnym ogniu. Towarzystwo w Zęzie odśpiewało sto lat, wysłuchałam urodzinowych życzeń i dostałam wspaniały barometr, który wisi teraz w moim pokoju na białej ścianie i prezentuje się piekielnie dobrze w swojej ciemnobrązowej oprawie.
Ponieważ lokal zamykano o pierwszej zwinęliśmy się postanawiając dokończyć imprezę na pomoście. Wokół było cicho i spokojnie, dwie świece rzucały przyjemne ciepłe blaski, była gitara i wspaniała atmosfera. Co jakiś czas ktoś oddalał się aby podziwiać wyciągniętą na brzeg olbrzymią barkę - tak to się oficjalnie nazywało.
Beata poszła na "Czerwony Październik" i wracając dała o jeden krok za dużo. Usłyszeliśmy tylko plusk. Wszyscy zerwali się i utkwili przy brzegu pomostu. Obserwowałam lustro wody szukając śladu zawirowań i szykując się do skoku. Na szczęście amatorka "mocnych wrażeń" odbiła się od dna i wyskoczyła na powierzchnię. Michał z Maćkiem wyciągnęli ją z wody. Stanęła na pomoście ze szczęśliwą miną, ociekając wodą. Zastanawialiśmy się jak to się stało. Blanka, która była najbliżej podczas wypadku zeznała, że Beata stanęła plecami do jeziora i zrobiła o jeden krok za dużo do tyłu. To zdarzenie dostarczyło wszystkim niezłą porcję adrenaliny i sprawiło, że niektórzy wytrzeźwieli momentalnie. Nocna Pływaczka przebrała się i w doskonałych humorach imprezowaliśmy dalej.
Nad ranem - na zakończenie Michałek postanowił zagrać rybkom na dobranoc na instrumencie o bardzo donośnym dźwięku - rogu myśliwskim.
Rano obudził mnie piekielny upał, słoneczko podsmażyło kabinę tak, że ledwo można było w niej wytrzymać. Wyjrzałam na pomost i zobaczyłam Blankę z siatą zimnych kefirków (wczoraj kursanci Doroty odgrażali się, że dostarczą jej na śniadanie zimny kefirek jak za starych dobrych czasów - wiadomo po męczących odprawach na Siekierniaku zimny kefir rano zwracał Dorotę w stanie względnie pokojowego nastawienia do życia obozowego, a jak powszechnie wiadomo uniesienie jednej brwi KWŻ sprawiało, że na kursantów padał blady strach, nogi im drżały i ręce pociły a w gardle zasychało uniemożliwiając wykrztuszenie choćby jednego słowa. Szkoda, że nie było mnie na tym obozie miałabym świetny materiał na horror).
Wzięłam od niej kefirki i pomachałam jeszcze śpiącej Dorocie przed nosem : wstawaj i zobacz co ja tu mam. Nic z tego dopiero podstawienie całej siaty z kefirami i zademonstrowanie ich ożywczego chłodu zdołało wyrwać ją ze snu. Gdy wszystkie cztery pochłaniałyśmy zimne kefirki usłyszałam jak bosman portu usiłuje przekonać Michała aby natychmiast, w tej sekundzie opuścił port.
Przekazał mu pozdrowienia od swoich dzieci (podobało im się nocne muzykowanie na rogu) i pozdrowienia od obsługi portu i zagroził, że jak natychmiast nie opuszczą portu obsługa przyjdzie osobiście złożyć życzenia pomyślnej drogi. Skończyło się na tym, że wypłynęliśmy dobrowolnie. Pierwszy raz wyrzucali mnie z portu co prawda nie bezpośrednio, zaproszenie było skierowane do Michała jako kapitana Prosperiny ale tworzyliśmy jedną ekipę i imprezowaliśmy razem poprzedniej nocy.
Wyciągnęli nas na silniku, przed wejściem do zatoczki urządziliśmy wspólne śniadanie a potem szaleńczą kąpiel. Wiatr uciekł na drugą półkulę, powietrze zastygło, słońce podgrzewało pokład czyniąc z niego patelnię. Z ociąganiem ruszyliśmy dalej na północ. Droga od zatoczki do cypla zabrała nam ponad godzinę, wlekliśmy się w iście ślimaczym tempie. Natomiast w odniesieniu do "Prosperiny" gnaliśmy ekspresowo, parę razy zawracaliśmy aby ich nie stracić z oczu.
Przeciągnęli nas pod mostem, przez trzcinkową przecinkę i oddali na Mamrach. Postawienie masztu trwało moment, postawienie żagli drugi moment i pomknęliśmy z wiatrem prościutko na północ do Węgorzewa. Strasznie szybko skończyło się jezioro. Gdy wejście do kanału było tuż, tuż wpadła do wody gąbka do naczyń.
Wykręciłam aby ją wyłowić niestety zginęła nam z oczu. Nagła zmiana kursu wywabiła Dorotę na pokład : - Wygląda to tak jakbyście robiły podejście do człowieka. - znałam ten szelmowski błysk w oku bardzo dobrze. Oooch zaraz się zacznie pomyślałam.
I miałam rację zaczęło się ... Na początek wywaliła mi Ludwika za burtę, gdy go wyłowiłam cisnęła koło do wody. I tak parę razy. W końcu miałam tego dosyć, oddałam ster Dominice. Przeżyła szkolenie Doroty, przeżyje tych parę podejść do "człowieka". Po paru podejściach do Ludwika, stwierdziłam, że do ulubionej pani instruktor Dominika na pewno podejdzie idealnie. I wykrakałam rany - wskoczyła do wody niewiele się zastanawiając. Rzuciłam koło ratunkowe. Dominika podchodziła dwa razy, chciałam wyciągnąć Dorotę przepisowo: skrzyżowane ręce, do góry i na burtę brzuchem ale ofiara zaprotestowała więc wyciągnęliśmy ją nieprzepisowo ale skutecznie obijając przy tym żeberka. Pani instruktor także produkowała się za sterem wykonując kilka popisowych podejść do człowieka w tempie błyskawicy.
Doszłam do wniosku, że jest bezlitosna - mogła chociaż jednego człowieka spieprzyć aby poprawić nam humory, nic z tego wykonała plan z zimną precyzją bez ludzkich odruchów. Zrobiłam gorącą kawę. W czasie naszej zabawy w podchodzenie "Prosperina" pojawiła się obok.
Ruszyłyśmy na holu przez Węgorapę. Silnik Venuski zastrajkował kolejny raz. Michał musiał wymienić ścięty trzpień.
Droga, która prowadzi do Węgorzewa jest niesamowita. Kryształowo czysta woda, żywa przyroda nie zamęczona cywilizacją, nawet lilie wodne tam kwitną i spokój. Zawsze jak tam pływam czuję się tak jak gdybym znalazła się kilka setek lat wcześniej. Tylko silnik psuje doskonałe wyobrażenie. Jego warkot przyprawia mnie o gęsią skórkę zwłaszcza w takich momentach. Wspaniale byłoby wybrać się na Mazury DZ-tą w taki włóczęgowski rejs - prawdziwe niedźwiedzie mięso żadnych silników.
Port był istną oazą spokoju, zastanawiałam się czy stąd też nas wyrzucą. Ale nie to, było tylko takie jednorazowe nieporozumienie.
Całą czeredą poszliśmy na pizzę - tam gdzie prowadzą kręcone schody, zupełnie jak do latarni. Potem odwiedziliśmy portową tawernę niestety pustą. Wszyscy byli zmęczeni po atrakcjach poprzedniego wieczoru, poszli spać.
A ja pokręciłam się po zakamarkach miasteczka, wąskich uliczkach i też poszłam spać.
Powitał nas uroczo słoneczny ranek. Prawie do jedenastej uganiałam się z dziewczynami za prowiantem. Miałyśmy kawał drogi przed sobą tego dnia, jutro po południu musiałam koniecznie dostać się na pociąg z Mikołajek do Białegostoku. Przed nami pół Mazur do przepłynięcia. Dorota załatwiła hol przez kanał. Wraz z łódkami ze stacjonarnego obozu żeglarskiego zabrałyśmy się na Mamry.
Holował nas Klemens - postrach obozu na Betyniu. Dorota opowiadała, że oblewał 90% kursantów na egzaminie.
Po rozpuszczeniu łódek na wodę Klemens Grzegorczyk zjadł z nami śniadanie. Porozmawiali sobie z Dorotą o starych dobrych czasach.
Po dwunastej zaczęłyśmy drogę powrotną na południe. Bardzo szybko przeskoczyłyśmy za Giżycko i dalej aż do Kuli. Byłam zadowolona z tego przelotu wykonałyśmy najbardziej optymistyczny wariant długości trasy.
Zacumowałyśmy na przeciw Kuli. Obok stanęła łódka z dwoma palantami z Warszawy. Nie umiem znaleźć innego określenia dla tych dwóch. Po prostu jak zaczęli rozmowę to nieznośnie zaczęło zalatywać od nich palanctwem. Z niesmakiem wróciłam na naszą łódkę.
W środku nocy Beata znów dała znać o sobie. Wyszła na krótki spacer do lasu a gdy wracała na jacht rozległo się głośne plumm. Momentalnie wychyliłam się przez luk i zobaczyłam jak ociekająca wodą postać gramoli się na jacht. Na szczęście nie było głęboko, woda sięgała po pas. Śmiałyśmy się parę minut z tego wydarzenia. Trzeba mieć jakiś szczególny pociąg do wody aby dwukrotnie o tej samej porze w nocy spaść z pomostu. A może to był po prostu o jeden łyk piwa za dużo?
Wstałam rano i z niepokojem wyjrzałam z kabiny czy coś wieje. Podmuchy wiatru uspokoiły mnie i już zupełnie na luzie pętałam się wokół jachtu czekając aż reszta wstanie. Aby skrócić oczekiwanie rozpaliłam ognisko i upiekłam kiełbaski na śniadanie. Trochę przesadziłam z tymi kiełbaskami. Pół jachtu zaprotestowało nad taką potrawą na śniadanie. Do głowy mi nie przyszło, że może być coś niewłaściwego w pieczystym na śniadanie. Po prostu małe nieporozumienie.
O 9000 zaczęło zdychać. Nad jeziorem rozciągnęła się flauta i nie zamierzała się ruszyć w inne okolice. Szewska pasja mnie trzęsła jak patrzyłam na żałośnie zwisające żagle bez oznak życia. Chciało się wyć. Przez godzinę użebraliśmy trochę pojedynczych podmuchów, które popchnęły nas do wysp. Byłam tak mocno zdesperowana, że używałam pagai mając żagle na maszcie, co jest wysoce nieetycznym postępowaniem według kodeksu żeglarskiego. Gdy już nie mogłam patrzeć na wodę z perspektywy burty i palących promieni na plecach dałam nura w wodę. Pociągnęłam kilkaset metrów naszą wspaniałą ale w tych warunkach zupełnie bezradną łódkę. Marny był ze mnie napęd, wlekliśmy się okrutnie. Jak miałam dosyć wróciłam na łódkę. Dominika półgłosem powiedziała, że obiecałyśmy Dorocie wodowanie ( chyba za te przedmioty co nam ciskała za burtę z jakże zadowoloną miną, doprowadzając nas do białej wściekłości ).
Zastanawiam się skąd Dorota wie, że nie zbuntujemy się, nie damy jej pagajem po potylicy i nie zostawimy na brzegu odpływając szybko coby się nie ocknęła i nie wpadła na łódkę krwawo tłumiąc powstanie. Kilkakrotnie doprowadzała mnie na skraj wytrzymałości ma tylko jedno na swoje usprawiedliwienie : robi to z uśmiechem i widać, że szalenie bawią ją takie niebezpieczne praktyki. Wszystko co nie jest robione z premedytacją można ostatecznie wybaczyć.
Wracając na łódkę, rzuciłyśmy się z Dominiką na Dorotę desperacko walcząc o wyrzucenie jej za burtę. Niestety przyssała się do Dominiki tak mocno, że powiedziałam : Dominika musisz się poświęcić inaczej nic z tego nie wyjdzie i zepchnęłam obie do wody. HA, niewątpliwy sukces zwłaszcza, że było nas tylko dwie na całą Dorotę. Co prawda kiedyś całkiem sama wrzuciłam Dorotę do wody ale działałam z zaskoczenia.
Będąc we wodzie groźnie łypnęła okiem i podciągnęła łódkę do przodu. Dotelepałyśmy się do kanałów i uśmiechnął się do nas fart w postaci Orionka z silnikiem, którego załoga była tak sympatyczna, że sama zaproponowała hol. Przemknęliśmy betonowym szlakiem z prędkością ponaddźwiękową (w odniesieniu do naszych poprzednich osiągów).
Postawienie masztu i szmat było kwestią minuty. Na Tałtach powiewało. Spędziłam za sterem lwią część trasy do Mikołajek. Sterowałam na wiatr tj. obserwowałam lustro jeziora wyszukując nad nim prądów powietrznych w postaci delikatnych rybich łusek i płynęłam w ślad za tymi ławicami. Dawało to całkiem niezłe efekty, powoli acz systematycznie przesuwałyśmy się do przodu mijając kolejne łódki. W czasie przebijania się do Mikołajek Beata usłyszała, że ktoś z boku woła : Bebe. Spytała czy to nie są moi znajomi, popatrzyłam na obcą łódkę i osoby, których nie rozpoznałam. Wzruszyłam ramionami, musiała się przesłyszeć. Gdy na pokład wyszła Dorota i Dominika całkiem wyraźnie usłyszałyśmy ich imiona lecące z tamtej łódki. Zaintrygowane zawróciłyśmy, kto to mógł być. Zagadka wyjaśniła się momentalnie to Malarz nas nawoływał. Przebrał się w czapkę, która skryła jego szopiastą jakże charakterystyczną czuprynę i ciemne okulary. Bardzo miłe spotkanie tylko szkoda, że myśmy kończyły a oni zaczynali. Widmo pociągu na stacji zmusiło mnie do dalszej drogi.
Fart nie opuszczał nas do końca, kolejny stop zaofiarował hol zanim zdążyłam wyłuszczyć prośbę. Triumfalny przejazd przez mosty trzy i ostatnie cumowanie w Mikołajkach.
Nie mogę się nadziwić jak te rejsy błyskawicznie się kończą. Czas wpada w amok i połyka kolejne dni bezlitośnie szybko sprawiając, że dzień pierwszy w jakiś tajemniczy sposób depce po piętach ostatniemu jak gdyby nie było nic między nimi. A tak się pięknie zaczęło :
Świt
Skład osobowy załogi Czerwonego Października :
Beata Bogdanowicz
Dorota Walczak
Dominika Góralska
Beata Zieleniewska
Łódki towarzyszące :
Sasanka pod wodzą Rudniarza z Martą Piskorską, Tomkiem Matulkiem i Agnieszką Amanowicz na pokładzie.
Prosperina (Venuska) pod wodzą Michała Sawickiego z Moniką Jóźwiak, Blanką Dyduch i Maćkiem Selibórskim na pokładzie.
Trasa :
Mikołajki - Ryn - Giżycko - Sztynort - Węgorzewo - Kula - Mikołajki.
Białystok, sierpień 1996 r. Beata Bogdanowicz
|